Czy w Chinach zaczyna się hossa na rynku nieruchomości?

Silne hossy na rynku surowców mają tendencję po pojawia się w okresie pokoleniowych boomów na rynku nieruchomości. Ma to sens – do budowy domu potrzeba sporo surowców. Poprzedni taki pokoleniowy boom na rynku nieruchomości kulminował na świecie – i w naszym kraju – w 1978 roku. Władze PRL rozpaczliwie próbowały wtedy zaspokoić „potrzeby mieszkaniowe” powojennego boomu demograficznego (szczyt urodzin w 1955 roku). Te czasy zostały uwiecznione w satyrycznej formie w serialu „Alternatywy 4”, a budowane w tamtych czasach bloki w dużej mierze decydują o obrazie naszych miast do tej pory.

 


 

Władzom PRL heroiczny zamiar wybudowania mieszkań dla „baby boomersów” (dekadę wcześniej budowano z tych samych powodów „1000 szkół na 1000-lecie państwa polskiego”) prawie się powiódł, problem polegał na tym, że w tym czasie podobne boomy miały miejsce w wielu krajów świata. Np. w USA, gdzie również dokładnie tak jak w Polsce (patrz wykres powyżej) szczyt liczby budowanych nowych domów ustanowiony został w 1978 roku:

 

 

I w USA i w PRL po ustanowieniu w 1978 roku maksimum liczba budowanych domów zaczęła spadać. W ciągu następnych 4 lat PRL zbankrutowała na swoich zobowiązaniach zagranicznych a nad krajem „zapadła ciemna noc stanu wojennego”. USA poradziły sobie ciut lepiej, ale i przeżyły dwie kolejne recesje (1980, 1982), a w apogeum tej drugiej po bankructwie Meksyku duże amerykańskie banki były z ujemnymi kapitałami technicznie bankrutami i tylko decyzja rządu pozwoliła im księgować te długi nadal po wartości nominalnej. 

Jakie było źródło tego załamania z lat 1978-1982? Bardzo proste. Masowe budownictwo mieszkaniowe zużywało wielkie ilości surowców. Rosnący popyt na nie generował wzrosty cen i właśnie od 1978 roku gospodarki wielu krajów świata przestały dawać sobie radę z tą drożyzną. Dodajmy, że rosnące ceny surowców przekładały się na wzrost wskaźników inflacji i zwyżkę stóp procentowych, które w 1981 roku w USA sięgnęły 15 proc., co bezpośrednio wywołało bankructwa najbardziej zadłużonych krajów. W 2 lata po szczycie boomu na rynku nieruchomości spadek popytu przełożył się na pęknięcie bańki również na rynku surowców, gdzie w 1980 rozpoczęła się trwająca następne 18 lat pokoleniowa bessa. 

 


 

Nie muszę dodawać, że ta sama historia powtórzyła się pokolenie później, gdy w okres gniazdowania weszły dzieci powojennych baby boomersów, maksimum urodzin których przypadło w Polsce w 1983 roku. Jak widać na powyższych obrazkach szczyt boomu na rynku nieruchomości w USA wypadł w 2005 roku, a szczyt wywołanej przezeń hossy na rynku surowców 3 lata później. I znowu rozpoczęła się pokoleniowa bessa na rynku surowców. Nam po tych wydarzeniach pozostał garb kredytów frankowych, które są odpowiednikiem gierkowskich długów z poprzedniego pokolenia.  

Ktoś może zapytać o sensowność przypominania tej historii w 2016 roku. Uważam, że historia ta jest ciekawa sama w sobie, więc warta przypominania od czasu do czasu. Ja jednak zmierzam ku konkretnej tezie. Chciałbym cofnąć się do początku tego ostatniego boomu na rynku nieruchomości czyli do lat 2000-2002. Co się wtedy wydarzyło? Otóż doszło do najsilniejszego od pokolenia krachu na rynku akcji, który najbardziej spektakularną postać miał na rynku Nasdaq. Efektem tego krachu był spadek stóp w USA z 6,25 proc. w 2000 roku do historycznego minimum w wysokość 1 proc. w 2002 roku. W Polsce wysokość stopy lombardowej spadła z 23 proc. w 2000 roku do 6,65 proc. w 2002 roku i 5,5 proc. w 2006 roku. Jaki był skutek tego globalnego załamania wysokości stóp procentowych a więc i kosztu kredytu? Globalny wyścig gospodarstw domowych po – tanie jak nigdy – kredyty hipoteczne. Boom na rynku kredytów hipotecznych wywołał boom w budownictwie mieszkaniowym, a dalszy ciąg tej historii opowiedziałem powyżej. 

Znowu ktoś zada pytanie o to, czy ta kolejna lekcja historii ma odniesienie do obecnej sytuacji na rynkach. Otóż być może ma. Pomiędzy czerwcem ub. r. a styczniem roku bieżącego na chińskich rynkach akcji rozegrał się klasyczny krach. W typowy sposób tamtejszy bank centralny zareagował sprowadzając wysokość podstawowej stopy procentowej do poziomu historycznego minimum. 

 

 

Na rekordowo niskie stopy procentowe Chińczycy zareagowali też w typowy sposób – kupując na kredyt nieruchomości, który ceny znowu zaczęły rosnąć:

 

 

Zainteresowanym tematem polecam wpis pana SiP na jego blogu zatytułowany: „Chiny startują po raz trzeci. Znowu turbo kredyt uratował świat”.

Moim zdaniem wiele wskazuje na to, że w Chinach powtórzy się scenariusz, który przerabialiśmy w poprzedniej dekadzie. Jeśli rzeczywiście okres niskich stóp wywołanych spowolnieniem gospodarczym i giełdowym krachem zdoła wyprodukować w Chinach trwałą hossę na rynku nieruchomości, to skutkiem będzie wtórny wzrost cen surowców na rynkach światowych. Według wszelkich znaków na ziemi taka zwyżka cen surowców korygująca krach z lat 2014-2016 już się w styczniu rozpoczęła. Wzorcem takiego korekcyjnego wzrostu mogłaby być zwyżka cen surowców z lat 1986-1988. Taki wzrost cen surowców pociągnąłby za sobą zaskakujące w świetle oczekiwanych podwyżek stóp procentowych w USA osłabienie dolara i byłby bardzo korzystny przynajmniej do 2017 roku dla rynków peryferyjnych zwanych pieszczotliwie „wschodzącymi”. 

W powyższym scenariuszu ten wtórny wywołany boomem na chińskim rynku nieruchomości wzrost cen surowców zmusiłby wreszcie FED do podniesienia stóp do poziomu, co wywołałoby wtórny krach, który tak jak ten z 2008 roku, uderzyłby zarówno w rozgrzany wtedy być może do czerwoności chiński rynek nieruchomości jak i w rynki akcji na świecie. Tym samym obecną dekadę kończylibyśmy pełnoskalowym Chinageddonem, po którym prędzej czy później ChRL z nazwy odpadłaby literka „L”. 

Dodaj komentarz