Sensacyjne dane o nastrojach analityków

Chciałbym na szybko podzielić się sensacyjną informacją, którą dziś rano w swoim komentarzu zamieszczonym pod ostatnim wpisem na blogu umieściła pani „ulica_mainstreet”. Otóż najnowszy sondaż przeprowadzany wśród „strategów” z Wall Street ujawnił załamanie się poziomu optymizmu do najniższej wartości w historii, czyli od przynajmniej 1985 roku. Wskaźnik ten – Bank of America Merill Lynch’s Sell Side Consensus Indicator – obliczany jest na koniec każdego miesiąca jako średnia z rekomendowanego przez strategów z Wall Street zaangażowania w akcje:

 

 

Pozwoliłem sobie zaznaczyć na wykresie S&P 500 momenty, w których omawiany wskaźnik przebijał od góry zaznaczone na powyżej kolorem czerwonym dolne ograniczenie wstęgi obejmującej większość wartości indeksu nastrojów (poza skrajnymi odchyleniami od wieloletniej średniej takimi jak to, z którym mamy do czynienia obecnie):

 

 

 

Te momenty to koniec 1997 roku (po krachu z października), wiosna 1988, wiosna 1989, koniec 1990 roku (po załamaniu cen akcji wywołanym wejściem gospodarki USA w recesję spowodowaną skokiem cen ropy naftowej po zajęciu Kuwejtu przez Irak), koniec 1994 roku (kryzys meksykański), przełom 1996 i 1997 roku (tu stratedzy mieli rację obawiając się negatywnych skutków zapowiadanego przez FED zaostrzenia polityki pieniężnej tyle, że bessa nadeszła nie na Wall Street – tam akcje wzrosły – ale na rynkach „wschodzących”) i I kw. 2009 (apogeum poprzedniego kryzysu).

Jak widać kupując akcje w momentach takiego skrajnego pesymizmu – zwykle przecież „z natury” optymistycznie nastawionych – „sell-side’owych” analityków nie można było stracić. Można by nawet powiedzieć, że po takich sygnałach na Wall Street nigdy już nie bywało taniej…

Jest jasne, że analitycy boją się skutków drastycznego zacieśnienia polityki fiskalnej, które ma nastąpić w USA od 1 stycznia 2013, które zapowiada wejście gospodarki USA w recesję na początku przyszłego roku.  Na podstawie historii tego wskaźnika jest jednak równie jasne, że te lęki są niezbyt uzasadnione (jeśli negatywne skutki się ujawnią, to raczej nie na amerykańskim rynku akcji).

Widzą ten sygnał poczułem się niepewnie pamiętając, że w moim własnym modelowym portfelu aktywów akcje mają zaledwie 30 proc. udział. Pocieszam się, że GPW to nie NYSE, więc być może – dzięki trwającemu w strefie euro kryzysowi – nasz rynek da jeszcze okazję to zwiększenia zaangażowania w akcje przy w miarę przyzwoitych cenach. Uważam jednak, że biorąc pod uwagę jednak ten pesymistyczny konsensus – uczestniczą w nim również indywidualni inwestorzy – należy w dosyć szybkim tempie rozpocząć przestawianie się na tory kontrariańskiego myślenia, co w tym przypadku oznacza zakupy akcji. Taki pesymizm inwestorów musi zostać ukarany przez rynki i być może na nadejście tej kary nie trzeba zbyt długo czekać (konsensus rynkowy zakładający spadki cen akcji do października jednak okaże się błędny).

 

 

Dodaj komentarz