Wall Street: stracone 2 lata?

Od ostatniej obniżki stóp procentowych amerykańskiego banku centralnego z grudnia 2008 roku upłynęło już 20 miesięcy. To najdłuższy w historii obejmującej ostatni „cykl pokoleniowy” w USA okres utrzymywania przez FED stopy procentowej na poziomie cyklicznego minimum.

 

 

Nic dziwnego więc, że od czasu do czasu odżywają dyskusję na temat terminu rozpoczęcia przez FED zaostrzania polityki pieniężnej. Proponuję więc również zacząć zastanawiać się nad tą kwestią. Do problemu można zabierać się na wiele różnych sposobów, które dadzą zwykle nieco rozbieżne wnioski. Dziś proponuję podejść do sprawy od strony rynku pracy. 

Ta zabawa wpisze się ładnie w tradycję wróżenia z bezrobotnych, które to wróżby już kilkukrotnie całkiem się tu udały (patrz „Zatrudnienie w USA, a giełda polska”, „Wróżenia z bezrobotnych ciąg dalszy”, „Cykliczny szczyt bezrobocia w USA”).

Jak wiadomo  w przeciwieństwie ECB i naszej RPP  powielającej europejskie wzory, które to instytucje funkcjonują w oparciu o pojedynczy inflacyjny mandat, statutowym zadaniem amerykańskiej FED jest nie tylko kontrolowanie poziomu cen w gospodarce, lecz również dbanie o poziom zatrudnienia. Ten obowiązek troski o bezrobocie czyni z FED dosyć „miękki” bank centralny, raczej niezbyt skory do zaostrzania polityki pieniężnej w sytuacji wysokiego poziomu bezrobocia.

Tę ostatnią zależność doskonale widać na poniższym wykresie. Przedstawiono na nim poziom głównej stopy FED oraz poziom stopy bezrobocia w USA. Jak widać wysokie bezrobocie i niskie stopy idą w parze, podobnie jak niskie bezrobocia i stopy wysokie.

 

 

Na wykresie ten zaznaczone zostało 5 cyklicznych szczytów stopy bezrobocia z okresu ostatniego „cyklu pokoleniowego”. Ustanowione one zostały kolejno w czerwcu 1975 roku, grudniu 1982 roku, lipcu 1992 roku, czerwcu 2003 roku oraz – i tu mowa o obecnym cyklu – w październiku 2009 roku. Przerywanymi czarnymi strzałkami połączyłem te cykliczne szczyty stopy bezrobocia z wypadającymi niezmiennie później pierwszymi w danym cyklu podwyżkami stóp FED.

Jak wyraźnie widać Rezerwa Federalna ma zwyczaj stosunkowo długo przyglądać się poprawiającej się koniunkturze na rynku pracy, zanim odważy się rozpocząć podwyższanie stóp. Jeśli sprawdzimy, jak długo ten okres zwlekania zwykle trwa, to wyrobimy sobie jakieś wyobrażenie na temat przyszłego terminu zmiany kierunku polityki pieniężnej FED. Sprawdźmy więc. Szczytowi stopy bezrobocia z czerwca 1975 roku odpowiada pierwsza w cyklu podwyżka stóp FED z sierpnia 1977 roku. Ponieważ z punktu widzenia „cyklu pokoleniowego” kryzys połowy lat 70-tych to odpowiednik ostatniego kryzysu z lat 2007-2009, to ówczesnemu wzorcowi reakcji FED należy przyjrzeć się szczególnie uważnie. Wtedy opóźnienie wyniosło aż 2 lata i 2 miesiące. 2 lata i 2 miesiące po październiku 2009, kiedy to wypadł ostatni szczyt stopy bezrobocia wypada grudzień 2011 roku. Czyżby na początek podwyżek stóp w USA przyszło nam czekać jeszcze 16 miesięcy?

Pozostałe 3 epizody z przeszłości sugerują mniejsze opóźnienie. Pomiędzy szczytem stopy bezrobocia z grudnia 1982 a pierwszą podwyżką stóp FED z marca 1984 upłynęło 15 miesięcy. W kolejnym cyklu szczyt bezrobocia z lipca 1992 poprzedził pierwszą podwyżkę z lutego 1994 o 19 miesięcy. I wreszcie w poprzednim cyklu FED zaczął zaostrzać politykę pieniężną w czerwcu 2004 w dokładnie 12 miesięcy po maksimum stopy bezrobocia.

Te ostatnie 12 miesięcy pozwalają nam wyznaczyć – jeśli historia ma nam być drogowskazem – najwcześniejszą datę pierwszej podwyżki na październik tego roku. Odrzucenie skrajnych wartości (26 i 12 miesięcy) daje nam okres od stycznia do maja 2011 roku. Uśrednienie dające 1,5-roczny okres oczekiwania sugeruje kwiecień 2011 jako orientacyjną datę pierwszej podwyżki, co proponuję na razie traktować jako mało zobowiązującą roboczą hipotezę.

Żeby jednak brak w miarę jednoznacznych wniosków z przeprowadzonych badań nie pozostawił uczucia niedosytu, proponuję zastanowić się, czy identyfikacja obecnej sytuacji w gospodarce USA jako analogicznej do tej z momentów w przeszłości przypadających po poprzednich cyklicznych szczytach stopy bezrobocia, nie pozwoli nam na sformułowania jakiś wróżb dla koniunktury giełdowej w USA w przyszłości.

Tradycyjnie proponuję sprawdzić jak zachowywały się ceny akcji w USA po poprzednich cyklicznych szczytach stopy bezrobocia. Ale zanim to zrobimy zerknijmy co działo się na giełdzie nowojorskiej PRZED tymi historycznymi szczytami stopy bezrobocia.

 

 

 

 

Przedstawiony wykres to efekt uśrednienia ścieżki S&P w okresie 3 lat poprzedzających opisane powyżej cykliczne szczyty stopy bezrobocia. Jak widać sytuacja na rynku pracy była średnio najgorsza w 2 lata od rozpoczęcia się bessy na rynku akcji (na osi odciętych zaznaczono liczbę sesji; 1 rok tu to średnio 261 sesji), a bessa kończyła się średnio 7-8 miesięcy przed szczytem stopy bezrobocia. To dlatego polując na okazyjne zakupy akcji w dnie bessy absolutnie nie wolno przejmować się hiobowymi wieściami z rynku pracy! No chyba, że to nas zwalniają.

Sprawdźmy teraz, co na Wall Street działo się przez 10 miesięcy PO ustanowieniu szczytu stopy bezrobocia. Na poniższym wykresie wszystkie historyczne ścieżki S&P 500 zostały przeskalowane do dzisiejszych wartości:

 

 

Jak widać zachowanie S&P 500 z okresu ostatnich 10 miesięcy – zaznaczone na powyższym wykresie pogrubioną fioletową linią – nie odbiegało jakoś szczególnie od 4 poprzednich przypadków. Za każdym razem kupując akcje w USA w momencie ustanawiania przez stopę bezrobocia cyklicznego szczytu można było zarobić w ciągu następnych miesięcy. Raz było to jedynie co najwyżej 9,4 proc. (w 1993 roku), raz 16,3 proc. (1976 roku), raz 20,2 proc. (w 2004 roku), a raz nawet maksymalnie 23,3 proc. (w 1983 roku). W ciągu minionych 10 miesięcy maksymalnie zysk wyniósłby 18,2 proc. (w kwietniu), a więc w pobliżu średniej (17,3 proc.) z poprzednich 4 historycznych epizodów.

Załóżmy, że obecnie rynek nadal będzie się w miarę trzymał przetartych w okresie minionych 35 lat ścieżek i zerknijmy na to, na co w takim przypadku możemy liczyć do końca tego roku.  

 

 

Tak się sympatycznie składa, że po mniej więcej 5 kwartałach od szczytu stopy bezrobocia dynamika wzrostu S&P 500 zbiegała się zawsze do zbliżonego poziomu, możemy więc zaryzykować stwierdzenie, że gdyby wszystko miało odbyć się tak jak zawsze, to indeks ten powinien zakończyć rok w strefie pomiędzy poziomem 1140 a poziomem 1203 (średnio ok. 1173 pkt.). Gdy piszę te słowa S&P 500 ma wartość 1110 punktów, co daje potencjał wzrostowy w horyzoncie następnych 4-5 miesięcy na poziomie ok. 5,7 proc. (minimum 2,7 proc., maksimum 8,4 proc.).

Spróbujmy przeniknąć wzrokiem jeszcze dalej w przyszłość, w końcu co nam zależy. Na poniższym wykresie przedstawiono uśrednioną ścieżkę S&P 500 w ciągu 34 miesięcy od osiągnięcia cyklicznego szczytu stopy bezrobocia (w przeliczeniu na dzisiejsze wartości indeksu). W obecnych realiach daje do „prognozę” do lata 2012 roku.

 

 

Z tej symulacji można wyciągnąć dwa wnioski. Jeden optymistyczny, drugi pesymistyczny. Optymistyczny brzmi: nie wydaje się by czekać nas miał jakiś Armagedon (przynajmniej do czasu Euro 2012). Pesymistyczny brzmi: maksimum możliwości S&P 500 w okresie najbliższych 2 lat to okolice poziomu 1270 punktów. W piątkowy wieczór ten poziom jest odległy o 14,4 proc. To na tyle dużo, że być może obecnie jeszcze nie warto sprzedawać amerykańskich akcji (jeśli ktoś takowe posiada), a może nawet warto je kupić (jeśli ktoś takowych nie posiada). Ale jeśli S&P 500 w ciągu najbliższych miesięcy wespnie się w okolice poziomu kwietniowego szczytu (1217), to potencjał wzrostowy na przyszłe prawie 2 lata stopnieje do raptem 4,4 proc.

Warto to porównać z  oszacowaniem potencjału wzrostowego S&P 500 dokonanym w maju na podstawie zupełnie innych zależności. Wtedy maksymalnym „możliwym” do osiągnięcia przez S&P 500 w ciągu następnego roku pułapem okazał się poziom 1304 punktów odległy od uzyskanego obecnie szacunku o mniej niż 3 proc.

Z powyższego płynie dosyć jednoznaczna rekomendacja sprzedaży amerykańskich akcji po ewentualnym wyjściu przez S&P 500 powyżej poziomu ostatniego szczytu (1217).

Z tego co powyżej niestety nie wynika, gdzie spędzą następne 2  najwyraźniej „stracone” dla giełdy nowojorskiej lata najwięksi globalni spekulanci, którzy zapewne też potrafią liczyć i przedstawione powyżej rozumowanie przeprowadzili już dawno. Ale to już temat na inną okazję.

 

 

Dodaj komentarz