Euro bundy drożeją najsilniej od 2016 roku

W okresie pomiędzy wrześniem 2016 a końcem maja br. kontrakt na niemieckie bundy nie ustanawiał nowych szczytów ceny, po czym wybił się na nowy rekord ceny. W przeszłości równie długie okresy bez nowych szczytów zdarzyły się trzykrotnie, a podobne do tego z 31 maja sygnały (wybicie w górę po przynajmniej 32-miesięcznym okresie bez rekordów) padały 17 grudnia 2008, 20 maja 2003 oraz 27 listopada 1996.

Co ciekawe w każdym z tych 3 przypadków po takim wybiciu powyżej historycznego szczytu następował później przejściowy powrót ceny kontraktu poniżej właśnie pokonanego oporu. Synchronizacje sygnału z 31 maja ze wspomnianymi podobnymi sygnałami z przeszłości wyglądają tak:

Obecny rajd kontraktu na bundy trwający już 9 miesięcy jest najsilniejszy od okresu czerwiec 2015-wrzesień 2016. Ta hossa dyskontuje spodziewane w najbliższych miesiącach złagodzenie polityki pieniężnej ECB (obniżka stóp we wrześniu?). Te 3 historyczne precedensy przejściowych powrotów kontraktu na bundy poniżej poziomów właśnie pokonanych oporów zachęcają do rozważania pomysłów na kontrariańskie krótkoterminowe zagranie na tym rynku na krótko w najbliższym czasie, ale to byłaby oczywiście bardzo ryzykowna zabawa.

Projekcja ceny kontraktu na bundy oparta o te 3 sygnały nie wygląda jakoś zbyt przekonująca – osiąga dno na przełomie listopada i grudnia 2019 i wtedy mniej więcej ta hipotetyczna korekta na bundach powinna kulminować.

Te 3 historyczne sygnały z rynku obligacji można sobie nanieść na wykres DAX-a:

Najwyraźniej niemiecki rynek akcji lubi hossę na obligacjach, po – niezależnie od tego co działo się w krótkoterminowej perspektywie – „zawsze” w rok po tych sygnałach DAX był przynajmniej 28 proc. wyżej, a w 2 lata po sygnale przynajmniej ponad 57 proc. wyżej niż w momencie generowania sygnału. Na krótką metę wszystko jest możliwe, ale średnioterminowa tendencja wydaje się jasna.

Podsumowanie: po 32 miesiącach bez nowych rekordów kontrakt na bundy wybił się pod koniec maja na nowe szczyty, co – na podstawie podobnych zachowań z przeszłości – zwiększa prawdopodobieństwo korekcyjnego spadku poniżej niedawno przełamanych oporów (projekcja ceny kończy kończy spadek za ok. 5 miesięcy). W przeszłości po podobnych sygnałach DAX „zawsze” drożał w średnioterminowej perspektywie o przynajmniej 28 proc. w ciągu mniej więcej roku po sygnale i o przynajmniej 57 proc. w ponad 2 lata po sygnale.

A co jeśli III RP podzieli los PRL?

Mamy już jakiś plan dla GPW na najbliższe tygodnie („Dalszy wzrost sentymentu krajowych inwestorów indywidualnych„) – przez lato WIG będzie prokrastynował poniżej poziomów historycznych rekordów, nakreśliłem też ostatnio mój scenariusz średnioterminowy („Zaczynam się niecierpliwić„) – WIG prędzej czy później wybije się w górę i ruszy skokami na północ ustanawiając nowe historyczne maksima wartości. Dziś pora na przepowiednię długoterminową.

Sklejałem sobie ostatnio z różnych dostępnych serii danych możliwie długą historię rocznej dynamiki PKB w Polsce i gdy się jej przyjrzałem przyszła mi do głowy straszna myśl: a co jeśli III RP, która od 27 lat „rośnie w siłę a ludziom żyje się dostatniej” wyczerpie z czasem swoją energię i w końcu zbankrutuje podobnie jak to stało się z PRL?

Polska państwowość była ostatnio okropnie niestabilna miotając się w ciągu minionych 100 lat od nieistnienia, przez regionalną semi-mocarstwowość, bycie (wraz ze wschodnimi Niemcami) zachodnimi peryferiami obszaru euroazjatyckiego do obecnej formy czyli wschodnich peryferii obszaru atlantyckiego. Czy możemy mieć gwarancję, że obecny stan będzie trwał wiecznie? Wydaje się to wątpliwe. PRL też dosyć dobrze szło przez pierwsze ponad ćwierć wieku jego istnienia („Dziesiąta potęga gospodarcza świata”), ale później błąd popełniony przez ówczesne elity gospodarcze
naszego kraju – zadłużenie się za granicą tuż przed eksplozywnym wzrostem poziomu stóp procentowych na świecie – doprowadziły poprzednią inkarnację polskiego państwa – które oprócz własnej polityki musiało również realizować cele ówczesnego hegemona (w tym intensywne zbrojenia – nasza armia do tej pory używa radzieckiego złomu z tamtych czasów) – do bankructwa. Trwająca przez ponad ćwierć wieku dobra passa powoduje u odpowiedzialnych za politykę gospodarczą polityków nadmierny wzrost pewności siebie i skłonność „do jechania po bandzie” w oparciu o założenie, że przecież nic złego nie może się wydarzyć (bo za ich dorosłego życia wszystko zawsze się dobrze kończyło). A potem przychodzi cykliczny globalny kryzys i wszystkie „racjonalne” na pozór plany rozsypują się w proch.

Nałóżmy więc sobie historię dynamiki PKB w III RP na tempo wzrostu gospodarczego w PRL (mam dane sięgające 1950 roku). Oba epizody historyczne zsynchronizowałem w 1944 roku (powstanie PKWN) i w 1989 roku (powstanie rządu Tadeusza Mazowieckiego).

Jak widać w tej przerażającej analogii mamy obecnie odpowiednik okolic 1974 roku, na pozór wszystko wydaje się pod kontrolą, w TVP jakieś poprzednie wcielenie Jacka Kurskiego uprawia podobną do obecnej propagandę sukcesu, ale do bankructwa III PR na długu zagranicznym i równolegle stanu wojennego (wojsko wkracza do akcji i zabiera nieudolnym partyjniakom zabawki) brakuje tylko 7 lat (patrz „Kolejny globalny szczyt cen nieruchomości za 4-5 lat?„). Później hiperinflacja by pozbyć się długu krajowego, Okrągły Stół, kolejna zmiana geopolitycznej orientacji i po mniej więcej 2035 roku już się powoli powinno zacząć poprawiać (na chwilę, bo potem w latach 40-tych zacznie się globalny konflikt hegemoniczny w ramach cyklu Modelskiego, który pewnie – tak jak poprzednie – nie oszczędzi naszego kraju (patrz Belle Époque„).

Ten koszmar wydał mi się nad wyraz realny, ale na szczęście później się obudziłem i za oknem wesoło świeciło słoneczko:

Podsumowanie: jeśli wszystko, co może źle pójść, rzeczywiście pójdzie źle, to nasza „zielona wyspa” zacznie tonąć za mniej więcej 5 lat.

Kanarek znowu dostał zadyszki

Zgodnie z mają „kanarkową” hipotezą („Zdechł kanarek„) zachowanie kursu bitcoina (i innych kryptowalut) jest miernikiem ilości kapitału dostępnego na świecie dla „czczej spekulacji”. Gdyby ta hipoteza była prawdziwa, to powinna istnieć jakaś zauważalna dodatnia korelacja pomiędzy zachowaniem ceny bitcoina a np. ruchami WIG-u. I rzeczywiście takiej korelacji można się dopatrzyć. Co więcej w przeszłości, gdyby ktoś znał daty początków dużych (spadek o ponad 80 proc.) „rynków niedźwiedzia” na BTC (czerwiec 2011, grudzień 2013 i grudzień 2017), to sprzedając wtedy polskie akcje mógłby zawsze sporo zaoszczędzić.

W tym kontekście ostatnie zachowanie BTC może stanowić jakieś ostrzeżenie dla rynku akcji. Definiując – przy sporej dozie ma manipulacji -obecną sytuację na rynku bitcoina jako 5-sesyjny spadek o ponad 18 proc. następujący zaraz potem jak kurs BTC po 5-sesyjnym wzroście o ponad 28 proc. wyszedł na poziom rocznego maksimum otrzymamy wniosek, że ostatni raz takie bujanie pojawiło się w grudniu 2017, a więc na początku ostatniej kryptowalutowej bessy.

Połowa z 6 takich sygnałów poprawnie identyfikowała początku 3 dużych rynków „niedźwiedzia” na bitcoinie.

Można spekulować, że trwająca od grudnia 2017 do grudnia 2018 bessa na BTC była spowodowana ograniczaniem przez FED „dopływu tlenu do kopalni”, a rozpoczęty w grudniu 2018 wzrost wynikał ze spekulacji, że FED jednak prędzej czy później złagodzi politykę pieniężną (co rzeczywiście już częściowo nastąpiło). Teraz możemy chyba jedynie oczekiwać potwierdzenia obecnych oczekiwań – pod koniec lipca FED obniży stopy – albo rozczarowania (FED okaże się mniej „gołębi” – o co chodzi z tymi ptakami? – niż tego się spodziewa rynek). W takim przypadku BTC mógłby zareagować korektą ostatnich wzrostów.

Osobiście nie sądzę, by konsekwencją zachowania BTC z ostatnich dni była ponownie silna bessa taka jak w 2018 roku, 2014 roku czy 2011 roku. Poziom wsparcia wyznaczony przez moment, w którym kursu BTC mijał niecałe 2 miesiące temu kluczowy opór w okolicach poziomu 6500 USD wydaje mi się zbyt silny. Wzrost od grudnia zdaje się mieć charakter impulsu (niezależnie od tego czy pierwszego impulsu nowej hossy, czy też fali C nieregularnej płaskiej korekty trwającej od lutego 2018), a więc nie powinien umrzeć tak szybko. Spodziewałbym się raczej 3-miesięcznej dystrybucji analogicznej do akumulacji z okresu grudzień-marzec. Natomiast prawdopodobne wydaje mi się obecnie zejście do strefy zasięgu fali 4-tej niższego rzędu czyli przedziału 7688-8805 z przełomu maja i czerwca.

Podsumowanie: zdyszanemu po ostatnich wysokich lotach „kanarkowi” znowu zaczęło brakować „tlenu” jak ostatnio w grudniu 2017. Na krótką metę ruch do przedziału 7688-8805 wydaje się prawdopodobny, ale kluczowe wsparcie w okolicach poziomu 6500 wydaje się obecnie tak mocne, że jego przełamanie w najbliższych miesiącach wydaje się mało prawdopodobne.

Zaczynam się niecierpliwić

„Zawsze” sobie wyobrażałem, że do czasu osiągnięcia przez WIG w okolicach listopada 2020 kolejnego (po tych z marca 1994 i lipca 2007) szczytu cyklu 160-miesięcznego (czyli poczwórnego cyklu Kitchina), WIG zdoła przeskoczyć na wyższy „poziom energetyczny” w strefie wyznaczonej przez szczyt indeksu z lipca 2007 i mniej więcej poziom 217 tysięcy punktów.

Tymczasem do orientacyjnego terminu kolejnego szczytu tej klasy co te z marca 1994 i lipca 2007 zostało już tylko 16 miesięcy i oczywiście teza, że WIG w tym czasie zdoła zawędrować powyżej poziomu 200 tysięcy z obecnych 60 tysięcy musi wydawać się mówiąc oględnie mało realistyczna. Tym bardziej, że do tej pory najkrótsza cykliczna hossa na WIG-u trwała 17 miesięcy (październik 1998-marzec 2000). Ale oczywiście być może nowa cykliczna hossa (odpowiadająca tej z okresu maj 2005-lipiec 2007) trwa już od października ub. r., więc gdyby miała kulminować w listopadzie 2020, bo trwałaby bardzo regulaminowe 2 lata i 1 miesiąc. Problem polega na tym, że nawet jeśli hossa już trwa, to ciągle brakuje jej dynamiki oczekiwanej na podstawie doświadczeń z przeszłości w tej fazie cyklu 160-miesięcznego.

Nie mówiąc już o tym, że ostatnie „sentymentalne” projekcje wartości WIG-u przesuwały początek silnego wzrostu cen akcji na GPW do początku jesieni br.

Z punktu widzenia cyklu 160-miesięcznego szczyt hossy ze stycznia 2018 odpowiadał szczytowi hossy z kwietnia 2004. W obu przypadkach WIG odbijał się od – mniej więcej – poziomu poprzedniego szczytu cyklu 160-miesięcznego (w kwietniu 2004 od szczytu z marca 1994, w styczniu 2018 od szczytu z lipca 2007) i wchodził w łagodną bessę. Ładnie więc to wszystko pasuje do mojej koncepcji. „Pędząca” bessa z okresu kwiecień 2004-maj 2005 trwała 13- miesięcy i poprzedziła trwający 2 lata i 2 miesiące skok do górnego ograniczenia wyższego „poziomu energetycznego”.

Obecnie od szczytu poprzedniej cyklicznej hossy ze stycznia 2018 minęło już 18 miesięcy, a WIG nadal marudzi pod oporem wyznaczonym przez górne ograniczenie „poziomu energetycznego”, na którym znajdował się przez minione 14 lat, gdy tymczasem powinien już od wielu tygodni bić historyczne rekordy i generalnie zachowywać się jak w okolicach okresu październik 2005 (1,5 roku po szczycie hossy z kwietnia 2004) – kwiecień 2006 (13 lat i 4 miesiące czyli 160 miesięcy temu).

Swoją drogą ciekawe, że w tej interpretacji termin kolejnego szczytu WIG-u w ramach cyklu 160-miesięcznego zbiega się z datą wyborów prezydenckich w USA. Wcześniej spekulowałem, że pretekstem do hossy 2019-2020 będzie zawarcie amerykańsko-chińskiego porozumienia handlowego, które jest zostanie przez USA zerwane a wojna handlowa wznowiona wkrótce po reelekcji Donalda Trumpa w listopadzie 2020 roku. Pasuje to do całej przedstawionej wyżej koncepcji technicznej, ale WIG zaczyna mieć jednak coraz bardziej wyraźne opóźnienie w stosunku do mojego scenariusza, co zaczyna powodować u mnie objawy zniecierpliwienia.

Podsumowanie: czas Ci się kończy WIG-u, więc lepiej się pospiesz.

Dalszy wzrost sentymentu krajowych inwestorów indywidualnych

Minął już termin szczytu przedstawionej tu 2 tygodnie temu („Najwyższy od prawie 17 miesięcy sentyment krajowych inwestorów indywidualnych„) projekcji wartości WIG-u 20.

Dalszy wzrost salda optymistów i pesymistów w sondażu Indeks Nastrojów Inwestorów SII, który nastąpił w czwartek, pozwala na stworzenie nowej projekcji. Zdefiniujmy sobie obecną sytuację jako moment, w którym saldo INI rośnie o ponad 55 pkt. proc. w nie więcej niż 2 miesiące. To kryterium było spełnione w przeszłości 4-krotnie:

Za każdym razem pomiędzy 16-tą a 82-ą sesją po sygnale takim jak czwartkowy WIG-20 był poniżej poziomu, przy którym wygenerowany został sygnał (czyli w obecnych realiach 2335,13 pkt.).

W każdym z tych 4 przypadków WIG-20 spadał prędzej czy później do poziomu przynajmniej 2140,8 pkt.

Uzyskana przez uśrednienie 4 historycznych ścieżek WIG-u 20 wokół tych sygnałów projekcja wartość tego indeksu rośnie do wtorku (2339,3 pkt.), a później spada przez prawie 3 miesiące do poziomu 2133,8 pkt. Później nadchodzi trwały i silny wzrost.

Jak dla mnie ta projekcja nie wygląda jakość szczególnie niewiarygodnie szczególnie, że obecne 17-miesięczne maksima sentymentu pojawiają się w sytuacji, w której WIG-20 ciągle pozostaje poniżej szczytów z lutego i kwietnia (w tym sensie obecna sytuacja przypomina te z sierpnia 2016, czerwca 2013 i lutego 2012 i jest odmienna od tej ze stycznia 2018, który to przypadek być może należałoby wyeliminować z analizy). Z kontrariańskiego punktu widzenia to raczej negatywny sygnał.

Podsumowanie: historyczne precedensy takiego jak obserwowane w okresie minionych 2 miesięcy zachowania sentymentu krajowych inwestorów indywidualnych (wzrost salda INI SII o ponad 55 pkt. proc.) sugerują by w najbliższych tygodniach szczęścia na WIG-u 20 poszukiwać po krótkiej stronie (uzyskana na ich podstawie projekcja wartości indeksy spada od przyszłego wtorku z poziomu 2339,3 pkt. do 2133,8 pkt. pod koniec września).

Czy polskie rządy manipulują koniunkturą gospodarczą w okresie przedwyborczym?

Hipoteza robocza: partie tworzące rządzącą w naszym kraju w danym momencie koalicję nie są wstanie odeprzeć pokusy pomanipulowania bieżącą koniunkturą gospodarczą, tak by „pożyczyć” trochę wzrostu gospodarczego z okresu po wyborach do Sejmu i „przenieść” go w okres przedwyborczy. Sprawdźmy ją.

Na poniższym wykresie rocznej dynamiki PKB w naszym kraju zaznaczyłem pionowymi kreskami daty wyborów do Sejmu: cienkimi przerywanymi pierwsze częściowo wolne wybory z czerwca 1989, pierwsze całkowicie wolne wybory z października 1991, oraz przedterminowe wybory z września 1993 i października 2007 i te pominąłem w analizie (raczej jest wątpliwe, by rząd był wstanie przygotować się na przedterminowe wybory, które zwykle były u nas zaskoczeniem). Zostały „terminowe” wybory z 1997, 2001, 2005, 2011 i 2015 roku, takie jak te, które odbędą się jesienią tego roku (ich daty zaznaczyłem grubymi ciągłymi liniami).

Zsynchronizujmy sobie te 6 cykli wyborczych na koniec I kwartałów lat wyborczych (terminowe wybory zawsze były na przełomie III i IV kw.).

Co się okazuje? Otóż w 4 na 5 przypadków tempo wzrostu PKB w każdym kwartale roku powyborczego było niższe niż w I kw. roku wyborczego (czyli 4,7 proc. w naszym przypadku). Wyjątkiem była ścieżka PKB po wyborach z 2005 roku, czyli uczciwością albo brakiem umiejętności manipulowania koniunkturą gospodarczą wykazała się koalicja SLD/PSL.

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 5 historycznych ścieżek dynamiki PKB w okresie okołowyborczym spada do końca roku po wyborach.

Oczywiście skala domniemanego zjawiska nie jest duża, bo to powyborcze spowolnienie to raptem niecałe 1,5 pkt. proc. w stosunku do dynamiki PKB rejestrowanej w IV kw. roku wyborczego, czyli zaraz po wyborach.

W tym kontekście moja projekcja ścieżki PKB, nad którą zastanawiałem się wczoraj, a która robi dołek w I półroczu 2020, nie wygląda już tak całkiem nieprawdopodobnie.

Podsumowanie: w 4 na 5 przypadkach dynamika PKB po terminowych wyborach do Sejmu i Senatu była przez cały powyborczy rok niższa niż w I kw. roku wyborczego. To oczywiście może być przypadek, ale przedstawione dane nie pozwalają odrzucić hipotezy, że to efekt manipulacji rządu koniunkturą gospodarczą mających zwiększyć szanse rządzących partii na ponowne zwycięstwo wyborcze.

Czy spowolnienie gospodarcze ulegnie pogłębieniu?

Po silnym spowodowanym efektami sezonowymi kwietniowym wzroście wartości mojego prostego modelu rocznej dynamiki PKB w naszym kraju (do +5,5 proc.) maj przyniósł spadek szacunku tempa wzrostu gospodarczego do +4,3 proc. W tym roku mieliśmy o jeden dzień roboczy więcej niż rok temu, więc w rzeczywistości tempo wzrostu było w tym miesiącu nieco niższe niż ten wynik.

Majowa wartość tego modelu trafiła dokładnie na poziom mojej projekcji ścieżki PKB opartej na uśrednionym przebiegu 5 poprzednich krótkich cykli koniunkturalnych.

Nasuwa się oczywiście pytanie czy pomiędzy lipcem br. a lutym/majem roku przyszłego zobaczymy jeszcze jedną falę osłabienia wzrostu gospodarczego. Jej pojawienie się sugeruje historia, ale oczywiście obecny cykl może okazać się nietypowy, chociażby ze względu na „masarską” działalność rządu w roku wyborczym (a z drugiej strony co się stanie z koniunkturą gospodarczą zaraz po jesiennych wyborach?).

Różne wskaźniki wyprzedzające koniunktury, które śledzę nie dają jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. OECD-owski indeks wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Polski nadal spada, co sugeruje, że przynajmniej do okolic listopada br. nie powinniśmy zobaczyć dna spowolnienia (ale wskaźnik ten rozkorelował się ostatnio wyraźnie z rzeczywistością, więc wartość jego wskazań spadła).

Z drugiej strony podobny CLI (Composite Leading Indicator) dla krajów OECD+BRIICS wzrósł w kwietniu, co sugeruje, że cykliczne dno koniunktury polska gospodarka powinna była minąć już w okolicach maja br.

Mój „wskaźnik wyprzedzający wskaźników wyprzedzających” czyli wskaźnik szerokości koniunktury gospodarczej w krajach OECD+BRIICS sugeruje dla odmiany dołek spowolnienia w czerwcu br.

Oczywiście w świetle arbitralnych decyzji administracji USA w sprawie różnych handlowych potyczek również tych wskazań nie można traktować jak wyroczni.

Economic Sentiment Indicator dla Polski silnie koreluje z dynamiką PKB, ale przy braku jakiegokolwiek wyprzedzenia.

Takie wyprzedzenie – wynoszące pół roku – pojawia się jednak – za cenę spadku korelacji – gdy kilkadziesiąt takich wskaźników dla krajów UE wykorzystany do stworzenia indeksu „szerokości” koniunktury gospodarczej w krajach UE. Na razie wskaźnik ten ustanowił dołek w kwietniu, co sugeruje dno spowolnienia w naszym kraju w okolicach października b.r.

Na koniec tego przeglądu Early Warning Signal Risk Index dla Polski, który dość dynamicznie już rośnie sugerując, że dno spowolnienia powinno było wypaść już w kwietniu, a więc wielkiego zagrożenia jego pogłębianiem w drugim półroczu nie ma.

Jednak zachowanie wskaźnika „szerokości” globalnej koniunktury gospodarczej opartego na takich wskaźnikach dla 20 różnych rynków „wschodzących” (dającego aż 11 miesięczne wyprzedzenie w stosunku do dynamiki polskiego PKB, oczywiście za cenę niezbyt wysokiej korelacji) sugeruje, że polska gospodarka powinna minąć dno cyklicznego spowolnienia dopiero na przełomie tego i następnego roku.

Chyba z powyższego trudno wyciągnąć jakąś bardziej jednoznaczną konkluzję.

Ja spróbuję sprawdzić – może jutro? – czy jeśli chodzi o dynamikę PKB, to można dopatrzyć się w Polsce jakiegoś efektu wyborczego. Można spekulować, że rządy odczuwają pokusę „przesuwania” koniunktury na okres przedwyborczy („zabierając” ją z okresu po wyborach). Ciekawe czy dane potwierdzą zachowanie takiego zjawiska w naszym kraju. Z drugiej strony ze względu na wybory prezydenckie w 2020 roku, nawet jeśli taki efekt występował w przeszłości, to w obecnym cyklu wyborczym może wystąpić w bardziej ograniczonym sposób.

Podsumowanie: projekcja dynamiki PKB w obecnym cyklu uzyskana przez uśrednienie przebiegu 5 poprzednich cykli sugeruje kolejną falę spowolnienia gospodarczego pomiędzy lipcem br. a lutym/majem przyszłego roku. Zachowanie różnych wskaźników wyprzedzających koniunktury – sugerujących dosyć rozbieżne terminy dna cyklicznego spowolnienia niestety chyba nie pozwala zweryfikować tej hipotezy.

Daje nam przykład Tajlandia?

Indeksy niektórych wchodzących rynków akcji nie wytrzymują już napięcia wytwarzanego przez spadające długoterminowe stopy procentowe i rosnące wskaźniki wyprzedzające globalnej koniunktury gospodarczej i przełamując kluczowe opory wybijają się w górę. Tak się stało w Tajlandii:

Taki sam sygnał napłynął z tamtejszego rynku walutowego:

Zapewne o takim a nie innym zachowaniu tajskiego rynku decydują jakieś specyficzne lokalne lub regionalne czynniki (kraj jest np. beneficjentem amerykańsko-chińskiej wojny handlowej), które niekoniecznie dotyczą Polski. Jednak takie a nie inne zachowanie tego rynku wschodzącego może stanowić dla nas wstępne ostrzeżenie, że cykliczna hossa na rynku akcji i lokalnej walucie może się zbliżać również do nas.

Podsumowanie: od dołka WIG-u ze stycznia 2016 minęło już 41 miesięcy, a najdłuższy cykl hossa-bessa na GPW trwał 45 miesięcy, więc do października ciągle się może wydarzyć coś co ceny naszych akcji jest raz przygnie do dołu (jakiś mały Chinageddon, amerykański odwet na Iranie za ostatnie zestrzelenie drona itp.), ale zachowanie cen akcji i walut Tajlandii sugeruje, że obecne warunki finansowe na świecie zaczynają powoli sprzyjać przynajmniej niektórym rynkom wschodzącym.

Czas na cykliczną hossę na rynku obligacji skarbowych się kończy

Tak sobie myślę, że od czasu, kiedy dzięki „rewolucji łupkowej” USA prawie dwukrotnie zwiększyły swoją produkcję ropy naftowej, władze tego kraju muszą codziennie zmagać się z pokusą wywołania jakiejś wojny na Bliskim Wschodzie, która zablokowałaby eksport ropy z Zatoki Perskiej. Pozwoliłoby to być może Stanom Zjednoczonym sprawdzić, jak sobie radzą podduszone w ten sposób Chiny i UE (ale przy okazji też tacy sojusznicy USA czyli Japonia i Korea Południowa).

Oczywiście byłaby to ryzykowana zabawa, bo gdyby wskazywać najważniejszy pojedynczy czynnik zdolny do wywołania recesji w gospodarce USA, to był nim „szok naftowy” (taki jak ostatnio ropa po prawie 150 dolarów w lipcu 2008, a więc na 2 miesiące przed bankructwem Lehman Brothers).

No i geopolitycznie taki scenariusz byłby wątpliwy – szczególnie z polskiego punktu widzenia – bo umacniałby pozycję Rosji (tak jak ją umocniły wojny USA w Afganistanie i Iraku).

Ale oczywiście scenariusza jakiegoś konfliktu USA z Iranem nie można wykluczyć, bo ostatnia seria ataków na tankowce w Zatoce Perskiej i zestrzelenie przez Iran amerykańskiego drona szpiegowskiego świadczy o silnym wzroście napięcia w regionie.

Jak dla mnie to, ten wzrost niepokojów w okolicach Zatoki Perskiej nastąpił ciut przedwcześnie, bo do mojego celu na ropie wyznaczonego w komentarzu sprzed miesiąca („Punkt „G” ropy i dolara„) zabrakło nieco ponad dolara.

Z mojej perspektywy jakaś krótkotrwała akcja militarna USA przeciw Iranowi (do której, jak się wydaje, popychają Stany Zjednoczone ich bliskowschodni sojusznicy czyli m. in. Arabia Saudyjska i Izrael) byłaby eleganckim zwieńczeniem obecnego cyklu. Można sobie wyobrazić, że wzrost ryzyka geopolitycznego wypchnąłby ceny obligacji skarbowych w USA na nowe rekordy (ale zaraz potem być może zaczęłyby spadać martwiąc się perspektywą wzrostu inflacji wskutek wzrostu cen ropy, który by zapewne nastąpił). Być może rynki akcji by się pewnie początkowo przestraszyły spadających bomb i ryzyka wstrzymania dostaw ropy, ale można sobie wyobrazić, że niedługo później zaczęłyby się selektywnie cieszyć perspektywą pojawienia się impulsu inflacyjnego.

Ponieważ jednak z perspektywy Zielonego Ursynowa trudno coś mądrego powiedzieć na temat decyzji politycznych i militarnych, które niebawem zapadną albo i nie zapadną w odległych krainach, to zwróćmy się do tradycyjnych metod, których stosowanie nie wymaga większej wiedzy o bieżących machinacjach polityków.

Akcje na rynkach wschodzących to tradycyjnie „ryzykowana” klasa aktywów, a obligacji rządu USA klasa aktywów „bezpieczna”. Nic dziwnego więc, że prawie zawsze początek cyklicznej bessy na wschodzących rynkach akcji w ramach cyklu Kitchina prędzej czy później przekładał się na cykliczną hossę na rynkach obligacji skarbowych w krajach rozwiniętych (kapitał uciekał od ryzyka do bezpieczeństwa).

Na poniższym obrazku na wykresie MSCI Emerging Markets Index pionowymi liniami zaznaczyłem cykliczne szczyty hossy na wschodzących rynkach akcji z okresu minionych 30 lat.

Jak widać za wyjątkiem kwietnia 2004 w każdym przypadku kupując w takim cyklicznym szczycie MSCI EM Index amerykańskie 10-latki można było w perspektywie następnych kilku kwartałów zarobić (rentowności obligacji spadały).

W obecnym cyklu przejście rentowności do fazy spadkowej trochę potrwało (od stycznia 2018, gdy zaczęła się bessa na EM, do października 2018, gdy zaczęła się hossa na obligacjach), ale ostatecznie rentowności spadły w istotny sposób.

Uśrednijmy sobie 8 ścieżek rentowności wokół cyklicznych szczytów hossy na wschodzących rynkach akcji od 1990 roku, by zobaczyć kiedy średnio później kończyła się hossa na rynkach obligacji.

Okazało się, że gdyby obecna hossa na amerykańskich 10-latkach miała być „typowa” to powinna kulminować już za 6 sesji.

Podsumowanie: oczywiście do uzyskane wyniku nie należy się zbytnio przywiązywać, bo przewidzenie krótkoterminowych ruchów rynku jest bardzo trudne, ale sugeruje on, że posiadacze obligacji skarbowych powinni obecnie myśleć o próbach ich sprzedaży po korzystnych cenach i – zgodnie z logiką cyklu koniunkturalnego – przeniesieniu ciężaru własnych portfeli bardziej w stronę akcji.

Kto pierwszy odpadnie z rajdu: złoto, obligacje skarbowe czy akcje?

Po zapoznaniu się z wynikami ostatniego posiedzenia FOMC można dojść do wniosku, że FED jest znacznie mniej gołębi niż by tego oczekiwał rynek pieniężny. Co prawda mediana oczekiwanej przez członków FOMC w 2020 roku wysokości oprocentowania funduszy federalnych spada w 2020 roku do przedziału 2-2,25 proc. (z tegorocznego 2,25-2,5 proc.), ale rynek oczekuje w przyszłym roku stóp poniżej 1,5 proc.

Patrząc na kropki (pokazujące oczekiwany poziom stóp FED) dla 2020 roku widać, że wśród 17 członków Federalnego Komitetu Otwartego Rynku jest 7 zdeklarowanych „gołębi” i 2 „gołębie” umiarkowane, 1 agresywny „jastrząb” i dwóch umiarkowanych oraz 5 osób neutralnych/niezdecydowanych. Czyli gołębie mają przewagę, ale to nie jest chyba dominacja, która by gwarantowała spełnienie oczekiwań rynku, który szacuje prawdopodobieństwo cięcia stóp w lipcu aż o 50 punktów bazowych na 38,5 proc., a obniżki o ćwiartkę punku na 61,5 proc.

Zapewne FOMC ugnie się w lipcu przed rynkiem i obniży stopy, ale uwzględniając oczekiwania członków FOMC co do przyszłego poziomu stóp FED w dużej mierze zredukuje to dalszy potencjał spadkowy stóp. Łagodzenia polityki pieniężnej w sytuacji, gdy stopa bezrobocia w USA znajduje się na półwiecznym minimum, a ceny akcji są przy rekordowo wysokich poziomach jest z pewnością kontrowersyjną decyzją (chociaż oczywiście usprawiedliwia ją ostatni wzrost prawdopodobieństwa recesji w gospodarce Stanów Zjednoczonych).

Tak czy siak ze wzrostu oczekiwań na złagodzenie polityki pieniężnej cieszyły się w ostatnim okresie różne klasy aktywów: S&P 500 wyszedł wczoraj na nowy historyczny szczyt, ceny obligacji ustanawiały w ostatnich dniach cykliczne minima rentowności, a złoto wyszło na 5-letni szczyt.

To dosyć nietypowa sytuacja, więc sprawdźmy sobie kiedy w przeszłości w ciągu miesiąca równocześnie S&P 500 i złoto ustanawiały przynajmniej 2-letnie maksima a cena kontraktu na 30-letni rządu USA wychodziła na przynajmniej roczny szczyt. Okazuje się, że taka sytuacja zdarzyła się w przeszłości jedynie 3-krotnie: w sierpniu 1993, styczniu 1996 oraz lipcu 2016.

Zróbmy sobie ze ścieżek ceny złota, ceny kontraktu na 30-latki oraz S&P 500 projekcje trajektorii cen tych instrumentów w ciągu najbliższych 2 lat:

Jak widać pierwsze dwie projekcje sugerują, że równoczesna hossa na złocie i na obligacjach skarbowych są raczej nie do utrzymania na dłuższą metę – projekcja dla złota już minęła swój szczyt, a projekcja ścieżki cen 30-latek rządu USA minie go za niecałe 3 tygodnie. Trzecia projekcja sugeruje, że obecne sytuacja nie powinna stanowić jakiegoś poważniejszego zagrożenia dla rynku akcji w Stanach Zjednoczonych.

Tak sobie myślę, że ostatnie wyjście ceny złota na ponad 5-letnie maksimum stanowi sygnał ostrzegawczy dla FED i powodować będzie większą niż tego oczekuje rynek pieniężny ostrożność przy łagodzeniu polityki pieniężnej. FED już raz po 2000 roku wypuścił demona inflacji z butelki i skończyło się to w latach 2007-2009 roku Wielką Recesją. Wtedy złoto wyszło po raz pierwszy na 5-letnie maksimum w grudniu 2002. W poprzednim cyklu pokoleniowym 5-letnie szczytu złota zaczęły się pojawiać na początku lat 70-tych po rozpadzie systemy z Bretton Wood i też skończyło się to w 1974 roku pokoleniowym kryzysem finansowo-gospodarczym.

Innymi słowy wydaje się, że FED może się znaleźć pomiędzy Scyllą grożącej w przyszłym roku recesji (a więc powinien obniżać stopy), a Charybdą uruchomienia jak w latach 70-tych i 2000-nych silnego impulsu inflacyjnego (więc powinien stopy podnosić). Moim zdaniem przekładać to się będzie raczej na stabilizację stóp niż na jakieś silne i długotrwałe ruchu.

Podsumowanie: powyżej przedstawione 3 historyczne sygnały wygenerowane gdy w przeciągu miesiąca S&P 500 i złoto robiły 2-letnie szczyty, a cena kontraktu na 30-letnie obligacje skarbowe ustanawiały roczne maksimum stanowią argument za tym, z obecnego wyścigu ku szczytom najpierw powinno odpaść złota, a zaraz później obligacje skarbowe, a w średnim terminie zwycięzcą zostaną akcje.