1987?

Myśl przedstawiona w skrótowej formie w poprzednim wpisie wymaga pewnego rozwinięcia. Wypada zacząć od historycznego wstępu. 2,5 roku temu wiosną 2009 roku bardzo silny 2-miesięczny wzrost wartości S&P 500 – porównywalny jedynie do podobnych ruchów z początku 1975 roku i z lata 1938 – wskazywał uważnym obserwatorom rynków okresy historyczne, w których należy szukać inspiracji przy próbach stawiania prognoz dalszego rozwoju sytuacji (Analogia potwierdzona). Oparte na tych analogiach ówczesne prognozy:

„Z przedstawionych pod koniec marca „nakładanek” opartych na tej analogii płynęła sugestia, że w tym roku S&P ustanowi szczyt odbicia w strefie 1100-1200 pkt. w okolicach października, jeśli zastosować wzorzec z 1938 roku lub też w okolicach grudnia, jeśli rozwój sytuacji na rynku miałby przebiegać podobnie do tego, co działo się w 1975 roku:”

… okazały się bardzo udane: S&P 500 znalazł się w strefie 1100-1200 pkt. w listopadzie 2009 roku. Nawiasem mówiąc indeks ten po niecałych 2 latach od tamtej pory znowu trafił ostatnio do tego przedziału.

W jednym z następnych wpisów spróbuję uaktualnić te analogie, które swego czasu doprowadziły mnie do przyjęcia koncepcji „cyklu pokoleniowego”.

Obecnie mamy do czynienia na rynkach z sytuacją niejako odwrotną do tej z wiosny 2009. Jesteśmy świeżo po jednym z najsilniejszych w okresie minionych kilkudziesięciu lat załamań cen akcji na Wall Street. Pomiędzy 22 lipca a 8 sierpnia tego roku w ciągu 11 sesji S&P 500 stracił 16,8 proc.  Wypada sprawdzić, czy może i tym razem rynki próbują nam coś podpowiedzieć. W latach 1929-1946 z tego typu załamaniami cen akcji w USA mieliśmy do czynienia 11-krotnie, ale od połowy lat 40-tych takie epizody stały się rzadkie – przydarzyły sie jedynie 3-krotnie: ostatnio jesienią 2008 roku po bankructwie banku Lehman Brothers, latem 2002 roku, gdy upadała firma WorldCom i jesienią 1987 roku. W każdym z tych trzech przypadków S&P 500 spadał później poniżej poziomu, na którym kończył sesje, na której taka fala paniki kulminowała. W 1987 roku taki wtórny dołek pojawił się na 34 sesji po pierwotnym dołku (drugie dno nie zdołało jednak zejść poniżej wewnątrzsesyjnego minimum wyznaczonego podczas pierwszego apogeum paniki). W 2002 roku bessa skończyła się 57 sesji później. I wreszcie w latach 2008-2009 dno bessy nadeszło dopiero na 108 sesji od apogeum paniki. Niezależnie od tego czy bessa kończyła się 1,5 miesiąca później (przypadek 1987 roku), niecałe 3 miesiące później (przypadek 2002 roku), czy dopiero 5 miesięcy później (przypadek z lat 2008-2009), ktoś kto kupował akcje w dnie tego typu 11-sesyjnej paniki najpóźniej po 10 miesiącach wychodził na plus, a w ciągu 2,5 roku od zakupów mógł skasować zyski sięgające od +36 proc. do +64 proc.

 

 

Należy zauważyć, że różnica pomiędzy – relatywnie słabym – zachowaniem cen akcji po panice z jesieni 2008 a – relatywnie silnym – zachowaniem rynku po panikach z 1987 i 2002 roku wynikała z faktu, że 3 lata temu gospodarka USA właśnie wchodziła w recesję, gdy tymczasem w 2002 roku już z niej wyszła, a w okolicach 1987 żadnej recesji nie było.

Ostatni epizod rynkowej paniki najbardziej przypomina ten z 1987 roku, co starałem się zilustrować w poprzednim wpisie. Wynika to z tego, że zarówno w 2002 roku jak i w 2008 roku mieliśmy do czynienia z falami wyprzedaży na rynku akcji, które pojawiały się po dłuższym czasie utrzymywania się bessy. 3 lata temu bessa trwała już rok, gdy nastąpiła wyprzedaż porównywalna do ostatniej, 9 lat temu okres ten wynosił ponad 2 lata.

Ktoś sceptycznie nastawiony zapyta jednak, czy proste nakładanie wykresu indeksu na – choćby nie wiem jak podobne – przebiegi wykresu z przeszłości, można traktować  poważnie jako wartościową wskazówkę na przyszłość? Oczywiście nie, jeśli sprawa miała by się ograniczać do samej analogii technicznej. Podobieństw obecnej sytuacji do tej z 1987 roku jest jednak więcej. Po pierwsze – co może zaskakiwać – po ostatnim załamaniu cen akcji średnia wartość wskaźnika Cena/Zysk dla S&P 500 (przy uwzględnieniu prognozowanych zysków) spadła do najniższego poziomu od marca 2009. Jak widać na poniższym wykresie w okresie obejmującym okres minionego ćwierćwiecza rozpoczynanie akumulacji amerykańskich akcji na tym poziomie wyceny było zawsze dobrym pomysłem. Dotyczy to również 1987 roku. Jeśli uwzględnimy fakt, że rentowność amerykańskich 10-latek na poziomie tuż ponad 2 proc. jest najniżej od przełomu lat 2008 i 2009, to tego typu wycenę akcji można uznać za bardzo atrakcyjną. Co ciekawe również na GPW średnie P/E dla WIG-u 20 zanurkowało poniżej poziomu 10.

 

 

Oczywiście te wyceny są atrakcyjne tylko pod warunkiem, jeśli gospodarka światowa uniknie w najbliższym czasie jakiegoś poważniejszego załamania. Wydaje się, że są na to szanse. Przykładowo zachowanie tamtejszego rynku pracy przypomina na razie bardziej właśnie sytuację z 1987 roku niż okresy recesji z lat 1982, 1990/91, 2001 czy 2008/9 (poniższy wykres uwzględnia dzisiejsze dane na temat nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych):

 

 

Sprawa nie jest oczywista, bo ostatnie załamanie poziomu oczekiwań Amerykanów do najniższego od pokolenia poziomu stanowi z kolei poważną przesłankę przemawiającą za recesją. Rozstrzygnięcie tej kwestii wymagać będzie uważnego śledzenia bieżących statystyk makroekonomicznych.

Istnieje jednak jeszcze jeden czynnik unifikujący obecną sytuację i tą z jesieni 1987 roku. Jest nim zachowanie kursu franka szwajcarskiego i złota. Niezależnie od tego, czy ostatnie załamanie jest – tak jak w styczniu 2008 – początkiem ponad rocznej bessy i głębokiego kryzysu, czy też tak jak w 1987 tylko gwałtowną korektą prowadzącą do wyzerowania dynamiki rocznej cen akcji, ale bez przekształcania się w regularną bessę, najbliższe dwa miesiące powinny przynieść utrzymanie się na rynkach dużej nerwowości. Rynkową manifestacją tej nerwowości jest kariera franka szwajcarskiego i złota, czyli tradycyjnych miejsc ucieczki spłoszonego kapitału. W ostatnich tygodniach dokładnie tak samo jak w 1987 roku rynek akcji nie wytrzymał w końcu uporczywej ucieczki kapitału z dolara (i euro) do franka

 

 

W 1987 roku, o ile S&P 500 ustanowił pierwotne dno paniki już 19 października, a wtórne dno 4 grudnia, to złoto zwyżkowało do 14 grudnia, a CHF umacniał się do dolara aż do 31 grudnia 1987. Jeśli ostatnie próby rynków złapania równowagi utożsamimy z takim pierwotnym dołkiem paniki, to początków trwalszych fal spadkowych na złocie i franku szwajcarskim powinnyśmy oczekiwać gdzieś w okolicach sezonowego dołka na rynkach akcji jesienią tego roku. Zmiana trendu z grudnia 1987 poprzedziła falę spadku wartości franka szwajcarskiego trwającą do wiosny 1989 roku. W przypadku ceny złota zmiana była jeszcze bardziej drastyczna: złoto powróciło na poziom z końca 1987 roku dopiero 18 lat później.

Co ciekawe ta ucieczka do „bezpiecznych” aktywów dotyczyła również obligacji skarbowych rządu USA: ostatni 2-tygodniowy spadek rentowności może być porównywalny jedynie do tego z przełomu 2008 i 2009 roku oraz do tego z … jesieni 1987 roku:

 

Oczywiście można wskazać szereg zjawisk, które odróżniają obecną sytuację od tej z jesieni 1987 roku. Wydaje się jednak, że przedstawione podobieństwa – ścieżki rynku akcji w okresie minionych 2 lat, zachowania CHF, wyceny akcji – są na tyle uderzające, że na podstawie wzorca sprzed 24 lat (rok 1987 również podobnie jak 2011 był rokiem przedwyborczym w USA!) można kreślić bazowy scenariusz rozwoju sytuacji na rynkach w najbliższej przyszłości. Jeśli ta teza jest poprawna – wszystko zależy od tego, czy obecne spowolnienie przerodzi się w poważną recesję, czy nie – to w 2013 roku ceny akcji w USA znajdą się na poziomach wyższych niż w tegorocznym szczycie, a prawdziwa recesja nadejdzie dopiero w 2014 roku (odpowiednik recesji z okresu II kw. 1990-I kw. 1991).

 

Dodaj komentarz