Co wynika z cyklu prezydenckiego?

Nawrót kryzysowych tendencji w strefie euro oraz pojawienie się wątpliwości co do zdolności polskiego rządu poradzenia sobie w racjonalny i elegancki sposób z narastającymi napięciami fiskalnymi ponownie pogorszył w okresie minionych kilku tygodni nastroje uczestników rynku. Trudno się temu specjalnie dziwić. Analogia obecnego kryzysu strefy euro do kryzysu azjatyckiego sprzed 13 lat zarysowana pół roku temu nadal zachowuje swoją ważność. Jedną z konsekwencji z niej wynikających miał być „letnia zwyżka” cen akcji. Ta rzeczywiście nastąpiła wskutek interwencji FED przeciągając się aż do początku listopada. Kolejnym zjawiskiem z tej analogii wynikającym miał być jednak nawrót kryzysu po mniej więcej pół roku od ujawnienia problemów Grecji. I dokładnie z początkiem takiego nawrotu mamy najwyraźniej od jakiegoś czasu do czynienia. Analogia do sytuacji rynkowej z czasu kryzysu na rynkach wschodzących z lat 1997-1998 sugeruje, że kulminacja kryzysu strefy euro nastąpi dopiero za kilka miesięcy w środowisku inwestycyjnym być może przypominającym to z lata i jesieni 1998 roku czyli z okresu bankructwa Rosji i upadku gigantycznego funduszu spekulacyjnego Long-Term Capital Management.

Kilka przesłanek sugeruje, że taka ewentualna kulminacja kryzysu będzie dobrym momentem do zakupów akcji. Jedną z tych przesłanek chciałbym opisać dziś.

Na rynkach finansowych funkcjonuje wiele reguł inwestycyjnych (typu „sell in May, go away on holiday„), zwykle mają one jednak charakter probabilistyczny, to znaczy sprawdzają się „zwykle” ale nie zawsze. Jest jednak jedna reguła, która nie zawiodła nigdy od 76 lat. Co prawda daje ona sygnał kupna jedynie raz na 4 lata, ale 19 ostatnich tego typu sygnałów przyniosło zyski i żaden nie przyniósł straty.

Z 19 sygnałów kupna na przestrzeni minionych 76 lat 19 zakończyło się sprzedażą z zyskiem.

Oto stopy zwrotu uzyskane w tych transakcjach:

+9,9 proc.

 +36,4 proc. 

+44,5 proc.

+33,1 proc.

+36,3 proc.

+6,8 proc.

+37,0 proc.

+5,3 proc.

+41,9 proc.

+21,2 proc.

+26 proc.

+33,3 proc.

+19,6 proc.

+40,8 proc.

+22,2 proc.

 +2,3 proc.

+31,9 proc.

+1,8 proc.

+47,9 proc.

Średnia z tych 19 stóp zwrotu to +26,2 proc., mediana +31,9 proc. Najniższy zysk to +1,8 proc., najwyższy to +47,9 proc.

Najnowszy sygnał tego typu został wygenerowany nie tak dawno bo raptem  pod koniec września tego roku. Ówczesny zakup dał do 5 listopada zysk w wysokości 7,4 proc. Potem te zyski zaczęły topnieć i na koniec listopada wynosiły już jedynie 3,5 proc. Do momentu pojawienia się – za 13 miesięcy – sygnału sprzedaży wielkość tej bieżącej stopy zwrotu będzie się jeszcze wielokrotnie zmieniać.

Pora już chyba zdradzić jakieś szczegóły owej „niezawodnej” od prawie 80 lat strategii spekulacyjnej. Oczywiście oparta ona jest na występujacym na amerykańskim rynku akcji zjawisku tak zwanego „cyklu prezydenckiego”, czyli  tendencji do oscylowania stóp zwrotu z lokat w akcje w ramach 4-letniego cyklu politycznego wyznaczanego przez kalendarz wyborów prezydenckich w USA. W ramach tej narzucanej przez 4-letni rytm wyborów cykliczności występuje silna tendencja to pojawiania się wysokich stóp zwrotu w roku poprzedzającym rok, w którym odbywają się wybory prezydenckie w USA (czyli trzecim roku cyklu):

  

 

Przedstawione powyżej stopy zwrotu były zyskami z obejmujących 5 kwartałów lokat w indeks S&P 500 inicjowanymi pod koniec III kw. drugiego roku po wyborach i zamykanymi na koniec trzeciego roku po wyborach. W poprzednim cyklu oznaczało to zakup akcji wchodzących w skład indeksu S&P 500 po koniec września 2006 (czyli pod koniec III kw. drugiego roku po wyborach prezydenckich z 2004 roku) i ich sprzedaż na koniec 2007 roku. Czyli kupno, gdy S&P 500 miał wartości 1335,8 pkt. i sprzedaż gdy miał wartości 1468,4 pkt. Dało to  zysk właśnie 9,9 proc. (nie licząc dywidend!) „zgarnięty” w ostatnich chwili przed ostatecznym załamaniem cen akcji spowodowanym wybuchem kryzysu kredytowego.

Stosowanie tej strategii pozwoliłoby w okresie od 1934 roku na pomnożenie początkowego kapitału ponad 73-krotnie (a wyliczenie to nie uwzględnia dywidend uzyskiwanych podczas 5-kwartalnego okresu trzymania akcji).

Oczywiście źródłem tej zadziwiającej regularności jest zdolność zależnej od Białego Domu Rezerwy Federalnej do manipulowania przebiegiem cyklu koniunkturalnego w gospodarce w taki sposób by maksymalizować szanse reelekcji urzędującego prezydenta czy też innego kandydata  aktualnie rządzącej partii. Dlaczego jednak najlepszym rokiem na giełdzie nie jest rok wyborów tylko rok poprzedni? No cóż. O wynikach demokratycznych wyborów decydują w mniejszym stopniu głosy inwestorów a w większy pracobiorców (których jest zdecydowanie najwięcej). Innymi słowy celem manipulującego w celach politycznych koniunkturą gospodarczą banku centralnego jest maksymalizacja liczby miejsc pracy w gospodarcze w przeddzień wyborów. Jak wiemy poziom zatrudnienia sam jest wskaźnikiem opóźnionym w stosunku do koniunktury gospodarczej, a tą ostatnią z kolei o średnio ok. 5 miesięcy wyprzedzają zmiany cen na rynku akcji. To skumulowane wyprzedzenie rynku akcji w stosunku do koniunktury gospodarczej, i koniunktury gospodarczej w stosunku do rynku pracy powoduje, że skutki manipulacji FED zaczynają być widoczne na rynku akcji już na 2 lata przed wyborami.

Jest dosyć jasne, że ostatnia interwencja Rezerwy Federalnej, która wywołała tyle emocji miesiąc temu, jest elementem właśnie takiej wielkoskalowej manipulacji, której celem jest wpłynięcie na wynik wyborów prezydenckich z listopada 2012 roku.

Warto zauważyć, że ostatnim przypadkiem, w którym opisana strategia sromotnie zawiodła przynoszą stratę w wysokości 50 proc. były lata 1930-31. Był to ostatni okres, w którym w USA ciągle jeszcze obowiązywał – zniesiony w 1933 roku przez rozporządzenie prezydenta Roosevelta – standard złota. Innymi słowy był to ostatni okres, w którym amerykańscy obywatele mieli prawo i możliwość zamiany „zielonych papierków z portretami martwych prezydentów” na złote monety i sztabki, z którego to prawa i możliwości mogli korzystać, jeśli na przykład nie przypadły im do gustu  manipulacje wartością pieniądza w wykonaniu banku centralnego.

Przyszły rok – rok 2011 – jest właśnie takim najlepszym z punktu widzenia giełdy nowojorskiej trzecim rokiem „cyklu prezydenckiego”, to znaczy rokiem poprzedzającym rok wyborów prezydenckich w USA. 

  

 

 

Na powyższym wykresie zaznaczyłem kolorowymi liniami 3 trendy wokół których indeks S&P 500 musiałby się zapewne oplatać, gdyby chciał zakończyć przyszły rok na poziomach oznaczających wzrost w stosunku do poziomu z końca września (1141,2) o odpowiednio +1,8 proc. (cel 1161,7 pkt. na zielono), +31,9 proc. (cel 1505,2 pkt. na niebiesko) oraz +47,9 proc. (cel 1687,8 pkt. na czerwono). Ta pierwsza liczba – +1,8 proc. – to najniższy zysk z opisanej powyżej strategii opartej na „cyklu prezydenckim”, ta ostatnia – +47,9 proc. – do najwyższy zysk. +31,9 proc. to mediana – „wartość oczekiwana” – z tych 19 dodatnich stóp zwrotu.

W ciągu następnych 13 miesięcy będę najprawdopodobniej często wracał do powyższego wykresu traktując każdy wzrost powyżej czerwonej linii jako sygnał lokalnego „przegrzania” rynku i spadku dalszego potencjału wzrostowego. Równocześnie każdy spadek indeksu poniżej zielonej linii będą skłonny traktować jako sygnał pojawienia się cen „gwarantujących” – na podstawie statystyki od 1934 roku – zysk z inwestycji w amerykańskie akcje.

Oczywiście wersja najbardziej optymistyczna (linia czerwona) a nawet wersja zgodna ze medianą (linia niebieska) są zapewne – w obecnych warunkach – nieco mniej prawdopodobne (choć oczywiście nie można być tego pewnym). Wcześniejsze rozważania – patrz „Wall Street: stracone 2 lata?” oraz „Prawdopodobieństwo załamania a maksymalna możliwa nagroda” sugerowały, że bardziej realistyczne są oczekiwania zakończenia przyszłorocznych notowań na Wall Street przy poziomie S&P 500 wyższym niż owe minimalne 1161,7 pkt. ale jednak niższym niż oczekiwany na podstawie mediany poziom 1505,2 pkt.

Dodaj komentarz