PPT wkracza do akcji

Pod koniec poprzedniego roku początek 2016-tego roku wyobrażałem sobie trochę jako odwrotność początku roku 2009-tego. Wtedy silne były Chiny i zależne od nich rynki „wschodzące” (różne Brazylie i takie tam), a słabe były rynki rozwinięte. Rynki słabe spadały do nowych dołków do marca 2009, a w tym czasie rynki silne jedynie korygowały odbicie z końca 2008 roku, które z czasem okazało się początkiem nowej hossy. W obecnym cyklu słabe były Chiny wraz z zależnymi od nich rynkami „wschodzącymi” (różne Brazylie i takie tam), a silne były rynki rozwinięte, które jeszcze pod koniec grudnia znajdowały się nie tak daleko od swych wieloletnich czy też historycznych szczytów. Przez analogię do wydarzeń sprzed 7 lat wyobrażałem sobie, że tym razem do nowych dołków do marca spadać będą ceny akcji na rynkach wschodzących dobijane przez słabnące Chiny i załamujące się ceny surowców, zaś rynki rozwinięte wykonają w I kw. jedynie korektę jesiennych wzrostów, które z czasem okażą się pierwszą falą nowej fali hossy. 

Jeszcze na początku stycznia wyobrażałem sobie to tak:

 

 

Tymczasem oczekiwana na początku roku słabość wcale nie ograniczyła się do Chin i okolic. Co zaskakujące z punktu widzenia powyższego scenariusza S&P 500 zaliczył drugie najgorsze 2-tygodniowe otwarcie w historii (-8 proc. wobec -8,8 proc. 7 lat temu na początku 2009 roku). Po kilku dalszych sesjach w tym tygodniu S&P 500 znalazł się najniżej od 21 miesięcy, co generalnie odsyła powyżej opisany scenariusz na śmietnik. 


 

To niepokojący sygnał, bo gdy pojawiał się ostatnio po raz pierwszy pod dłuższym okresie – 23 lutego 2001 oraz 2 lipca 2008 – to okazywał się zapowiedzią kontynuacji bardzo silnej bessy (indeks spadał później o odpowiednio 38 proc. w ciągu 20 miesięcy i 46 proc. w ciągu 8 miesięcy). W każdym z tych przypadków był też symptomem pęknięcia inwestycyjnej bańki (odpowiednio w sektorze informatyczno-telekomunikacyjnym i na rynku kredytów hipotecznych) i wchodzenia gospodarki USA w recesję. Nie jest to jednak uniwersalna reguła. W okresie minionego pokolenia tego typu sygnały pojawiały się jeszcze przy trzech okazjach. Te z 23 września 1977 i 22 lutego 1982 poprzedzały dalsze spadki o 8,2-8,6 proc. w ciągu pół roku, a sygnał z 4 grudnia 1987 wypadł dokładnie w dołku S&P 500. W 1982 rok gospodarka USA weszła w recesję, ale nic takiego nie nastąpiło w latach 1977 i 1987.

Osobiście podtrzymuję swoją opinię, że w obecnych warunkach recesja gospodarcza w USA jest bardzo mało prawdopodobna. Na 6 ostatnich recesji 5 zostało poprzedzonych jakąś formą „szoku naftowego” a jedna (w 1982 roku) skokiem stóp FED na rekordowe 15 proc. Obecnie mamy do czynienia raczej z „anty-szokiem” naftowym, a stopy są ciągle na poziomie bliskim historycznego minimum. Oczywiście załamanie w przemyśle naftowym (łupki) wywołane spadkiem cen ropy, wywołuje recesję w amerykańskim przemyśle, ale ze względu na jego ograniczoną wagę w PKB ta słabość nie powinna zarazić całej gospodarki. Ciągle dobre dane z rynku pracy i raczej pozytywne nastroje konsumentów potwierdzają takie założenie, chociaż pesymizm szefów firm i spadek indeksów wskaźników wyprzedzających kreśli mniej różowy obraz sytuacji. W jednym z najbliższych wpisów spróbuję dokonać ogólnego przeglądu koniunktury w gospodarce USA, który być może ułatwi rozstrzygnięcie tych wątpliwości. 

Jeśli wyrażona powyżej teza jest prawdziwa, to analogią do obecnej sytuacji stają się „bezrecesyjne” epizody 21-miesięcznych dołków S&P 500 z 1977 i 1987 roku, a nie związane z gospodarczą recesję sygnały z 1982, 2001 i 2008 roku. To oznacza, że dalszy potencjał spadkowy S&P 500 powinien być bliższy raczej 0-8,2 proc. niż 8,6-38-46 proc. 

W zdezaktualizowanym w środę scenariuszu dla S&P 500 spadki okresu maj-sierpień ub. r. były w terminologii elliottowskiej pełną 4-tą falą impulsu wzrostowego rozpoczętego w marcu 2009. W tej strukturze 2-ka była „pędzącą” korektą z okresu kwiecień 2010-październik 2011. Zejście S&P 500 poniżej dołka z sierpnia ub. r. to sygnał, że fala 4-ta jest bardziej rozbudowana. Z perspektywy czasu można ocenić, że założenie, że 4-ka potrwa 4 miesiące, gdy 2-ka trwała miesięcy 18, nie było zbyt dobre. Nie wiadomo, jaką ostatecznie postać przyjmie ta korekcyjna struktura, gdy się zakończy.

Mam generalnie pobłażliwy stosunek to teoria Elliotta (uważam, że te ulotne fraktalne wzorki to po prostu rezultat zwykłej superpozycji różnych cykli), ale chciałbym się jeszcze raz posłużyć jej terminologią do opisania scenariusza, który proponuję roboczo w miejsce poprzedniego. Otóż TE sugeruje, że orientacyjnym celem 4-tej fali impulsu powinien być zasięg 4-fali niższego rzędu. Ładnie to można zilustrować dla obecnej sytuacji na niemieckim DAX-ie. 4-ta fala niższego rzędu (czyli 4-ka w obrębie 3-ciej fali, która rozegrała się pomiędzy wrześniem 2011 a kwietniem 2015) ewidentnie jest korektą z okresu lipiec-październik 2014). Dla DAX-a to przedział 8572-10029. Dolne ograniczenie 7-letniego kanału trendu wzrostowego znajduje się obecnie w okolicach poziomu 9000 pkt. Nieco niżej jest dolne ograniczenie kanału trendu spadkowego. Te trzy wsparcia powinny na DAX-ie powstrzymać ewentualną dalszą przecenę, ale nic to nie mówi o terminie osiągnięcia tego celu. Może to nastąpić zarówno w najbliższych tygodniach, jak i np. jesienią po wykonaniu skomplikowanej – np. płaskiej – korekty. Co ciekawe poziom z października 2014 S&P 500 osiągnął właśnie w minioną środę. 


 


 

Na razie „plunge protection team” zaatakował w Japonii broniąc kursu jena względem dolara, który groził wyłamaniem w dół z ponad rocznej formacji „głowy z ramionami” (czyli umocnieniem jena). W reakcji na tę interwencję jen osłabł a Nikkei skoczył w górę o ponad 5 proc. Można podejrzewać, że w ostatnich latach „yen carry trade” był jednym z kluczowych źródeł finansowania zakupów akcji na świecie, więc umocnienie jena to jeden z symptomów zmykania długich pozycji na rynkach akcji. 


 


 

Taka interwencja BoJ powinna wystarczyć na przynajmniej kilka-kilkanaście sesji. Takie odbicie byłoby spójne ze znaczeniem ubiegłotygodniowego sygnału – spadku udziału optymistów wśród amerykańskich inwestorów indywidualnych do najniższego poziomu od 11 lat.

Tydzień temu zwracałem uwagę na najsłabszy w historii pierwszy tydzień roku na S&P 500. Pierwsze dwa tygodnie nowego roku już nie były rekordowe. S&P 500 stracił w ich trakcie 8 proc., ale po dwóch pierwszych tygodniach 2009 roku było jeszcze gorzej -8,8 proc. Ponieważ od analogii z początkiem 2009 roku zacząłem ten tekst, to i na niej – skoro się znowu przypomniała – skończę. Gdyby S&P 500 nadal podążał ścieżką z 2009 roku, to jego dalsze losy w tym roku wyglądałyby tak:

 


Swoją drogą jako historyczną ciekawostkę można potraktować fakt, że 3-cie najsłabsze w historii 2-tygodniowe otwarcie roku na S&P 500 miało miejsce w 1939 roku (-6,16 proc.). 

Powyższe nie jest oczywiście prognozą. Nawet, gdyby „plunge protection team” następnym razem zaspał, to i tak rozmiary formacji, z której S&P 500 próbował się w środę wybić, sugerują jako cel ewentualnej zniżki co najwyżej okolice poziomu 1637 pkt. Ale sądząc po czujnej rekacji BoJ PPT jest cały czas zwarty i gotowy, więc nawet wyłamanie o pełny rozmiar formacji można uznać, że scenariusz mniej prawdopodony. 

Dodaj komentarz