Nowa siedmiolatka rozpoczęta

Przy założeniu, że Parlament Europejski zaakceptuje ostatnie porozumienie w sprawie budżetu UE na lata 2014-2020, można uznać nowy „plan siedmioletni” za rozpoczęty. Fakt wyboru przez władze europejskie właśnie 7-letniego okresu budżetowego wydaje mi się bardzo interesujący. Można się nim bowiem posłużyć jako fundamentalnym argumentem na poparcie starej lecz ciągle aktualnej hipotezy, która każe w sytuacji z połowy poprzedniej dekady upatrywać jednego z wzorców dla koniunktury na krajowym rynku akcji w najbliższym czasie. Jak zwrócił uwagę w komentarzu pod poprzednim wpisem na blogu pan „sajetann” obecną sytuację można zasadnie porównywać do tej z lutego 2006 roku. W obu przypadkach rynek był mniej więcej 8 miesięcy po dołku 13-miesięcznej bessy (maj 2005 i maj/czerwiec 2012) i świeżo po uzgodnieniu budżetu UE na następne lata (grudzień 2005 i luty 2012). Podobnie wnioski można było formułować już wcześniej, bo „zasada zmienności” od dawna sugerowała, że wzorca dla rozwoju sytuacji na rynku należy szukać nie jeden a dwa cykle wstecz, czyli właśnie w połowie poprzedniej dekady. Średnia długość podstawowego cyklu gospodarczego – cyklu Kitchina – to 40 miesięcy, więc dwa takie cykle to 7 lat bez 4 miesięcy. To ta właśnie cykliczność bywa dostrzegana przez analityków technicznych  widzących na wykresie WIG-u istotne szczyty co mniej więcej 7 lat (1994, 2000 i 2007; ta cykliczność potraktowana dosłownie sugeruje kolejny szczyty tej klasy w okolicach marca 2014). Uchwalane co 7 lat plany budżetowe UE ładnie pasują do tej prawidłowości i dostarczają jej – przynajmniej częściowej – racjonalnej podbudowy. W poprzedniej 7-latce WIG ustanowił kluczowy szczyt w lipcu pierwszego roku budżetowego, jak gdyby do tego czasu rynek hurtem zdyskontował cały strumień zysków potencjalnie związanych z wykorzystaniem unijnych pieniędzy. Powtórzenie tego schematu obecnie dawałoby podobnie ważny szczyt w lipcu 2014.

Powyższą tezę zilustrowałem na poniższym rysunku. Nie wydaje się by należało traktować ją zbyt dosłownie w krótkoterminowej perspektywie, ale gdyby ktoś bardzo chciał, to można założyć, że jesteśmy w sytuacji analogicznej do tej z lutego 2006, czyli w trakcie korekty, która na WIG-u sięgnęła ostatecznie -5,4 proc. (obecna osiągnęłaby ten poziom po spadku WIG-u do okolic 45600 pkt.). Potem od połowy marca przyszłaby jeszcze jedna fala wzrostów, a dopiero później – w maju i czerwcu – silna korekta całego rocznego impulsu wzrostowego rozpoczynającego hossę analogiczna do tej z wiosny 2006 (WIG -21,5 proc.). Po tej korekcie przyszłaby kolejna fala wzrostów analogiczna do tej z okresu czerwiec 2006-lipiec 2007. Powtórka scenariusza sprzed 7 lat oznaczałaby więc zapewne najpierw wyjście WIG-u powyżej szczytu z kwietnia 2011 roku (ok. 50000), a następnie wiosenne tąpnięcie w kierunku wsparcia, które ulokować można w strefie 42300-43100).

 

 

Powyższy scenariusz wywiedziony z dosłownie potraktowanej domniemanej 7-letniej cykliczności można skonfrontować z inną zależnością wiążącą rynek akcji i rynek złotego. Spróbowałem ja zilustrować na poniższym wykresie. Jak widać ceny akcji na GPW stanowią w dużej mierze lustrzane odbicie siły złotego (mierzonej za pomocą średniego kursu dolara i euro do polskiej waluty). Tu dominująca ostatnio cykliczność waha się od 16 do 18 miesięcy (szczyty kursów walut z lutego 2009, czerwca 2010 oraz grudnia 2011) sugeruje, że następna okazja do sprzedaży walut po lokalnie wysokich cenach i kupna akcji w dołkach korekty powinna nadejść w okolicach maja.  Od ostatniego szczytu impulsu dewaluacyjnego – dającego chwilowy wzrost konkurencyjności krajowemu przemysłowi – minęło już 14 miesięcy. W poprzednich cyklach 14 miesięcy do szczytu paniki na złotym z lutego 2009 upływało w kwietniu 2010, a 14 miesięcy po szczycie kursów walut z czerwca 2010 w sierpniu 2011. To oczywiście bardzo niepokojące dla posiadaczy akcji daty wyznaczające ostatnie chwile na ucieczkę z rynku akcji przed dwoma największymi załamaniami cen z ostatniego cyklu („flash crash” w maju 2010 i tąpnięcie z sierpnia 2011). Skojarzenia z sierpniem 2011 mogą wywoływać trwogę, ale zasada zmienności sugeruje, że inspiracji szukać należy raczej w sytuacji z 2010 roku (podczas ówczesnej „flashcrashowej” korekty WIG stracił 11,3 proc., co w obecnych warunkach dałoby spadek w okolice poziomu 42786 pkt., czyli dokładnie w środek strefy wsparcia 42300-43100. 

 

 

Powyższe można traktować jako potwierdzenie zdroworozsądkowej obserwacji, że trwająca od maja/czerwca 2012 fala zwyżki jest już stosunkowo „dojrzała”. Dwie fale wzrostowe WIG-u będące odpowiednikami fal umocnienia złotego odpowiednio od lutego 2009 i od czerwca 2010 zanim uległy ostatecznemu załamaniu (od kwietnia 2010 i kwietnia 2011) najpierw słabły, co prowadziło do przełamania przez WIG linii trendu wzrostowego, po którym to przełamaniu przychodził wzrostowy ruch powrotny (wynoszący WIG na jeszcze jeden lokalny szczyt). Być może obecnie będziemy mieli do czynienia z podobną sytuacją, jako że WIG jest dopiero w trakcie łamania trendu wzrostowego rozpoczętego na początku czerwca ub. r. Jeśli po obecnym spadku, który ze względu na wyraźny 5-falowy charakter powinien już się niebawem zakończyć, nadszedłby ruch powrotny do przełamanej linii trendu wzrostowego, to taki scenariusz stałby się w miarę zgodny z tym opartym na 7-letniej cykliczności przedstawionym na początku, w którym – przed nadejściem korekty całego impulsu wzrostowego – pomiędzy marcem a majem na rynku miała się zmieścić jeszcze jedna fala wzrostowa wynosząca WIG na nowe cykliczne maksimum. Osobiście składniałbym się ku takiemu scenariuszowi, choć oczywiście należy sobie zdawać sprawę, że w chwili obecnej potencjalna krótkoterminowa (do końca I półrocza) nagroda wydaje się porównywalna do skali podejmowanego ryzyka, a te proporcje nie wydają się być jakoś szczególnie atracyjne.

Dodaj komentarz