Nic się nie stało, spekulanci, nic się nie stało!?

Gdy kończąc przed urlopem swój ostatni  „Raport kwartalny na temat alokacji aktywów” redukowałem w nim rekomendowany udział akcji z 50 do 25 proc. portfela byłem przekonany, że w krótkoterminowej perspektywie okaże się to błędem (oczywiście zakładałem, że średnioterminowo to słuszna decyzja). Gdy pod koniec czerwca w reakcji na perspektywę zawarcia porozumień w sprawie pomocy dla Grecji na Wall Street nastąpił klasyczny „wykop” to znaczy najsilniejszy od 2 lat tygodniowy wzrost S&P 500 utwierdziłem się tylko w tym przekonaniu. Taka wysoka dynamika jest bardzo często sygnałem początku trwalszej tendencji wzrostowej kontynuowanej później dłuższy czas przy stopniowo słabnącym tempie wzrostu. Mogliśmy się o tym przekonać w spektakularny sposób przez minione ponad 2 lata hossy na Wall Street, której początek został w marcu i kwietniu 2009 zasygnalizowany najsilniejszą od pokolenia 2-miesięczną zwyżką S&P 500. Można tu szukać analogii w mechanice: kopnięta piłka czy wystrzelona kula armatnia również wykazuje największą prędkość na samym początku ruchu.

To przekonanie o rozpoczęciu poważniejszego – przynajmniej kilkumiesięcznego ruchu wzrostowego – było wzmacniane bardzo niskim sentymentem, który towarzyszył formowaniu się czerwcowego dołka. W okresie trwania hossy równie marne nastroje indywidualnych inwestorów zawsze stwarzały dobrą okazję do krótkoterminowych zakupów, co zresztą i tym razem się potwierdziło w odniesieniu do amerykańskiego rynku.

Oczywiście najsilniejszy od pół roku czwartkowy (7 lipca) wzrost WIG-u o 1,8 proc. do najwyższego poziomu od 3 tygodni mógł zostać zinterpretowany tylko jako oczywiste potwierdzenie rozpoczęcia oczekiwanej „letniej zwyżki”.

W tym kontekście późniejsze wywołane falą niepokojów co do sytuacji finansowej Włoch trzydniowe tąpnięcie na GPW i spadek wartości głównych indeksów do najniższych poziomów od 4 miesięcy były dla mnie wielkim zaskoczeniem. Czyżby jednak decyzja o obcięciu udziału akcji w rekomendowanym portfelu aktywów nie była – wymuszonym zbliżającym się terminem końca kwartału  – krótkoterminową błędem? 

Najpierw kilka słów wyjaśnienia, co do przyczyny tej redukcji udziału akcji. Zgodnie ze schematem, którym się posługuję (można go zobaczyć np. tu) moment minięcia przez gospodarkę szczytu ożywienia to czas przesunięcia punktu ciężkości z surowców (które powinny były trafić do portfela, gdy gospodarka mijała w sierpniu 2010 cykliczny dołek tempa inflacji) w kierunku gotówki, która właśnie teraz osiąga najwyższe w ramach cyklu poziomy oprocentowania (i rzeczywiście RPP jest już po 4 podwyżkach stóp i pewnie na tym się nie skończy). Ze względu na to, że szereg aktualnych „projekcji” wartości WIG-u na ten rok dawało bardzo optymistyczne wskazania, starałem się utrzymać znaczący udział akcji w portfelu możliwie długo. Również wszystkie narzędzia, którymi się posługuję sugerowały kontynuację hossy surowcowej jeszcze przez kolejny rok. Stąd otrzymywany od końca grudnia – bez jakichś spektakularnych sukcesów zresztą – portfel składający się z połowie z akcji a w połowie z surowców.  Niestety zachowanie różnych stosowanych przeze mnie wskaźników wyprzedzających dla polskiej gospodarki sugerowało, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie mijamy cykliczny szczyt ożywienia. Taki przynajmniej wniosek płynął z analizy wykresu dynamiki OECD-owskiego indeksu wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Polski, która w przeszłości wyprzedzała dynamikę PKB o średnio 11 miesięcy:

 

 

 

Wykres dynamiki tego indeksu mówi sam za siebie i niezależnie od tego, czy te wskazania się ostatecznie potwierdzą, jakiś ruch w kierunku gotówki wydawał się konieczny.

Obecnie trwający spadek dynamiki CLI (Composite Leading Indicator) jest odpowiednikiem podobnych – zapowiadających spowolnienie gospodarcze – ruchów z lat 2007-2009 (po przesunięciu w przód o te 11 miesięcy) i 2003-2006. Oba ruchu rzeczywiście poprawnie sygnalizowały cykliczne spowolnienia gospodarcze, które zmaterializowały się pomiędzy I kw. 2004 a I kw. 2005 (łagodne „bezkryzysowe” spowolnienie po wejściu do UE) oraz pomiędzy I kw. 2007 a kw. 2009 (ostatnia pokoleniowa katastrofa gospodarcza na świecie).

Co ciekawe ta perspektywa nadejścia spowolnienia była w obu tych przypadkach sygnalizowana przez rynek akcji pojawianiem się na wykresie WIG-u 20 ciekawej sygnatury:

 

 

Ten „kliny zwyżkujące” z lat 2003-2005 i 2006-2007 były charakterystyczną reakcją rynku na nadchodzące spowolnienie gospodarcze. Dalszy ciąg – to co się wydarzyło po opuszczeniu przez indeks tych formacji – było oczywiście w obu przypadkach zupełnie odmienne, tak jak odmienne było łagodne spowolnienie kulminujące wiosną 2005 i drastyczne załamanie gospodarcze sprzed 3 lat.

Co niezwykłe w okresie minionego 1,5 roku na wykresie WIG-u 20 po raz kolejny doszło do utworzenia analogicznej formacji w klasycznej analizie technicznej traktowanej jako sygnał wyczerpywania się siły trendu (oczywiście omawiany przypadek „klina” z lat 2003-2005 świadczy dowodnie, że takich sformułowań nie należy traktować zbyt dosłownie, gdyż w każdym przypadku istotny jest gospodarczy kontekst pojawienia się danej formacji).

Ostatnia panika spowodowała opuszczenie tej formacji dołem. Od razu możemy dokonać oszacowania kluczowych wsparć i oporów, które pojawiały się na wykresie WIG-20. Poziom wsparcia zawędrował oczywiście w okolice 2600 pkt., czyli na poziom szczytu indeksu z wiosny poprzedniego roku. Zarówno w 2005 jak i w 2007 roku WIG-20 po opuszczenia klina dołem zatrzymywał się właśnie na poziomie wyznaczonym przez szczyt w wiosny roku poprzedniego. Oporem zaś stała się obecnie wędrująca w szybkim tempie w górę linia, która jeszcze w poprzednim tygodniu stanowiła dolne ograniczenie klina. Skoro nawet jesienią 2007 a więc w przeddzień globalnej katastrofy WIG nie przepuścił okazji, by w analogiczny opór zastukać od dołu, to i teraz można liczyć na powtórkę podobnego zachowania.

Oczywiście większość giełdowych „niedźwiedzi” naznaczonych piętnem lat 2007-2009 w obecnym klinie ujrzy kopię tego z lat 2006-2007 i potraktuje go jako zapowiedź katastrofy na giełdzie. „Zasada zmienności”, do której jestem mocno przywiązany, sugeruje jednak, że powtórka zachowania rynku znanego z ostatniego cyklu jest mało prawdopodobna, a inspiracji należy raczej szukać w latach 2004-2005. Jak jednak to ostatnie zdanie potraktować poważniej w kontekście ostatniej mini-paniki, która pokazała że kolejna runda pomocy dla Grecji zupełnie nie może być traktowana jako jakiś pozytywny przełom?

Ten sceptycyzm jest z pewnością zrozumiały i w dużej mierze uzasadniony, ale być może sytuacja nie przedstawia się aż tak tragicznie, jak to chcą widzieć „niedźwiedzie”. Ciekawa rzecz wydarzyła się bowiem ostatnio na drugiej wersji indeksu wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Polski liczonej przez OECD, wersji zwanej „amplitude adjusted”, czyli takiej, z której wyeliminowany został trend (wzrostowy). Otóż ta wersja wskaźnika wyprzedzająca w przeszłości dynamikę PKB w naszym kraju o średnio 7 miesięcy niespodziewanie nieśmiało zakręciła w górę! Ostatni raz coś takiego zdarzyło się – co prawda na znacznie niższych poziomach – pod koniec 2008 roku. A tak wygląda model dynamiki PKB oparty na tym wskaźniku (lepiej korelującym z dynamiką PKB – 0,84 – niż wcześniej przedstawiona wersja – 0,69):

 

 

Model zapewne wyraźnie zawyża faktyczną (czyli taką, którą poda GUS) dynamikę PKB. Nie zmienia to faktu, że niespodziewanie rosnąca ścieżka wskaźnika raczej nie sugeruje nachodzącego załamania. Przy braku takowego ścieżka cen na rynku akcji w okresie najbliższych kilkunastu miesięcy też nie będzie raczej przypominać trajektorii z lat 2007-2009, a być może bardziej tą, którą zasugerowałem w swej prognozie na następne 6 lat (coś w rodzaju „trójkąta rozbieżnego”).

Gdy pisałem powyższy tekst szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej napomknął o możliwości kontynuacji polityki „luzowania ilościowego” w przyszłości. Warunkiem miałoby być utrzymanie się tempa inflacji na niskim poziomie. Zabrzmiało to jak uprzejme zaproszenie dla spekulantów do kolejnej rundy zakupów inflacyjnych aktywów czyli głównie surowców (aż osiągną takie poziomu, że Ben Bernanke zostanie zmuszony przez recesję spowodowaną wzrostem cen ropy naftowej do ostatecznego zapomnieniu o „quantitative easing”), ale również w mniejszym stopniu akcji. Ta wypowiedź Bernanke wydaje się stanowić podobny cios zadany obozowi „niedźwiedzi”, jak ten którego autorami byli na początku stycznia Chińczycy zapowiadając udzielenie krajom Półwyspu Iberyjskiego pomocy finansowej. Nad tym jakie konsekwencje dla różnych klas aktywów może mieć ostatnia wypowiedź szefa FED spróbuję zastanowić się w tym miejscu na początku przyszłego tygodnia.

Dodaj komentarz