Zamiast drugiej Norwegii drugie Węgry?

Autorzy polskiej konstytucji z 1997 dobrze zdając sobie sprawę z „ponaschoćbypotopizmu” polityków, czyli skłonności rządów do przerzucania – przez zaciąganie długów – problemów w przyszłość (poza swoją kadencję) umieścili w niej limity długu publicznego mające stanowić skuteczną przeszkodę chroniącą nasz kraj przed wkroczeniem na „grecką” ścieżkę prowadzącą w długim terminie do bankructwa. W latach 90-tych świeża była jeszcze pamięć bankructwa Polski, do którego doszło w latach 80-tych. Niestety twórcy konstytucji nie przewidzieli, że wskutek reformy z 1999 roku na emerytalnych kontach polskich obywateli w OFE po 14 latach zgromadzone zostanie prawie 100 mld dolarów oszczędności, które dla „skądinąd łagodnego i liberalnego rządu, któremu zabrakło pieniędzy” okażą się pokusą trudną do odparcia. Sądząc po zachowaniu rynku akcji na czwartkowej sesji rządowy pomysł obejścia zapisów konstytucji i przejedzenia teraz (czytaj do wyborów z 2014 i 2015 roku) oszczędności emerytalnych obywateli nie przypadł do gustu inwestorom. Na razie efekt jest taki, że w krótkim czasie skala wzrostu WIG-u w trakcie obecnej cyklicznej hossy skurczyła się z +32,3 proc. do +19,1 proc. w czwartek. Stosunkowo lepiej wygląda sytuacja na rynku małych (sWIG-80 +29,8 proc.) i średnich (mWIG-80 +27,4 proc.) spółek, ale już na WIG-u 20 skala cyklicznej zwyżki z ostatnich nieco ponad 12 miesięcy została zredukowana do mizernych +6,7 proc.).

 

 

Być może inwestorzy przeanalizowali konsekwencje dla koniunktury giełdowej wdrożenia w 2010 podobnego pomysłu na Węgrzech, które jak sugeruje wykres względnej siły BUX-a wobec WIG-u w okresie minionych 3 lat raczej nie były pozytywne.

 

 

Najwyraźniej zapewnienia przedstawicieli rządu, że w żadnym z rozważanych sposobów dobrania się do zawartości emerytalnej skarbonki nie grozi pojawienie się podaży zgromadzonych w niej akcji, nie okazały się zbyt wiarygodne dla rynku.

Na podstawie węgierskich doświadczeń wpływ na rynek ewentualnego przejęcia przez rząd  oszczędności emerytalnych można oceniać jako negatywny, ale należy założyć, że z czasem po obecnym szoku rynek wróci na dawne koleiny zależności od globalnej koniunktury giełdowej. Tak jak węgierski rynek akcji nie załamał się w 2010 roku wskutek likwidacji tamtejszych funduszy emerytalnych, a ceny akcji na giełdzie w Budapeszcie spadły gwałtownie dopiero w 2011 roku w czasie globalnej letniej wyprzedaży, tak zapewne i losy naszego rynku akcji w dłuższym terminie zdeterminowane zostaną przez wydarzenia rozgrywające się na światowych rynkach.

 

 

W jakim globalnym kontekście należy więc umieścić obecną sytuację? Moim zdaniem wiele zjawisk zachodzących w ostatnim okresie na rynkach przypomina to, co działo się w połowie lat 90-tych. Można wymienić tu spadek ceny złota do prawie 3-letniego minimum:

 

 

… podobną słabość rynku miedzi:

 

 

… czy załamywanie się cen akcji na niektórych kluczowych rynkach „wschodzących” takich jak brazylijski czy chiński do wieloletnich minimów:

 

 

… co bardzo przypomina podobną słabość niektórych „Emerging Markets„, która ujawniła się w 1996 roku w trakcie ówczesnej globalnej hossy i z rocznym wyprzedzeniem zapowiadała najpierw kryzys azjatycki w 1997 roku a późnej rosyjski z 1998 roku:

 

 

Oczywiście są to wszystko objawy zgodne z pozycją rynków w ramach ok. 17-letniego cyklu oscylacji kapitału pomiędzy globalnym centrum a peryferiami, który szczególnie dobrze widać na wykresie wartości amerykańskiego dolara:

 

 

Oczywiście ostatnie zapowiedzi FED najpierw ograniczenia a następnie zakończenia w przyszłym roku skupu aktywów to dokładny odpowiednik ogłoszonego w połowie 1996 roku „tightening bias” poprzedzającego podwyżkę stóp procentowych w 1997 roku. Fakt nagłego wyparowania płynności z chińskiego rynku finansowego skutkującego skokiem kosztu pieniądza do najwyższego poziomu od czasu kryzysu azjatyckiego tylko podkreśla te podobieństwa:

 

 

Brzmi to wszystko bardzo groźnie, ale oczywiście należy pamiętać, że proponowana analogia z sytuacją z połowy lat 90-tych jest oczywiście bardzo optymistyczna dla rynków rozwiniętych, dla których taniejące surowce i powrót kapitałów z rynków peryferyjnych to wymarzone środowisko:

 

 

Jeśli sugerowanie przeze mnie analogia jest poprawna, to oczywiście kryzys na rynkach wschodzących (który roboczo określam mianem Chinageddonu) nadejdzie w przyszłym roku, ale do tego czasu – i zapewne później – koniunktura na rynkach rozwiniętych powinna kształtować się raczej pozytywnie. Ten pogląd pasuje do koncepcji „Grecji po japońsku” zilustrowanej poniżej:

 

 

Jak w tym zarysowanym naprędce globalnym kontekście mieści się nasz rynek? Prognozowanie czegoś w sytuacji istnienia specyficznego dla polskiego rynku czynnika ryzyka jakim są zakusy rządu na oszczędności emerytalne jest oczywiście trudniejsze niż zwykle. Spadki cen akcji na GPW z ostatnich dni spowodowały odklejenie sie wykresu WIG-u od trajektorii wyznaczonej w mojej prognozie sprzed ponad 1,5 roku. Jeszcze 2 tygodnie temu wydawało się, że WIG jest dokładnie „na kursie i na ścieżce” tej prognozy. Po ostatnich wydarzeniach, które niepotrzebnie wprowadziły nasz kraj na radary globalnych graczy wyraźniej ograniczających ostatnio swą ekspozycję na rynki „wschodzące”, powrót na tą ścieżkę nie jest już taki oczywisty:

 

 

Na razie przedstawiona analogia obecnej sytuacji na globalnych rynkach do tej z połowy lat 90-tych pozwala utożsamić ostatnie zachowanie WIG-u z drgawkami tego indeksu z drugiej połowy 1996 roku, które pojawiły się w momencie ogłoszenia przez FED zamiaru podnoszenia stóp procentowych („tightening bias„). I wtedy i teraz WIG znajdował się w okolicach linii trendu łączącej dołki dwu poprzednich rynków „niedźwiedzia”. Wtedy nie przeszkodziło to ostatecznie dokończeniu przez rynek pełnowymiarowej cyklicznej hossy na rynku akcji (akcje małych spółek skończyły hossę dopiero we wrześniu 1997). Jak będzie teraz, przekonamy się niebawem.

 

Dodaj komentarz