„Możemy jeść, to co złowimy”.

Mój plan sprzed tygodnia zdezaktualizował się podczas czwartkowej sesji giełdowej w Stanach Zjednoczonych. Jeszcze w czawartek przed południem można się było łudzić, że analogia obecnej bessy z tą z okresu marzec 2000-wrzesień 2001 jest aktualna. 7 lat temu WIG stracił 49,4 proc. Do środy 15 miesięczny spadek WIG-u wyniósł 50,2 proc. Podobnie wyglądała sytuacja w USA, strefie euro i Japonii. Zarówno S&P 500, STOXX Eurozone Broad Index jak i Nikkei 225 osiągnęły w środę i czwartek poziomy, na które trafiły we wrześniu 2001 w efekcie paniki wywołanej atakami w USA.

Czwartkowe załamanie cen akcji na Wall Street oraz piątkowy ponad 10 proc. spadek wartości japońskiego indesu Nikkei 225 oraz podobne spadki cen na giełdach europejskich sugerują, że rynki grają jednak inny scenariusz niż ten z lat 2000-2001. Moja teza postawiona w pierwszym komentarzu zamieszczonym na tym blogu głosząca, że KŚJZ nie będzie (jeszcze tym razem) – gdzie KŚJZ to Koniec Świata Jaki Znamy – wydaje się dziś mocno zagrożona.

Obecnie sytuacja na rynkach wygląda tak: padają ostatnie linie obrony sił inflacji, kolejne ugrupowania obronne zostają rozbite i idą w rozsypkę, rozkazy dowództwa nie są w stanie przywrócić porządu wśród sił inflacji, niedobitki ocalałe z bardziej wysuniętych linii okopów uciekają w popłochu szerząc panikę na tyłach. Wygląda to na to całkowite zwycięstwo sił deflacji. Niektórzy coś przebąkują o przechywywanej podobno w bunkrze Sztabu Generalnego Wunderwaffe (oznaczenie kodowe "Printing Press"), ale mało kto już zwraca na to uwagę. Zresztą nawet ci, którzy w istnienie owej Wunderwaffe wierzą nie spodziewają się, że dowództwo zdecyduje się jej użyć. Zastosowanie jej mogłoby mieć bowiem konsekwencje, kto wie czy nie bardziej dramatyczne niż skutki zapowiadającego się dziś zwyciestwa deflacyjnej destrukcji kredytu.

 

Właśnie wyciągnąłem sobie z szafy wydaną w 1995 roku książkę Roberta Prechtera zatytuowaną "At the Crest of the Tidal Wave". Tam obecne – i przyszłe – wydarzenia są dobrze opisane. Robert Prechter miał czekać kilkanaście lat na materializację swoich prognoz. Należy mu się szacunek za to, że nie zwątpił w swoje zdrowe zmysły.

Dynamika obecnych wydarzeń jest tak duża, że o ile wyznaczone tydzień temu cele obecnych rychów cen akcji są już nieaktualne, a tyle perspektywa październikowego apogeum (przynajmniej chwilowego) paniki i późniejszego silnego odbicie cen w górę ciągle jeszcze jest realna.

Najpierw dwa wykresy na poparcie powyższej tezy. Rynki mają swoje obyczaje (zjawiska społeczne o wielkiej skali mają swoją wewnętrzną dynamikę) można więc sytację na giełdach z ostatnich lat porównać do podobnych procesów obserwowanych w przeszłości. Poniżej S&P 500 z ostatniej dekady na tle japońskiego indeksu Nikkei 225 (przeliczonego na amerykańskie dolary). Analogia z Japonią jest o tyle interesująca, że kraj ten przeżywał analogiczny kryzys równo dekadę temu (oczywiście obecna sytuacja jest o tyle gorsza, że obecnie kryzys zaufania obejmuje cały świat, a nie tylko jeden kraj).

 

Jak wyraźnie widać dynamika deflacyjnej bessy rozpoczętej w USA w 2000 roku (lata 2002-2007 to tylko korekta) jest podobna do tej obserwowanej w latach 80-tych i 90-tych na rynku w Tokio.

I druga historyczna analogia, tym razem z latami 30-tymi:

 

Jak widać jesteśmy obecnie gdzieś w 1938 roku. Wtedy średnia przemysłowa Dow Jones kończyła właśnie 13-miesięczny spadek o połowę szukując się do odbicia w górę kasującego do 1939 roku ponad połowę spadków (ale w sumie później to już nie miało takiego znaczenia, bo świat zaczęł się później interesować poważniejszymi niż ceny akcji rzeczami, gdy niektórzy gracze, którzy przegrali przy finansowym stoliku postanowili go po prostu wywrócić).

Obydwa przedstawione powyżej schamaty sugerują, że dno obecnej paniki powinno być nieodległe w czasie (choć niekoniecznie w "przestrzeni"). Ale oczywiście w kontekście kilkunastoletnich wzorców "blisko" może oznaczać "za kilka miesięcy".

Proponuję jeszcze raz zerknąć na wykres Nikkei 225 w dolarach w okresie minionych 20 lat.


Japończycy są wdzięcznym obiektem analiz, bo problemy z którymi świat się właśnie zaczyna zmierzać mają już od dekady. Na poniższym wykresie widać wyraźnie, że obecna wyprzedaż jest już czwartą o podobnym charakterze od 1990 roku. Poprzednie odległe były od siebie o 4-6 lat, Z punktu widzenia struktury technicznej indeksu obecna sytuacja jest podobna do tej z 1992 roku, 1997 roku i 2001 roku. Główną różnicą jest mniejsza skala początkowych spadków (tych w 2006 i 2007 roku) "rekompensowana" potężną wyprzedażą obecnie. (ale łączna skala spadków obecnie jest ciągle jeszcze mniejsza niż w przypadku trzech poprzednich fal wyprzedaży). Ciekawy wniosek płynie z kontemplacji kształtu spadkow, które następowaly po wybiciu ze szczytotwej formacji, która zwykle przyjmowała postać kilkuletniej poteżnej "głowy z ramiona". Otóż schemat, którego zdawał się trzymać rynek obejmował dużą korektę stanowiącą ruch powrotny do przełamanego wsparcia (obecnie oczywiście to wsparccie jest zbyt daleko) po czym dokończenie spadków. Być może ta duża korekta to owe listopadowo-grudniowe odbicie w górę, o którym spekulowałem przed tygodniem.

Obecna panika ma wszelkie cechy "elliottowskiej" fali "3-iej w 3-iej" i dokładnie takie oznaczenie się narzuca dla S&P 500 (w obecnych warunkach bardziej "racjonalne" narzędzie nie mają zastosowania – globalna panika rynkowa nie jest czymś, co można analizować śledząc wskaźniki makroekonomiczne czy wskaźniki wyceny). Od 2007 roku rynek cechowała mniej więcej 4-miesięczna cykliczność. Ostatni dołek byl w lipcu. To sugeruje, że ewentualne silne odbicie nastąpi dopiero w listopadzie (4-ta w 3-iej) i będzie miało pod względem czasu i/lub zasięgu charakter porównywalny do odbicia z lipca i sierpnia.

Ale wszystko powyższe trzeba traktować z dużym dystansem, gdyż świat wkroczył obecnie na zupełnie nieznane terytoria.

Dziś rozliczają się CDS-y na Lehmana (chyba nikt nie wie z jakim rezultatem). W Waszyngtonie spotyka się G-7. Wydaje się, że tylko zapowiedź użycia "helicopter money", mogłaby odwrócić kierunek obecnej paniki. Ale użycie owej Wunderwaffe w postaci bezpośredniej monetyzacji aktywów (czyli bezpośredniego kupowania przez banki centralne dowolnych niechcianych aktywów) oznaczałoby drastyczną zmianę sytuacji. W deflacji "cash is king", gdyż każdy próbuje zdobyć pieniędze potrzebe do splaty zobowiązań. Po uruchomieniu przez banki centralne bez ograniczeń "pras drukarskich" nagle okaże się, że "cash is trash", a wszyscy próbują zamienić tracące na wartości pieniądze na jakies aktywa (późny PRL). To oznaczałoby wyrok dla rynków obligacji skarbowych, gdzie przechowywana jest większość oszczędności i rezerw (o możliwym w wypadku przełamania obenego trendu deflacyjnego załamaniu na rynku obligacji skarbowych w latach 2009-2010 już pisałem na tym blogu).

Krach zakończy się w momencie, w którym ta Wunderwaffe zostanie użyta, ale nie sposób przewidzieć kiedy i czy to nastąpi (nawiasem mówiac rząd Rosji zapowiedział, że rozpoczyna skup akcji, ale niecałe 7 mld USD, która na to zostaną przeznaczone, to nie jest suma, która mogłaby wiele zmienić – kapitalizacji rosyjskiego rynku akcji to nieco ponad 400 mld USD).

Dopóki trwa globalna panika gotówka pozostaje jedyną pożądaną klasą aktywów. Pytanie jaka gotówka. Zamykania "carry tradów" faworyzuje japońskiego jena i szwajcarskiego franka. Krach na surowcach – sugrując od wiosny 50 proc. spadek cen surowców nie spodziewalem się, że trzeba w tym celu zniszczyć światowy system finansowy – jest korzystny dla dolara. Najsłabsze jes euro – nie jest pewne, czy Unia Monetarna będzie w stanie przetrwać obecny kryzys w dotychczasowym kształcie. Złoty dzieli obecnie los wszystkich walut "emerging markets", a umocnić się powinien w trakcie hipotetycznego kończącego rok odbicia cen akcj w górę (hipotetyczna fala 4 na powyższym wykresie).

Wcześniejsze oczekiwania na szybką i łatwą hossę na krajowych obligacjach skarbowych oddalają się w przyszłość, gdyż kryzys zaczął już docierać nawet do tej klasy aktywów. Tu sygnałem pozytywnym stanie się dopieo spadek WIBOR-u (a na świecie LIBOR-u i EURIBOR-u)

W swych wcześniejszych komentarzach lansowalem tezę, że spodziewana do I kw. 2009 bessa na rynkach surowców będzie miała charakter silnej 50 proc. korekty w rozpoczętej w 1998 roku hossy, korekty poprzedzającej wzrosty cen surowców do nowych szczytów w latach 2009-10. Dopóki deflacyjny wir się kręci surowce są skazane na spadki. Jeśli jednak nad miastami pojawią się przysłowiowe rozrzucające gotówkę "czarne helikoptery" z opowieści Bena Bernanke, rynki surowcowe staną się nagle tym miejscem, gdzie wszyscy będą chcieli się schować.

Na razie premier Islandii powiedział Islandczykom, żeby się nie martwili: "Wszystko będzie dobrze. Możemy jeść, to co złowimy" ("We will be fine. We can eat what we can fish"). A prezes banku centralnego Jamajki stwierdził, że "wszyscy się powinni po prostu wyluzować" ("Everyone should just chilll out")…

 

P.S. Pod poprzednim wpisem pan theopl umieścił link do interesującego komentarza:

"niby juz po fakcie ale koleszka chyba wiedzial co pisze … szacuneczek

którego autor zwrócił uwagę na kluczową dla zrozumienia obecnej sytuacji rolę rozliczeń ubezpieczeń kredytow upadłych instytucji finansowych (rozliczeń CDS czyli Credit Default Swaps). Rozliczenia te następują w gotówce, co może oznaczać, że część podaży dominującej na rynkach od czasu bankructwa Lehman Brothers, to próby zdobycia przez ubezpieczycieli (firmy, które wystawiały te CDS-y) środków potrzebnych do zaspokojenia posiadaczy tych ubezpieczeń. Dziś – w piątek – trwa sesja, w trakcie której rozliczane są CDS-y na Lehmana (nie do końca wiadomo jaka to będzie ostatecznie suma). O kłopotach z tym związanych można sobie poczytać np. tu: http://www.reuters.com/article/rbssFinancialServicesAndRealEstateNews/idUSLA9619320081010

 

 

 

 

Dodaj komentarz