Niewielkie zmiany w kontrybucji źródeł popytu w Polskiej gospodarce w II kw.

Dostępne są już szczegółowe dane GUS na temat kontrybucji poszczególnych źródeł popytu w polskiej gospodarce w poprzednim kwartale, więc jak co 3 miesiące przyjrzę się bliżej tym informacjom.

Ogólne tempo wzrostu PKB lekko spadło po raz 4-ty z rzędu osiągając najniższy od 2 lat – ale ciągle przyzwoity – poziom +4,5 proc.

Na te 4,5 proc. złożyła się +2,5 pkt. proc. spożycie gospodarstw domowych, +1,5 pkt. proc. nakładów na środki trwałe brutto, +0,6 pkt. proc. spożycie publiczne, 0 pkt. proc. eksport netto oraz -0,1 pkt. proc. zmiana zapasów.

Podobnie jak w dwu poprzednich kwartałach prawdziwa była formuła: spożycie prywatne>nakłady na środki trwałe brutto>spożycie publiczne>eksport netto>zmiana zapasów

100 proc. kontrybucją charakteryzował się popyt wewnętrzny (+4,5 pkt. proc.), a kontrybucja handlu zagranicznego była zerowa.

Jeśli chodzi o popyt wewnętrzny to nadal silną przewagę nad akumulacją brutto miała konsumpcja, chociaż kontrybucja tego pierwszego czynnika nieco wzrosła w stosunku do I kw., a tego drugiego nieco spadła.

Negatywny wpływ likwidacji zapasów na kontrybucję akumulacji brutto osłabł w II kw., a kontrybucja inwestycji w środki trwałe minimalnie spadła.

W II kw. w naszym kraju kontrybucja spożycia publicznego spadła do najniższego poziomu od 7 kwartałów (co jest interesujące w kontekście jesiennych wyborów), zaś wpływ dominującego spożycia prywatnego nieco wzrósł.

Na wykresie PCA II kw. br. przesunął się w prawo, co odzwierciedlało spadek kontrybucji eksportu netto (lewa strona wykresu) na rzecz popytu krajowego (prawa strona wykresu). Być może widać tu wpływ globalnego spowolnienia gospodarczego szczególnie widocznego w Niemczech.

Ten ruch spowodował powrót w okolice pozycji zajmowanej na tym wykresie przez IV kw. 2018, wiec widać, że nie mamy tu chyba do czynienia z jakimś trwałym trendem.

Klasyczny algorytm klastrujący potwierdził podobieństwo struktury popytu w polskiej gospodarcze w II kw. br. do tego występującego w 3 poprzednich kwartałach i IV kw. 2017. Dodatkowo wśród najbardziej podobnych kwartałów pojawiły się I i IV kw. 2015 z poprzedniego cyklu (to również był rok wyborczy w Polsce).

Algorytm „neighbour-joining tree” uznał II kw. za mało charakterystyczny i umieścił go w dużej grupie kwartałów o zróżnicowanej charakterystyce:

… zaś algorytm centroidów poproszony o podzielenie dostępnych danych na kilkanaście klastrów przydzielił II kw. br. do jednej grupy wraz z IV kw. br., IV kw. 2018 i IV kw. 2015.

Podsumowanie: struktura popytu w polskiej gospodarce w II kw. br. niewiele się zmieniła w stosunku do tego co obserwowaliśmy w ciągu 2 poprzednich kwartałów (spożycie prywatne>nakłady na środki trwałe brutto>spożycie publiczne>eksport netto>zmiana zapasów). Pojawiły się sugestie podobieństwa II kw. 2019 do IV kw. 2015, co można odbierać jako lekkie ostrzeżenie przed możliwością spadku tempa wzrostu gospodarczego w ciągu następnych 4 kwartałów (pomiędzy IV kw. 2015 a III-IV kw. 2016 roczna zmiana PKB w Polsce spadła z 4,6 proc. do 2,8 proc.). Cykliczna hossa na krajowym rynku akcji wyprzedziła wtedy tradycyjnie ten dołek spowolnienia rozpoczynając się w styczniu 2016 (z wtórnym dołkiem na przełomie II i III kw. 2016).

Świece zostały rzucone: atak!

Zgodnie z sugestią sprzed tygodnia („Świece zostały rzucone: przełamana linia trendu spadkowego„) WIG-20 wzrósł w ciągu minionych 5 sesji, ale niestety zrobił to zupełnie inną ścieżką niż ta sugerowana przez proponowaną przeze mnie analogię.

Długo próbowałem opisać powstałą sytuację, tak by uzyskać dla niej kilka historycznych precedensów. Ostatecznie spodobała mi się taka mocno zmanipulowana formuła: „w przynajmniej rok od ostatniego rocznego maksimum, po długim okresie dystrybucji (mierzonej udziałem liczby czarnych spadkowych świec i po spadku do wielomiesięcznego dołka, WIG-20 rośnie w 2 sesje o ponad 3,5 proc. wychodząc na przynajmniej 8-sesyjne maksimum”. W przeszłości znalazły się tylko 2 epizody, które odpowiadały temu wymyślnemu opisowi:

Poniżej synchronizacje obecnej sytuacji z tymi dwoma precedensami:

W obu przypadkach wyciskanie krótkich pozycji trwało jeszcze przez kolejne 2-6 sesji, a potem rozpoczynała się kolejna fala spadkowa. Niestety później się wszystko zaczyna rozjeżdżać. Pod jesienią 2008 roku ten spadek jest tylko elementem 2-miesięcznej ostatniej korekty wzrostowej ówczesnej bessy, które się ostatecznie kończy w 3,5 miesiące po takim jak piątkowy sygnale. Na przypadku sygnały z końca 2015 roku ten kolejny spadek był ostatnią falą ówczesnej bessy na GPW, która zakończyła się w miesiąc po sygnale (chociaż formalnie WIG-20 zaliczył nowe dołek po referendum brexitowym, więc teoretycznie sekwencję grudzień 2015-marzec 2016 można też potraktować jako nieregularną płaską ostatnią korektę bessy).

Podsumowanie: dwie znalezione historyczne analogie dla ostatniego zachowania WIG-u 20 sugerują kontynuację odbicia w górę przez kolejne 2-6 sesji i później spadek do 13-24 sesji po sygnale

Słaby jak sektor bankowy w strefie euro

O ile sektor finansowy na poziomie globalnym wygląda słabo na relatywnej sile względem całego rynku, ale nominalny indeks zachowywał się w miarę przyzwoicie docierając w ub. r. do poziomów z 2007 roku, to indeks banków strefy euro przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy nawet na poziomie nominalnym. Akcje banków strefy euro kosztują obecnie średnio nominalnie tyle samo co po tąpnięciu w 1987 roku.

Optymista mógłby stwierdzić, że osiągnięte obecnie poziomy wartości STOXX Euro Area Bank Index stanowią próg bólu i niebawem władze finansowe strefy euro podejmą działania, które ponownie poderwą ceny akcji banków do góry tak jak w 2009, 2012 czy 2016 roku, ale na razie trudno sobie tu wyobrazić jakiś decydujący przełom, który doprowadziłby do trwałego wzmocnienia sektora.

Oczywiście wykres względnej siły sektora bankowego w strefie euro względem całego rynku wygląda jeszcze gorzej znajdując się obecnie na najniższych poziomach od przynajmniej 1987 roku. Ktoś kto uparł się w szczycie hossy z 2007 roku, by wszystkie swoje pozycje w akcjach spółek ze strefy euro ulokować wyłącznie w akcjach sektora bankowego miałby po 12 latach 80 proc. mniej kapitału od osoby utrzymującej portfel akcji odpowiadający szerokiemu rynkowi.

I znowu optymista powiedziałby, że w ciągu minionych 32 lat zakupy akcji banków ze strefy euro czynione po dojściu powyższego wykresu względnej siły do zielonej linii okazywały się relatywnie szybko dobrymi pomysłami (przynajmniej w ujęciu względnym wobec reszty rynku). Być może będzie tak i teraz, chociaż obecnie do zielonej linii jeszcze trochę brakuje.

Wniosek końcowy będzie podobny jak wczoraj: wydaje się, że warunkiem odzyskania przez sektor bankowy w strefie euro relatywnej siły będzie zakończenie hossy na rynku obligacji skarbowych (koniec spadku długoterminowych rynkowych stóp procentowych).

Podsumowanie: sektor bankowy w strefie euro wygląda beznadziejnie, chociaż spadając w dotychczasowym tempie wykres względnej siły STOXX Euro Area Banks Index niebawem dotrze do dolnego ograniczenia trendu spadkowego, od którego w okresie minionego pokolenia się już 5-krotnie odbijał. Jak się wydaje warunkiem takiej – choćby tymczasowej – zmiany trendu jest zakończenie obecnej fazy spadku rentowności obligacji w strefie euro.

Akcje banków zaczną się umacniać, gdy skończy się hossa na globalnym rynku obligacji

Nie mam jakiegoś oryginalnego pomysłu na nasze banki (jest to trudne dla mnie jako byłego informatyka w sytuacji, w której zachowanie rynku zaczyna być zdominowany przez „prawniczą logikę„), więc w najbliższych dniach powrzucam trochę stosownych wykresów – może coś się z tego wyłoni. Zacznę od poziomu globalnego.

MSCI World Financials Index wygląda jak w lipcu 2002 (cykl Kuznetsa?):

Podczas ówczesnej ceny akcji spółek finansowych zaczęły się stabilizować dopiero 3 miesiące później w październiku 2002 w okolicach dołka poprzedniej cyklicznej bessy z 1998 roku. Powtórzenie tego scenariusza obecnie oznaczałoby spadek indeksu do listopada w okolice dołków z lutego i czerwca 2016, gdzie generalnie zaczęłaby się rodzić późniejsza 5-letnia hossa, w trakcie której indeks zastukałby od dołu w przełamywaną obecnie linię rozpoczętego w 2009 roku trendu wzrostowego.

Względna siła globalnego indeksu akcji spółek sektora finansowego w stosunku do reszty rynku jest już atrakcyjnie nisko w okolicach poziomów dołków z 2009, 2011 i 2016 roku, co sugeruje, że można zacząć powoli myśleć o akumulacji akcji banków przed ich cyklicznych wzmocnieniem względem reszty rynku.

Takie wzmocnienie nie rozpocznie się jednak najprawdopodobniej dopóki nie zakończy się rozpoczęty 10 miesięcy temu spadek rentowności obligacji skarbowych na świecie („Zbliża się czas obligacji skarbowych„).

Zmiana trendu na rynku obligacji wymagałaby agresywnych obniżek stóp w USA. Od dawna kusi mnie również myśl, że Chiny i USA ostatecznie porozumieją się w tym roku kosztem strefy euro: w zamian za zniesienie amerykańskich ceł i innych szykan Chiny zobowiążą się do umocnienia juana względem dolara (chińskie towary zdrożeją w USA redukując nierównowagę handlową) równocześnie obiecując USA pomoc w silnym osłabianiu dolara względem euro (europejskie towary zdrożeją w USA). Taki hipotetyczny układ byłby pokoleniowym odpowiednikiem porozumienia z Hotelu Plaza z 1985 roku.

The Plaza Accord was a joint-agreement between FranceWest GermanyJapan, the United States, and the United Kingdom, to depreciate the U.S. dollar in relation to the Japanese yen and German Deutsche Mark by intervening in currency markets. The five governments signed the accord on September 22, 1985, at the Plaza Hotel in New York City. The U.S. dollar depreciated significantly since the agreement until it was replaced by the Louvre Accord in 1987.


Podsumowanie: ceny akcji spółek sektora finansowego wydają się być już atrakcyjnie nisko względem reszty rynku, ale analogia z lipcem 2002 sugeruje, że następne 3 miesiące mogą przynieść dalsze silne spadki. Kluczem do zmiany niekorzystnego dla akcji banków globalnego trendu wydaje się zakończenie hossy na rynku obligacji skarbowych, co wymagałoby agresywnych obniżek stóp FED, a najlepiej kończącego wojnę handlową spotkania Trumpa i Xi w Hotelu Plaza w Nowym Jorku:

O rewolucji na Zachodzie

Gdy czytałem blog tego marksisty-cyklisty, o którym pisałem w piątek („Znalazłem w sieci marksistę-cyklistę„), to mi się zrobiło żal takich ludzi jak on wyglądających od 170 lat „rewolucji proletariackiej” na Zachodzie i postanowiłem ulżyć ich cierpieniom podając im w miarę dokładną datę, kiedy obiekt ich marzeń się wreszcie zmaterializuje.

Zrobię to przeprowadzając proste chronopolityczne („Geopolityka jest passe – teraz en vogue będzie chronopolityka„) rozumowanie oparte na mojej interpretacji cyklu hegemonicznego Modelskiego. Zacytujmy Wikipedię:

„Teoria cykli hegemonicznych lub Teoria długich cykli – teoria stosunków międzynarodowych, stworzona przez George’a Modelskiego. Powstała w oparciu o wcześniejsze teorie n.in. cykli ekonomicznych Kondratiewa i teorii systemów-światów Fernanda Braudela i Immanuela Wallensteina.

Głosi ona, że gdy jakieś mocarstwo osiąga rolę mocarstwa hegemonicznego, wyzwanie rzucają mu inne wielkie mocarstwa. Jedno z nich osiąga potęgę równą mocarstwu światowemu i chce zająć jego miejsce, co prowadzi do wojny hegemonicznej – czyli wojny o uzyskanie/utrzymanie statusu hegemona. Modelski stworzył specjalny indeks siły oparty głównie na potędze morskiej. Według Modelskiego w 1518 Portugalia osiągnęła pozycję hegemoniczna w polityce światowej. Rzuciła jej wyzwanie Hiszpania, osiągnąwszy uprzednio równorzędną wobec Portugalii pozycję drugiego światowego mocarstwa. Ten dwubiegunowy układ nie przetrwał, gdyż – co jest charakterystyczne dla teorii Modelskiego – „gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta” – a zatem państwem które osiągnęło pozycję hegemoniczną były Niderlandy (Holandia). W 1688 ta hegemonia została podłamana przez Francję, która z kolei została pokonana przez drugiego pretendenta do hegemoni Wielką Brytanię („I cykl brytyjski”). Mocarstwowej pozycji W. Brytanii wyzwanie rzuciła Francja w postaci wojen napoleońskich. Z tego starcia po raz kolejny zwycięsko wyszła Wielka Brytania („II cykl brytyjski”). Zakończyły go dwie wojny światowe (1914-45) traktowane łącznie jako jeden wielki konflikt hegemoniczny, ale i tym razem główny rywal hegemona – Niemcy nie zwyciężyły. Prawdziwym zwycięzcą nie była jednak również W.Brytania, lecz USA. Po 1945 nowy porządek światowy określała rywalizacja dwóch supermocarstw – USA i ZSRR. Zatem okresy hegemoniczne miałyby trwać od 60 do 90 lat, a wojny (konflikty) hegemoniczne ok. 20 lat. Co ciekawe do tej pory w zasadzie żaden z rywali nie zastąpił hegemona a rolę mocarstwa światowego przejmował zwykle „tertius gaudens” („trzeci zyskujący”) będący nieraz głównym sojusznikiem hegemona (Anglia/Wielka Brytania – sojusznik Niderlandów przeciwko Francji, lub Stany Zjednoczone – jako sojusznik Wielkiej Brytanii przeciwko Niemcom). Jedynym wyjątkiem był rok 1815 kiedy Wielka Brytania ponownie rozpoczęła kolejny cykl hegemoniczny pokonując napoleońską Francję.”

„Klasycznym” rozumowaniem chronopolitycznym był mój tekst „Belle Epoque„, w którym argumentowałem, że obecna sytuacja na świecie przypomina tę z końca XIX wieku.

Cykl hegemoniczny Modelskiego ma mieć 4 fazy:

„1. wojna hegemoniczna o globalnym (od XVI wieku) charakterze – decydująca o tym kto będzie hegemonem (ang. Macro – decision)

2. dominacja – hegemonia mocarstwa światowego (execution)

3. delegitymizacja – zakwestionowanie dominacji przez inne wielkie mocarstwa (Agenda-setting)

4. dekoncentracja – utrata dominacji pod wpływem działań wschodzących mocarstw: potencjalnego rywala – który staje na czele koalicji mocarstw kwestionujących dotychczasowy ład (challenger), oraz sojusznika który zwykle wygrywa walkę o hegemonie w następnym cyklu.”

Obecny cykl jest nam dobrze znany. Ostatnia wojna hegemoniczna rozegrała się niczym karny Lewadowskiego na dwa tempa (I i II WŚ) przedzielone okresem interbellum. W roli globalnego hegemona przystępowała do niej Wielka Brytania. Prawdziwym pretendentem były USA, które już w latach 70-tych XIX wieku stały się największą gospodarką świata, ale sprytnie puściły przodem przygłupiastego harcownika czyli Niemcy, które rozpoczynały obie wojny osłabiając w ten sposób dotychczasowego hegemona. Okres wojny hegemonicznej kończy w 1945 roku wyznaczająca nowy porządek świata Konferencja Jałtańska. Co ciekawe obie wojny światowe wchodzące w skład wojny hegemonicznej kończyły się rewolucjami społecznymi w krajach będących sojusznikiem hegemona (1917 Rosja, 1949 Chiny). W połowie cyklu nastąpiła korekta w postaci dania po łapkach Rosji, która zaczęła nadmiernie zakłócać amerykańską hegemonię. Amerykanie chyba źle obliczyli siłę tego klapsa, bo w jego efekcie ZSRR i cały blok wschodni się w latach 1989-1991 posypał, co pozwoliło Niemcom na zjednoczenie i uruchomiło różne ruchy emancypacyjne w Europie (UE), które w dłuższym horyzoncie mogą zagrozić USA.

Poprzedni cykl też jest w miarę zrozumiały. Tym razem inaczej niż poprzednio konflikt zaczął się od społecznych rewolucji (chociaż porządek światowy zaczął się walić ciut wcześniej wraz z pierwszym rozbiorem Polski w 1772 roku). Pierwsza rozpoczęła się w 1775 roku w amerykańskich koloniach morskiego hegemona czyli Wielkiej Brytanii. Potem w 1789 roku do rewolucji dochodzi w kraju łączącym cechy pretendenta i lądowego hegemona czyli Francji. Okres wojny hegemonicznej, gdzie klasycznym pretendentem jest Francja, trwa do 1815 roku, kiedy to Kongres Wiedeński wyznacza nowy porządek świata. W połowie cyklu „tradycyjnie” następuje korekta nadmiernych ambicji Rosji w postaci rozpoczętej 38 lat po Kongresie Wiedeńskim Wojny Krymskiej (1853-1856).

Odległość dat Konferencji Jałtańskiej i Kongresu Wiedeńskiego to 130 lat, co pozwala wyznaczyć orientacyjną długość cyklu (dla mnie te 130 lat to po prostu 4 pokolenia).

Traktowanie takich cykli mechanicznie jest błędem, ale by jakiekolwiek precyzyjniejsze prognozy były możliwe, chcielibyśmy, by te cykle były w miarę regularne. Cofnijmy się więc o te orientacyjne 130 lat od 1815 roku czyli daty Kongresu Wiedeńskiego czyli do roku 1685 i sprawdźmy, czy w okresie poprzedniego pokolenia doszło wtedy do jakiegoś istotnego przetasowania na globalnej scenie, które można by uznać z okres wojny hegemonicznej.

Otóż tak. W mojej interpretacji takim pokoleniem wojny hegemonicznej był paradoksalnie okres pomiędzy początkiem wojen domowych w Anglii w 1642 roku i „Chwalebną Rewolucją” w tym samym kraju w 1688 roku.

W okres ten w roli globalnego hegemona wkraczała Holandia, która wcześniej wykorzystała konflikt pomiędzy pierwszymi europejskimi mocarstwami imperialnymi czyli Portugalią i Hiszpanią. W XVII wieku określanym jako „złoty wiek” Holandii Holendrzy dysponowali większą ilością statków handlowych niż wszystkie pozostałe kraje europejskie łącznie i kontrolowali światowy handel (co roku na Bałtyk wpływało 1000 holenderskich statków odbierając między innymi nasze zboże). Efektem było ekstremalne bogactwo kraju, z którym Holendrzy nie wiedzieli co robić. Trochę wydali na malarzy, dzięki czemu ciągle możemy podziwiać dzieła różnych Rembrandtów, część przepuścili na spekulacjach cebulkami tulipanów. Ten okres do dziś wyciska piętno na handlowej mapie Europy:

Bogactwo Holendrów pobudziło zazdrość Anglików, co poskutkowało trzema wojnami angielsko-holenderskimi w latach 1652-1674. Ale jak wspomniałem zaczęło się od wojny domowej w Anglii i obalenia monarchii (klasyka, która powtórzyła się w następnym cyklu):

Potem był okres spektakularnych bitew morskich o kontrolę morskiego handlu:

Po drodze Holendrzy zjedli swojego premiera (i jego brata):

Chyba im smakował, bo ostał się tylko język i jeden palec:

Końcówką sezonu była zupełnie zaskakująca – jak to określają Anglicy – „Chwalebna rewolucja”, w wyniku której wielka flota inwazyjna Holandii opanowała Anglię przy braku większego oporu ze strony Anglików. Wykazujący zbytnie jak na gusta tubylców katolickie inklinacje poprzedni król z dynastii Stuartów został zmuszony do ucieczki, a władzę w Anglii objął władający Zjednoczonymi Prowincjami Wilhelm III Orański.

Ówczesne klimaty są wciąż żywe:

Mogłoby się wydawać, że w ten sposób z tego okresu rywalizację o hegemonię w globalnym handlu obronną ręką wyszedł w ten sposób dotychczasowy hegemon czyli Holandia. Paradoks polega na tym, że to wydawałoby się zwycięstwo Holandii doprowadziło w XVIII wieku do upadku jej znaczenia i stopniowego przekazania hegemonii w ręce utworzonej wtedy Wielkiej Brytanii. Wilhelm i jego następcy po prostu w celu utrzymania lojalności Anglików udzielali im koncesji handlowych, które z czasem trwale podkopały pozycję Holandii.

No dobrze, to cofnijmy się o jeszcze jeden cykl (czyli o 260 lat od Kongresu Wiedeńskiego i 390 lat od Jałty). Trafiamy w 1555 roku i tu nie ma żadnej dyskusji, bo to rok jednego z najważniejszy porozumień pokojowych w historii Europy czyli Traktatu Augsburskiego:

„Pokój augsburski – pokój zawarty 25 września 1555 roku między cesarzem Karolem V a protestanckimi książętami Rzeszy w Augsburgu. Stwierdzając zasadę cuius regio, eius religio (czyj kraj, tego religia) przewidywał współistnienie obok siebie katolicyzmu i luteranizmu. Kończył drugą wojnę religijną, toczącą się w latach 1552–1555.

Pokój augsburski potwierdzał polityczny i religijny podział Rzeszy Niemieckiej, dawał książętom prawie pełną samodzielność w swoich krajach oraz zahamował proces zjednoczeniowy Niemiec aż do XIX wieku.”

To porozumienie było wielkim sukcesem dyplomatycznym Francji, która popierała protestantów, bo – jak słusznie zauważa Wikipedia – uniemożliwiła konsolidację – potencjalnie znacznie silniejszego od Francji – Cesarstwa Niemieckiego na następne ponad 300 lat.

A wszystko zaczęło się niepozornie 38 lat wcześniej w 1517 roku od wystąpienia Marcina Lutra, które rozpoczęło rewolucję protestancką:

Niezwiązaną z dzisiejszym tematem ciekawostką jest to, że być może Marcin Luter był zgermanizowanym Słowianinem:

Jak widać wszystko ładnie pasuje i pozwala wyznaczyć początek następnej rewolucji na mniej więcej 1517+4*130=2037 rok. Reguła zmienności zdaje się sugerować, że tym razem okres wojny hegemonicznej rozpocznie się od rewolucji, a nie zakończy nią jak w obecnym cyklu.

Ktoś się zapyta o dlaczego hipotetyczna rewolucja w okolicach 2037 roku miałaby mieć charakter oczekiwanej przez marksistów (którzy najwyraźniej kompletnie nie znali się na „timingu”) rewolucji proletariackiej. To proste. Rewolucja społeczna następuje wtedy, gdy niższa kasta obala władzę kasty wyższej w momencie, gdy postęp technologiczny umożliwia rozprzestrzenienie wśród członków kasty niższej wiedzy zmonopolizowanej wcześniej przez kastę wyższą. W tradycyjnym społeczeństwie występują 4 kasty zajmujące się każda swoją działką. Dobrym modelem jest społeczeństwo Indii:

„bramini – najwyższy, wywodzący się z ust, głównie kapłani i święci mężowie

kszatrijowie – wywodzący się z ramion, wojownicy i rządcy, monarchowie

wajśjowie – wywodzący się z ud, rolnicy, hodowcy, kupcy, rzemieślnicy

śudrowie – ze stóp, ludność służebna (np. robotnicy rolni, księgowi)”

Jest jasne, że wynalazek Gutenberga ruchomej czcionki drukarskiej złamał monopol Kościoła (braminów) na wiedzę, czego efektem była rewolucja protestancka 4 cykle Modelskiego temu, której zbrojna faza rozpoczęła się od powstania rycerstwa (kszatrijów) przeciwko arcybiskupowi Trewiru. 2 cykle później rozpowszechnienie się wynalazku codziennej prasy zachęciło „oświecone” w ten sposób mieszczaństwu (wajśjów) do ścinania głów szlachcie (ksztarijom). Jest w ten sposób całkiem jasne, że następny cykl rozpocznie się od rewolucji śudrów-sług (we współczesnej nowomowie „pracowników sektora usług” czyli tych proletariuszy) skierowanej przeciwko burżuazji/kapitalistom/wajśjom. Oczywiście pozytywnym czynnikiem, który ich do tego pobudzi będzie internet, który pozwala „ciemnemu ludowi” na zdobywanie niedostępnej wcześniej wiedzy (od czego czytając np. o wyczynach różnych Epsteinów „ciemny lud” popadać będzie w coraz głębszą i głębszą paranoję; ale system się broni finansując hordy siejących dezinformację troli!). Od strony negatywnej działać będą postępy informatyzacji eliminujące popyt na ludzką pracę w sektorze usług.

Martwić się takim scenariuszem najwyraźniej zaczynają już nawet w Banku Światowym:

„Myślę jednak, że obecne status quo będzie sobie leniwie trwać, pozornie nic się nie będzie działo – poza oczywiście mówieniem, że coś trzeba zrobić – a potem nagle dojdzie do społecznego przesilenia i wszystko wydarzy się bardzo szybko.

Co to znaczy, że dojdzie do społecznego przesilenia?

Do jakiejś rewolucji.”

Z moich „wyliczeń” wynika, że do wystąpienia jakiegoś antykapitalistycznego Lutra zostało jeszcze ok. 18 lat.

Mam tylko problem z rewolucją za kolejne 2 cykle czyli w okolicach 2297 roku. Kto odbierze władzę zwycięskim siudrom? No już chyba wyposażone w sztuczną inteligencję roboty:

😉

Podsumowanie: przedstawiona powyżej moja interpretacja cyklu hegemonicznego Modelskiego sugeruje, że następnej rewolucji społecznej klasy takich jak anty-kościelna rewolucja protestancka sprzed 4 cykli czy anty-feudalne rewolucje amerykańska i francuska sprzed 2 cykli można oczekiwać w okolicach 2037 roku. Plus minus kilkadziesiąt lat oczywiście, bo przecież historia to nie zegar z kukułką. Chyba.

Polska europejskim liderem wzrostu tempa inflacji

Miałem dziś zajmować się wyznaczeniem –
za pomocą prostego chronopolitycznego rozumowania wykorzystującego cykl hegemoniczny Modelskiego i związany z nim rytm kluczowych regicydów (Karol I Stewart, Ludwik XVI , Mikołaj II Romanow) – dokładnego terminu wybuchu wyglądanej przez marksistów od 170 lat „rewolucji proletariackiej” na Zachodzie, ale zamarudziłem rano, więc dziś coś lżejszego.

Na 9 krajów europejskich o najwyższym rocznym tempie wzrostu zharmonizowanych wskaźników CPI 8 to kraje Europy Środkowo-Wschodniej rozciągające się międzymorskim pasem od Słowenii, przez Węgry, Czechy, Słowację i Polskę aż do Litwy, Łotwy i Estonii.

W tym sensie wskaźnik dla Polski (+2,5 proc. w wersji zharmonizowanej, czyli przy zastosowaniu tej samej metodologii dla wszystkich krajów) jest czymś co można uznać za obecnie typowe dla całego regionu Międzymorza. Ponieważ te 2,5 proc. to środek akceptowanego przez RPP przedziału wahań dynamiki wskaźnika inflacji (CPI w lokalnym wydaniu), więc można uznać, że nie w tej kwestii wszystko jest w jakiej takiej normie i nie ma tu specjalnie nic ciekawe do oglądania.

Jeśli jednak sprawdzimy tempo zmiany rocznej dynamiki zharmonizowanego CPI (czyli różnicę pomiędzy roczną dynamiką tego wskaźnika inflacji pieniądza w lipcu tego roku a podobną dynamikę w lipcu 2018), to okaże się wśród 28 krajów europejskich, które uwzględniłem w tym zestawieniu nasz kraj jest liderem. W ciągu minionego roku dynamika zharmonizowanego CPI w Polsce przyspieszyła o 1,15 pkt. proc., czyli o znacznie więcej niż w każdym innym analizowanym kraju.

To oczywiście trochę niepokojące w kontekście rekordowo niskich stóp procentowych – zarówno krótkoterminowych jak i długoterminowych –
w naszym kraju, bo gdyby ten trend miał się utrwalić, to może przyjść moment (np. gdyby dynamika CPI przebiła się przez poziom 5 proc.), w którym RPP poczuje się zmuszona do nerwowego gonienia odjeżdżającego inflacyjnego pociągu, co zapewne wywołałoby poważną bessę na krajowym rynku obligacji skarbowych (a być może i na rynku nieruchomości).

Na razie jednak dynamika CPI w naszym kraju powinna wejść w strefę oddziaływania rozpoczętego w III kw 2017 łagodnego do tej pory spowolnienia gospodarczego. Dynamika cen detalicznych była bowiem w okresie minionych 18 lat przesunięta w fazie w stosunku do dynamiki PKB o średnio 14 miesięcy. Nie jest to silna zależność (współczynnik korelacji 0,47), ale niewątpliwie istnieje.

Jeśli dodatkowo założyć, że obecny cykl będzie jakoś tam podobny do wypadkowej z 5 poprzednich, co sugeruje, że kolejne przyspieszenie gospodarcze nie rozpocznie się przed wiosną 2020:

… to można dojść do wniosku, że dżin inflacji nie zacznie się na poważnie wyrywać z butelki przed 2021 rokiem.

Co później? Później zgodnie z rytmem cyklu Kuznetsa powinien rozpocząć się na świecie najsilniejszy od lat 2001-2008 impuls inflacyjny (być może jednak stabilizowany w naszym kraju umocnieniem złotego podobnym do tego z lat 2004-2008).

Podsumowanie: 1) rejon Międzymorza charakteryzuje się obecnie najwyższym w Europie tempem wzrostu cen detalicznych; 2) dynamika zharmonizowanego CPI wzrosła w ciągu minionego roku w Polsce najbardziej spośród 28 analizowanych krajów Europy; 3) dynamika CPI w Polsce była od 2001 roku przesunięta w fazie w stosunku do dynamiki PKB o średnio 14 miesięcy, co sugeruje, że trwające od III kw. 2017 łagodne na razie spowolnienie gospodarcze w naszym kraju powinno zacząć moderująca wpływać na tempo wzrostu cen.

Świece zostały rzucone: przełamana linia miesięcznego trendu spadkowego

Rynek zachował się w minionym tygodniu bardzo złośliwie i WIG-20 zamiast środowego dołka i późniejszego początku dynamicznej korekty wzrostowej, jak proponowałem („Świece zostały rzucone: grupa wsparcia„), zachował się dokładnie odwrotnie rosnąc 2 sesje w poniedziałek i wtorek najsilniej od 6-7 czerwca (pierwsze 2 kolejne białe świece od 18-19 lipca) i na początku sesji środowej, a później spadając.

Zgodnie z propozycją sprzed tygodnia nastąpiło jednak przełamanie miesięcznej linii trendu trendu spadkowego, więc zostawiam tę analogię nieco ją modyfikując przez synchronizację dołków z 14 grudnia 2015 oraz 16 sierpnia 2019.

Oczywiście kolejny „wojenny” „tłit” Trumpa spowodował, że i ta nowa analogia się źle spisuje, ale mimo tego skłaniam się do myśli, że od tygodnia jesteśmy już w obrębie drugiej korekty rozpoczętego w lipcu impulsu spadkowego. Mówiąc językiem elliottowskim byłaby to 4-ka. 2-ka rozegrała się moim zdaniem pomiędzy 9 a 22 lipca w postaci fali nieregularnej płaskiej. Z nowej analogii wynika, że za tydzień powinna rozpocząć się ostatnia ok. 3 tygodniowa fala spadkowa.

Wróćmy teraz do narzędzia, które spisało się bardzo dobrze. W czerwcu i lipcu wielokrotnie zwracałem uwagę na niebezpiecznie dynamicznie poprawiający się sentyment krajowych inwestorów indywidualnych („Najwyższy od prawie 17 miesięcy sentyment krajowych inwestorów indywidualnych„, „Dalszy wzrost sentymentu krajowych inwestorów indywidualnych„, „Szczęśliwy jak polski inwestor indywidualny„). Oczywiście teraz po spadku wartość WIG-u 20 do najniższego poziomu od 2,5 roku nastroje się schłodziły, ale na razie saldo INI SII ustabilizowało się już trzeci tydzień w okolicy zera.

Tylko 2 precedensy dla obecnej sytuacji w tej analogii nie pozwalają na wyciąganie jakichś bardziej wiarygodnych wniosków, ale roboczo przyjmuję, że negatywny wpływ lipcowego przegrzania nastrojów można będzie uznać za zdyskontowany, gdy WIG-20 trafi za 44-74 sesje do strefy 1910-2023 pkt. Zgodnie z moją rozpiską krótkoterminowych cykli („Challenge accepted„) wtedy powinna rozpocząć się na GPW nowa cykliczna hossa w ramach cyklu Kitchina.

W maju 2012 silne odbicie zaczęło się po spadku salda INI SII do -14,65 pkt. proc. (ostatecznie wskaźnik spadł do -19,8 pkt. proc.), zaś w czerwcu 2018 po spadku do poziomu -42 pkt. proc. Ważniejsze chyba jest jednak to, o ile saldo INI SII spadało ze szczytu. Wiosną 2012 ten spadek miał 73,4 pkt. proc., a wiosną 2018 68,4 pkt. proc. Ponieważ obecnie saldo INI SII spada z poziomu 34,8 pkt. proc., to na podstawie tych analogii uznam, że sygnałem kupna polskich akcji będzie ewentualne zejście salda INI SII do strefy -38,6- -33,6 pkt. proc. Obecnie wynosi dokładnie zero. Mogłoby wydawać się, że kolejne tak znaczne załamanie nastrojów krajowych inwestorów indywidualnych jest mało prawdopodobne, ale od czerwca ub. r. z równie dużym lub większym pesymizmem mieliśmy do czynienia aż 5-krotnie, więc nie widzę powodu, by za kilka-kilkanaście tygodni nie mógł on powrócić.

Podsumowanie: 1) WIG-20 przełamał miesięczną linię trendu spadkowego ruchem, który można interpretować jako część korekcyjnej 4-ki całego trwającego od początku lipca impulsu spadkowego. 2) Wywiedzione z zachowania INI SII analogie, które poprawnie przewidywały lipcowo-sierpniowy spadek, sugerują osiągnięcie ważnego dołka dopiero za 44-74 sesje po spadku WIG-u 20 strefy 1910-2023 pkt. i po schłodzeniu się salda INI SII do przedziału -38,6–33,6 pkt. proc.

Znalazłem w sieci marksistę-cyklistę

W swoich wędrówkach po sieci natrafiłem ostatnio na ciekawy przypadek marksisty-cyklisty. Człowiek nazywa się Michael Roberts i ma pod adresem www.thenextrecession.wordpress.com swój blog noszący podtytuł „blogging from a marxist economist”. Nie zwróciłbym na to większej uwagi, gdyby nie jego pracka z 2013 roku zatytułowana „Cycles in Capitalism„. Mnie jako cyklistę ten ostatni tytuł zainteresował, więc ją przeglądnąłem i pod koniec znalazłem schemat zadziwiająco podobny do tego, którym ja się posługuję.

Co prawda ja praktycznie nie posługuję się pojęciem cyklu Kondratiewa (skłaniam się czasami jedynie do uznania go za efekt działania dwu kolejnych cykli pokoleniowych – zgodnie z regułą zmienności jednego bardziej inflacyjnego a drugiego bardziej deflacyjnego), mój „cykl pokoleniowy” u niego nazywa się cyklem „value rate of profit”, a całkiem dla mnie nie do przyjęcia jest traktowanie przez nieco cyklu Kitchina jako cyklu 4-letniego:

Finally, there is an even shorter business cycle of about 4-5 years. Joseph Kitchin discovered this in the 1930s. This cycle seems to be the product of even more short-term decisions by capitalists on how much stock to keep to sell. It seems that capitalists cannot see further ahead than about2-4 years. They expand production and maximise the utilisation of existing production capacity. In the struggle to compete, capitalist producers end up with more stock than they can sell. So production is slowed until stocks are run down. „

… ale jednak niewątpliwie, to jest ten sam schemat.

Michael Roberts na swoim blogu pisze dość często, porusza dosyć ciekawe tematy i umieszcza tam sporo różnych wykresów, więc jeśli ktoś też tak jak on czeka na mający nadejść nieunikniony ostateczny kryzys kapitalizmu i proletariacką rewolucję:

„Capitalism will not just collapse of its own accord. Crises are endogenous because of the main contradiction within the capitalist mode of production, of accumulation for profit and not need. But also it is possible for capitalism to recover and soldier on ‘endogenously’ when sufficient old capital is destroyed in value (and sometimes physically) to allow a new period of rising profitability. Capitalism can only be replaced by a new system of social organisation through conscious action of human beings, in particular by the majority class of people (the working class globally). Without such conscious action, capitalism can stumble on or society may eventually fall back into barbarism.”

… i to czekanie mu się dłuży, to może coś tam ciekawego dla siebie znajdzie.

Podsumowanie:

„Hura!… zerwijmy z carów korony,
Gdy ludy dotąd chodzą w cierniowej;
I w krwi zatopmy nadgniłe trony,
Spurpurowione we krwi ludowej!…
Ha!… zemsta straszna dzisiejszym katom,
Co wysysają życie z milionów!…
Ha!… zemsta carom i plutokratom!
A przyjdzie żniwo przyszłości plonów!

Naprzód, Warszawo!
Na walkę krwawą,
Świętą a prawą!
Marsz, marsz, Warszawo!”

😉

Skromna prośba do „TPTB”

Podejdźmy dziś do kwestii „wschodzących” rynków akcji od innej niż wczoraj strony. Bessie na wschodzących rynkach akcji zwykle towarzyszył spadek poziomu oczekiwań inflacyjnych w USA – deflacyjne kryzysy raczej nie służą peryferyjnym gospodarkom. Ten oczekiwany przez rynek poziom inflacji w przyszłości można szacować porównując rentowność obligacji np. 10-letnich od rentowności obligacji indeksowanych inflacją o podobnym terminie wykupu. Na poniższym wykresie widać na tle MSCI Emerging Markets Index taką „10 year break-even inflation rate”.

Oczekiwany przez rynek średni poziom rocznej dynamiki CPI w USA w ciągu następnych 10 lat spada od kwietnia-maja 2018 i przedwczoraj wynosił 1,53 proc. (wobec faktycznej dynamiki CPI w lipcu na poziomie 1,81 proc.).

W przeszłości odpowiednio silne załamanie poziomu oczekiwań inflacyjnych skłaniało FED do agresywnego łagodzenia polityki pieniężnej, co z czasem przełamywało bessę na EM. Hossa na rynkach akcji trwała zwykle później do czasu, kiedy oczekiwania inflacyjne osiągnęły wysoki poziom (ponad 2,4 proc.), co z kolei skłaniało FED do zaostrzania polityki pieniężnej, co z czasem generowało cykliczną bessę na rynkach akcji.

Czy istnieje taki poziom oczekiwań inflacyjnych, przy którym można już „bezpiecznie” kupować akcje na rynkach wschodzących, tak by mieć pewność, że niebawem nadjedzie z pomocą fedowska kawaleria obniżkami stóp generując nową hossę?

W okresie minionych 20 lat takim poziomem była wartość „10 year break-even inflation” niższa niż 1,3 proc. Na poniższym wykresie MSCI Emerging Markets Index zaznaczyłem momenty, w których ten wskaźnik miał właśnie wartość niższą niż 1,3 proc.

Można oczywiście marudzić, że po Lehmanie ten sygnał kupna zaczął pojawiać się na 3 tygodnie przed dołkiem ówczesnego załamania z 27 października 2008, no ale jak na ekstremalne warunki pokoleniowego kryzysu wtedy panującego nie był to aż taki zły rezultat.

Obecny poziom oczekiwanej w USA w ciągu następnych 10 lat inflacji (1,54 proc.) jest już relatywnie niski, ale do „bezpiecznej” dla rynków akcji na EM strefy poniżej 1,3 proc. jednak mu jeszcze trochę brakuje.

Gdyby w przeszłości kupować po spadku tego wskaźnika do ostatnich poziomów, to co prawda dostalibyśmy dodatkowy bardzo fajny sygnał kupna we wrześniu 2002 i zyskowny w perspektywie następnych 8 miesięcy sygnał kupna z sierpnia 2010, ale w pozostałych przypadkach narazilibyśmy się na przedwczesne zakupy.

Mam zatem skromny apel do „TPTB” o zorganizowanie jeszcze jednego małego kryzysiku deflacyjnego w najbliższych tygodniach, który zbiłby poziom oczekiwań deflacyjnych o kolejne przynajmniej 15 punktów bazowych do „bezpiecznego” dla akcji na EM poziomu niższego niż 1,3 proc. (przy okazji zapewne wynosząc dolara jeszcze trochę wyżej a ropę jeszcze trochę niżej).

Podsumowanie: w przeszłości kupno akcji na EM było relatywnie bezpieczne po spadku poziomu 10-letnich oczekiwań inflacyjnych w USA poniżej poziomu 1,3 proc. Obecny poziom 1,54 proc. ciągle wydaje się nieco za wysoki by uznawać akcje na EM na ich obecnych poziomach za bardzo atrakcyjne.

2001 i 2012?

Spośród omawianych wczoraj 3 wskaźników „szerokości” koniunktury gospodarczej na świecie najlepiej zachowuje się ten dla „rynków wschodzących” oparty na zachowaniu indeksów Citi Early Warning Signal Risk dla różnych krajów. Wzrósł on w lipcu od styczniowo-lutowego dołka na niskim poziomie (<=9 pkt.) o ponad 7 punktów.

Tak zdefiniowany sygnał pojawił się w okresie minionych 22 lat po raz pierwszy w danym cyklu po raz 7-my. 4-krotnie było to już po dołku cen akcji na EM w ramach cyklu Kitchina. W dwu przypadkach – sierpień 2001 oraz kwiecień 2012 – taki sygnał pojawiał się na ok. 2 miesiące przed cyklicznym dołkiem cen akcji (21 października 2001, 4 czerwca 2012).

Zakupu akcji na rynkach „wschodzących” dokonywane po tych 6 historycznych sygnałach były dosyć bezpieczne. W każdym z przypadków już 7 miesięcy po sytuacji odpowiadającej obecnej MSCI EM Index (w lokalnych walutach) wychodził na plus i ta sytuacja powtarzała się kilkukrotnie przez następne kilkanaście miesięcy.

Projekcja wartości MSCI Emerging Markets Index uzyskana przez uśrednienie jego ścieżek wokół tych 6 historycznych sygnałów jest już w hossie od 8 miesięcy, chociaż od października 2018 do kwietnia 2019 rzeczywistość na EM okazała się wyraźnie lepsza niż wywiedziona z historii oczekiwana ścieżka i dopiero w ostatnich miesiącach wraca do „normy”. Sądzę, że byłoby „uczciwie”, gdyby EM zapłaciły teraz za to wcześniejsze chojrakowanie proporcjonalnym zejściem poniżej wyznaczonej ścieżki.

Jeśli chodzi o podobieństwo do zachowania cen akcji na EM z ostatnich w lat można wyróżnić 2 z tych 6 epizodów – lata 2010-2012:

… oraz lata 1999-2001:

W pierwszym przypadku do ostatecznego dołka na „wschodzących” rynkach akcji zostało 11 sesji, w drugim 24 sesje (plus Bin Laden w gratisie po drodze). W obu przypadkach daje to wrzesień. Obie te analogie ta z 2001 rokiem (cykl Kuznetsa) oraz ta z 2012 rokiem (podwójny cykl Kitchina czy cykl 6,(66)-letni) wielokrotnie się w tym miejscu pojawiały.

Podsumowanie: wrzesień – statystycznie najgorszy dla akcji miesiąc w roku – to ostatni moment na „tanie” zakupy na EM? Czy może jednak rozsądniej jest z zakupami poczekać do października „miesiąca krachów”, w którym wisienką na torcie może okazać się Brexit?