2014=1926?

Agresja, której dopuściła się w ostatnich dnia Rosja względem Ukrainy, uruchomiła powszechne skojarzenia z 1938 rokiem, kiedy to inny przywódca upadłego imperium próbował jakiś czas po igrzyskach olimpijskich zorganizowanych w swoim kraju przyłączyć sąsiednie terytoria pod pretekstem ochrony ludności mówiącej językiem najeźdźcy. Ja jednak w dzisiejszym wpisie chciałbym się zająć nieco innym historycznym rymem – tym z rokiem 1926-ym.

W jednym z ostatnich komentarzy („Cykl pokoleniowy – cykl likwidacji długu?”) wskazałem swój preferowany scenariusz spośród tych sugerowanych przez koncepcję cyklu pokoleniowego:

 

„Osobiście wyobrażam sobie przyszłość S&P 500 najbardziej zbliżoną do zachowania indeksu po wybiciu z pokoleniowej bessy, które nastąpiło w 1925 roku, czyli 4 lata ostrego wzrostu (do 2017 roku?) a potem załamanie a la lata 1929-1932 (Chinageddon?)”

 

Ponieważ myślę, że koncepcja ta jest potencjalnie istotna, więc postanowiłem ją uwypuklić osobnym komentarzem zawierającym poniższy rysunek będący ilustracją tytułowej tezy:

 

 

 

 

Oczywiście sugestia podobieństwa obecnej sytuacji na amerykańskim rynku akcji do tej z 1926 roku może się wydawać sama w sobie kontrowersyjna, bo w końcu samo – choćby uderzające – optyczne podobieństwo przebiegu  średniej przemysłowej Dow Jonesa w latach 1996-2014 do tej z lat 1908-1926 nie może być rozstrzygającym argumentem. Ale warto zwrócić uwagę na kilka ciekawych zbieżności.

Po pierwsze w tej analogii wybuch I Wojny Światowej (1914) z jednej strony oraz rozpoczęcie przez USA inwazjami na Afganistan (2001) i Irak (2003) „Globalnej wojny z terroryzmem” (pewnie do historii przejdzie po inną bardziej realistyczną nazwą) mniej więcej się synchronizują. Obecny okres wojen na Bliskim Wschodzie i w okolicach jako odpowiednik I Wojny Światowej? Naciągane? Może.

Po drugie, jeśli wiązać – jak to czynią niektórzy – hossę na Wall Street z lat 20-tych – z możliwościami finansowymi, które przed USA stanęły w związku z powołaniem do istnienia pod koniec 2013 roku Rezerwy Federalnej, to w 1926 roku od powstania FED mijało już 13 lat, czyli tyle samo ile mija w obecnym 2014 roku od pierwszego zastosowania polityki „luzowania ilościowego” („quantitative easing„) do którego doszło w Japonii w 2001 roku. Naciągane? Może.

I po trzecie w roku 1926 USA były w 5 lat po bodajże największym w historii tego kraju uderzeniu deflacji (CPI -15,8 proc. r/r w czerwcu 1921). Obecnie w 2014 roku jesteśmy 5 lat po największym uderzeniu deflacji od 70 lat (-2,1 proc. w lipcu 2009):

 

 

Ta ostatnia obserwacja wydaje się najmniej naciągana. Rzeczywiście i okres po 1921 roku i ostatnie lata to epizody wychodzenia z bardzo głębokiej deflacji. Co ciekawe i wtedy – niecałe 90 lat temu – i teraz nie widać było symptomów odradzania się silnych tendencji deflacyjnych (raptem w październiku ub. r. zmiana roczna CPI notowała w USA 4-letnie minimum). Brak wyraźnie przyspieszającej inflacji na poziomie surowców czy cen detalicznych nie daje FED-owi sygnału do bardziej zdecydowanego wycofania się z ultra-łagodnej polityki pieniężnej (banki centralne są zwykle prawie całkowicie ślepe na objawy inflacji pojawiające się na rynku akcji czy surowców). W takim warunkach spekulacyjne bańki mogą się nadal rozwijać.

W 1926 roku do końca hossy było jeszcze 3 lata, a gdy ten koniec nadszedł w drugiej połowie 1929 roku był on zaiste spektakularny. Powtórzenie się takiego scenariusza obecnie wymagałoby odwrócenia przez coś uwagi Rezerwy Federalnej obecnie skoncentrowanej na stopniowym ograniczania skali trwającego skupu aktywów w reakcji na trwającą normalizację sytuacji na amerykańskim rynku pracy. Dobrym kandydatem byłby jakiś kryzys finansowy na peryferiach w stylu kryzysu meksykańskiego z końca 1994 roku czy kryzysu azjatyckiego z końca 1997 roku. Taki kryzys gdzieś na rynkach wschodzących nie wpłynąłby zapewne w istotny sposób na obniżenie cen akcji w USA, natomiast mógłby wyraźnie opóźnić i tak bardzo ostrożną ścieżkę normalizacji polityki pieniężnej FED. Ewentualne odroczenie poważniejszego zaostrzenia polityki pieniężnej w USA mogłoby umożliwić wypełnienie przedstawionej analogii poprzez pojawienie się kolejnej fali silnej hossy trwającej do 2017 roku.

Z mojej analogii 2014=1926 wynika, że bessa, która nadeszłaby po ewentualnym przedłużeniu hossy do 2017 roku, nie byłaby już zwykłą cykliczną bessą czy nawet spektakularnym załamaniem podobnym do tych z lat 2000-2002 czy 2007-2009, ale  najprawdziwszym rynkowym Armagedonem.

Taki scenariusz przywróciłby w pewnym sensie „ład moralny we wszechświecie” potwierdzając hipotezę, że co prawda za pomocą „druku pieniądza” przez bank centralny można zrobić hossę, ale wszystkie uzyskane w taki „sztuczny” (to znaczy nie poparty wzrostem wydajności pracy w gospodarce) sposób zyski muszą być w przyszłości – w naszym przypadku w latach 2017-2019 – oddane.

Osobom gotowym do rozważenia takiego kontrowersyjnego scenariusza proponuję opis inflacyjnego boomu lat 20-tych autorstwa Ludwiga von Misesa, który można znaleźć w drugiej części jego książki o Wielkiej Depresji części zatytułowanej „The Inflationary Boom: 1921-1929”.

Dodaj komentarz