Cykl pokoleniowy – cykl likwidacji długu?

Po słabym otwarciu nowego roku na Wall Street (S&P 500 zamknął się w środę najniżej od 50 sesji, co nie zdarzyło się od listopada 2012) nastroje wśród inwestorów od razu przyklapły (w sondażu AAII liczba pesymistów przekroczyła liczbę optymistów po raz pierwszy od sierpnia ub. r.). Kontynuowanie przez FED obcinania skali skupu aktywów prowadzonego w ramach polityki „luzowania ilościowego” oraz widoczne na wieli rynkach peryferyjnych nerwowe reakcje na te działania dały uzasadnienie tego pogorszenia nastrojów. To chyba dobry moment, by spojrzeć na rynek amerykański z szerszej perspektywy stwarzanej przez koncepcję „cyklu pokoleniowego”.

Ubiegłoroczne wybicie się wartości indeksu S&P 500 powyżej szczytów z 2000 i 2007 roku wydaje się z tego punktu widzenia odpowiednikiem analogicznych ruchów z lat 1980, 1850, 1925 i 1900 (zielone strzałki na poniższy rysunku), które następowały po ustanowieniu „pokoleniowych” dołków cen akcji („strzałki czerwone”):

 

 

 

Uśrednianie ścieżek S&P 500 po takich pokoleniowych wybiciach nie ma chyba wiele sensu, bo ich dynamika jest zróżnicowana – dwa ostatnie były silne i trwały po kilkanaście lat, ale wcześniejsze były albo słabe, albo krótkotrwałe – ale dla porządku podaję uzyskaną w ten sposób projekcję:

 

 

Osobiście wyobrażam sobie przyszłość S&P 500 najbardziej zbliżoną do zachowania indeksu po wybiciu z pokoleniowej bessy, które nastąpiło w 1925 roku, czyli 4 lata ostrego wzrostu (do 2017 roku?) a potem załamanie a la lata 1929-1932 (Chinageddon?):

 

 

Dla porównania S&P 500 w ujęciu realnym (po uwzględnieniu CPI):

 

 

W każdym z 4 historycznych przypadków przełamania linii trendu spadkowego pokoleniowej bessy mieliśmy do czynienia z korekcyjnym ruchem powrotnym i można sobie wyobrażać, że z takim ruchem powrotnym powinniśmy mieć na Wall Street do czynienia w tym roku.

Zawsze miałem problem ze znalezieniem racjonalnej podstawy dla koncepcji „cyklu pokoleniowego”. Ostatnio zaczynam się skłaniać do myśli, że mamy tu do czynienia z okresowymi epizodami likwidacji długu. W latach 70-tych przyjęła ona klasyczną inflacyjną postać – stanowiące centrum gospodarki światowej USA pozbyły się długu dzięki dekadzie silnego wzrostu cen, który wymył realną wartość dolarowego długu. Dla odmiany redukcja długu w latach 30-tych przybrała klasyczną deflacyjną postać masowych bankructw. Wcześniejsze przypadki są trudniejsze do ujęcia w pojedynczą formułę – w okolicach I Wojny Światowej – przegrane Niemcy pozbyły się swoich zobowiązań wewnętrznych poprzez hiperinflację, a Rosja anulowała długi carskie po rewolucji bolszewickiej. Zupełnie nie mam natomiast pojęcia jak ten schemat zastosować do pokoleniowej bessy z ostatnich dwu dekad XIX wieku.

Jak likwidacja długu przebiega w obecnym cyklu? Zdaje się przyjmować bardzo elegancką postać skupowania złych długów przez banki centralne krajów rozwiniętych. Czy to coś zmienia? Oczywiście tak: dług publiczny w posiadaniu banku centralnego można będzie kiedyś po prostu umorzyć w taki sam sposób jak to chce obecnie zrobić z częścią długu publicznego w posiadaniu OFE polski rząd. Po takiej operacji będzie można rozpocząć nowy cykl zadłużania. Wśród polityków w USA już pojawiły się głosy postulujące przeprowadzenie właśnie takiej operacji:

 

With this crisis, America is risking financial Armageddon. The default of Lehman Brothers on its $613 billion of debt ignited a chain reaction in the financial system, nearly destroying the U.S. economy. A default by the U.S. government on $17 trillion of debt — debt that has been considered the safest in the world — could be far worse.

But at heart, this is not a debt problem. It is an accounting problem. The Treasury Department issues U.S. debt, and lots of it. So you would think that America is deeply indebted to its bondholders. Yet increasingly, it is the U.S. monetary authority, the Federal Reserve, and not private investors, who buys this debt.

So a simple solution to the impasse is as follows: Federal Reserve Chairman Ben Bernanke should simply cancel the Treasury debt that it owns. The government can just forgive the government’s debt.

This wouldn’t solve the debt problem entirely. The Federal Reserve doesn’t own all U.S. government debt; it owns only roughly $2 trillion of it. (Well $2,076,927,000,000.00, as of last Wednesday, but who’s counting?)

Yet canceling this debt would give the government substantial room under the debt ceiling to manage its finances. It would end the debt ceiling standoff in Congress, and it would prevent a default.

The debt held on the balance sheet of the Federal Reserve can be canceled without any significant consequence, because it is a bookkeeping artifact corresponding to the money supply. In essence, the government owes this money to itself. If I owe money to myself, I can cancel that debt at will and without consequence, essentially taking it out of my left pocket and putting it in my right pocket.”

 

W USA przeprowadzenie takiej operacji wymagałoby pewnie nacjonalizacji FED, ale w końcu kto by się tym specjalnie przejął?

Można sobie wyobrazić, że szczyt hossy wypadłby w momencie (obstawiam 2017 rok), w której wszyscy uczestnicy rynku uwierzyliby, że kara za finansowe grzechy (złe długi) jednak nie istnieje, bo zawsze mogą one zostać odpuszczone dzięki łasce banku centralnego.

 

Dodaj komentarz