To chyba nie koniec gospodarczego spowolnienia

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią Agora zamknęła blox.pl, a więc również mój stary blog. R.I.P. Przepadły w ten sposób wszystkie komentarze, które aktywni czytelnicy umieszczali tam w ciągu minionych 11 lat. Szkoda. Będę próbował ten wózek pchać nadal w tym miejscu, chociaż uczciwie mówiąc biorąc pod uwagę moje przywiązanie do Macrobonda, to na dłuższą metę trochę zbyt kosztowne dla mnie hobby.

Ale dość marudzenia.

W marcu realna zmiana roczna sprzedaży detalicznej w naszym kraju spadła do zaledwie +1,8 proc. czyli najniższego poziomu od prawie 4 lat.

Ekonomiści uzasadnili te słabe dane czynnikami sezonowymi (terminem Wielkanocy i liczbą handlowych niedziel). Wartość mojego – nie uwzględniającego czynników sezonowych – prostego modelu rocznej dynamiki PKB w Polsce spadła w rezultacie w marcu do poziomu, który – uwzględniając dane ze stycznia i lutego – sugeruje, że w I kw. br. PKB był wyższy niż rok wcześniej o ok. +4,5 proc. w porównaniu do +4,9 proc. w IV kw. ub. r. Wydaje się wiec, że łagodne spowolnienie gospodarcze było kontynuowane w I kw. br.

Przebieg 5 pełnych cykli Kitchina w okresie od 1999 roku pozwala na stworzenie projekcji „typowego” przebiegu tego podstawowego cyklu gospodarczego w polskiej gospodarce.

Widać, że obecny cykl jest generalnie słabszy od tej opartej na doświadczeniach z lat 1999-2016 projekcji. Wartość mojego modelu rocznej dynamiki PKB w obecnym cyklu była od jego dołka z lipca 2016 średnio niższa od wartości projekcji o 0,44 pkt. proc. Uwzględniając tę poprawkę dostajemy poniższą projekcję rocznej dynamiki PKB w ciągu najbliższych ponad 3 lat.

Projekcja ta sugeruje, że w okresie od lipca br. do lutego-maja 2020 nadejdzie w naszym kraju druga fala cyklicznego spowolnienia gospodarczego. Teza to kontrowersyjna, bo sytuacja panująca od końca grudnia na światowych rynkach akcji sugeruje, że niebezpieczeństwo wiszące nad światową gospodarką już przeminęło, a wiec 5-6 miesięcy po początku wzrostu cen akcji (czyli jeszcze wiosną) można oczekiwać pojawienia się objawów ożywienia w realnej gospodarce. Po drugie porcja kiełbasy wyborczej rozdawanej już teraz przez rząd (typu 13-ta emerytura) powinna odchylić trajektorię wzrostu gospodarczego w górę.

Ale można wskazać inny argument przemawiający za przedłużeniem okresu spowolnienia. Jest nim zachowanie publikowanych przez Eurostat dla krajów UE wskaźników typu Economic Sentiment Indicator.

Taki wskaźnik dla Polski charakteryzuje się wysokim współczynnikiem korelacji ze zmianą PKB w naszym kraju (0,75) jednak przy braku wyprzedzenia w stosunku tempa wzrostu gospodarczego. W kwietniu wartość tego wskaźnika nadal spadała.

Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę zachowanie 25 takich wskaźników dla krajów UE, dla których dostępna jest przynajmniej 20-letnia historii i zrobimy z nich wskaźnik „szerokości” koniunktury gospodarczej w UE, to otrzymamy narzędzie, które wyprzedza dynamikę PKB w Polsce o średnio 6 miesięcy. Ten wzrost wyprzedzenia następuje jednak za cenę znaczącego spadku wartości współczynnika korelacji (do 0,4).

Wartość tego wskaźnika „szerokości” koniunktury gospodarczej w UE spadła w kwietniu do nowego dołka i najniższego poziomu od października 2012.

Uwzględniając półrocze wyprzedzenie daje to sugestię przedłużenia obecnego cyklicznego spowolnienia gospodarczego w naszym kraju do przynajmniej października br.

Oczywiście być okaże się, że rzeczywista koniunktura gospodarcza UE okaże się ostatecznie lepsza niż to sugeruje zachowanie tego wskaźnika lub też lokalne czynniki działające w Polsce – „kiełbasa wyborcza” itp. – okażą się silniejsze niż ta zależność, nawet gdyby miała się potwierdzić.

Podsumowanie: wskaźnik „szerokości” koniunktury gospodarczej w krajach UE, który w przeszłości wyprzedzał dynamikę PKB w Polsce o średnio 6 miesięcy spadł w kwietniu do najniższego poziomu od października 2012. Można to potraktować jako argument za przedłużeniem obecnego spowolnienia gospodarczego, a przynajmniej za tym, że ożywienie gospodarcze nawet jeśli zacznie się już w II kw., to nie będzie początkowo zbyt silne.

Po ile CO2?

Podejdźmy teraz do wczorajszego tematu nieco bardziej cynicznie zakładają bezpodstawnie, że te ostatnie organizowane w różnych krajach Europy szkolne protesty i manifestacje w obronie klimatu pozostają w jakimś tam związku z planami dużych spekulantów zamknięcia długich pozycji na rynku kontraktów praw do emisji dwutlenku węgla. Spróbujmy rozszyfrować domniemane plany tych hipotetycznych graczy.

Cena kontraktów na prawa do emisji CO2 osiągnęła ostatnio poziom 27,45 euro za tonę. Jest to poziom bardzo bliski trzem historycznym maksimom cen z 2005 roku (29,1 euro), 2006 roku (29,8 euro) i 2008 roku (29,33 euro).

Jak widać strefa 29-30 euro wydaje się być bardzo istotnym oporem i „na oko” dobrym miejsce do uformowania jakiegoś istotnego szczytu w najbliższym czasie.

Warto również zwrócić uwagę, że cena kontraktu przebyła już prawie całą drogę sugerowaną przez rozmiary konsolidacji z lat 2012-2017.

Dołek z 2013 roku to 2,7 euro, dwa szczyty z 2012 roku to 9,28 euro i 9,07 euro a szczyt z 2015 roku to 8,67 euro, więc za cel ruchu po wybicia z formacji konsolidacji, które nastąpiło na początku 2018 roku, można uznać strefę 27,8-31,9 euro.

Moment wybicia z w górę z formacji konsolidacji to elliottowska 3-cia w 3-ciej w 3-ciej (moment, gdy prędkość ruchu jest zwykle największa). To sugeruje, że wzrost 2013-2015 to była elliottowska 1-ka całej sekwencji, a spadek 2015-2016 fala 2-ga. To sugeruje, że od dołka z 2016 roku trwa elliottowska 3-ka, która od listopada ub. r. powinna być w swojej ostatniej 5-tej podfali.

Zajmijmy się teraz czasem. Jeśli moje oznaczenie 3-ciej w 3-ciej w 3-ciej jest poprawne, to jej środek powinien wyznaczać środek symetrii całej struktury. To mniej więcej 6 marca 2018 roku (patrz powyższy obrazek).

Przyszłość po minięciu przez wykres tego środka symetrii powinna być mniej więcej odbiciem przeszłości w symetrii środkowej względem tego punktu. To sugeruje koniec dużej 3-ki dopiero na początku września br. Z drugiej strony sekwencja 1-2 w dużej 3-ce trwała 8 miesięcy (wrzesień 2016-maj 2017), więc chciałbym, że sekwencja 4-5 też była podobna, co sugeruje szczyt dużej 3-ki już w maju. Krakowski targiem przyjąłem dwa szczyty w ramach domniemanej formacji klina tworzącej ostatnią 5-tą falę dużej 3-ki. Ponieważ lubię jak 4-ka jest symetryczna do 2-ki, a duża 2-ka (październik 2015-wrzesień 2016) miała -55 proc. i trwała 11 miesięcy, to dalszy ciąg nabazgrolił mi się już sam.

Podsumowanie: w okolicach strefy 29-30 euro na wykresie cen kontraktu na prawa do emisji CO2 znajduje się silny historyczny opór. Można sobie wyobrazić, że po osiągnięciu w okresie maj-wrzesień tego oporu na rynku tych kontraktów do lata 2020 rozegra się silna korekta spadkowa podobna w charakterze do 55 proc. korekty z lat 2015-2016.

Cykle Milankowicza a antropogeniczny wzrost stężenia CO2

W marcu dzieci miały iść na wagary w proteście przeciwko bezczynności polityków w kwestii zmian klimatycznych. W minioną sobotę działacze „Extinction Rebellion” mieli coś blokować w Polsce:

„Mają za to jeden cel: przekonać społeczeństwo, że jeśli nic nie zrobimy, to wymrzemy.”

Wymieranie nie jest kwestią bezpośrednio związaną z tematyką mojego bloga, choćby dlatego, że zauważalne konsekwencje zmian klimatu pojawiają się w horyzontach czasowych raczej dłuższych niż perspektywa typowego spekulanta. Postanowiłem jednak zmarnować jeden wpis na blogu na ten temat głównie dlatego, że poczesną rolę odgrywają w nim cykle, co dla mnie – jako dla cyklisty – czyni tę kwestię interesującą.

Mam na myśli tzw. cykle Milankowicza, które zgodnie z obecnym konsensusem są głównym mechanizmem generującym występujące po sobie naprzemiennie okresy glacjałów i interglacjałów w obrębie obecnej epoki lodowcowej:

„Cykle Milankovicia – periodyczne zmiany parametrów orbity ziemskiej, obejmujące ekscentryczność i nachylenia ekliptyki oraz precesję.
Okresy glacjałów pokrywały się z cyklem 41 tys. lat a obecnie 100 tys. lat.
Opisane przez serbskiego naukowca Milutina Milankovicia są uważane za dominujący mechanizm paleoklimatyczny, gdyż łączny wpływ trzech z nich może w niektórych punktach wpłynąć na zmniejszenie nasłonecznienia o 10% od wartości średniej. Ekscentryczność, nachylenie ekliptyki i precesja orbity Ziemi zmienia się i odpowiada prawdopodobnie za cykle epok lodowcowych z okresem 100 tys. lat w czwartorzędzie.”

Generowana przez cykliczne zmiany parametrów ziemskiej orbity zmiany temperatury na Ziemi wyglądały ostatnio bardzo regularnie produkując kolejne glacjały i interglacjały co mniej więcej 100 tys. lat. Od kilkunastu tysięcy lat żyjemy w obrębie obecnego interglacjału. Tego obecnego ocieplenia nie przetrwały m.in. mamuty.

Jak widać ocieplenie ostatnich 20 tysięcy lat nadeszło wtedy, kiedy miało nadejść i osiągnęło typową skalę. Gdyby wszystko miało być tak jak zawsze (założenie cyklistów/konserwatystów), to po obecnym ociepleniu przyjdzie – raczej prędzej czy później kolejne ochłodzenie klimatu, które z czasem zaowocuje kolejnym glacjałem (Warszawę przykryje lodowiec i stolicę Polski trzeba będzie przenieść gdzieś na południe). Ostatni glacjał – zlodowacenie północnopolskie – zaczął się u nas 115 tys. lat temu, więc można nawet powiedzieć, że kolejny glacjał jest już trochę spóźniony.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ten wykres:

Wynika z niego, że stężenie dwutlenku węgla w atmosferze w ostatnim okresie zdecydowanie przekroczyło poziomy ze szczytów ostatnich interglacjałów, o których naukowcy wnioskują badając antarktyczne rdzenie lodowe. Efekt cieplarniany, który ten – zapewne spowodowany przez spalanie przez ludzi węglowodorów – wzrost stężenia dwutlenku węgla wywoła, spowoduje, że się niebawem wszyscy się stopniowo ugotujemy. To znaczy część ludzi jakoś tam pewnie przeżyje wywołany zmianami klimatu następny okres „wędrówek ludów” , ale większość gatunków nie będzie w stanie dostosować się do błyskawicznej zmian klimatu i rzeczywiście wymrze (jak te mamuty poprzednio).

Innymi słowy – jak głoszą antycykliści/postępowcy – znowu żyjemy w „czasach ostatecznych”.

Sprawy są niezwykle skomplikowane, bo w rzeczywistości stężenie dwutlenku węgla zmienia się z 1000-letnim opóźnieniem w stosunku do zmian temperatury.

However, when you look closer, CO2 actually lags Antarctic temperature changes by around 1,000 years. While this result was predicted two decades ago (Lorius 1990), it still surprises and confuses many. Does warming cause CO2 rise or the other way around? In actuality, the answer is both.

Czyli może stężenie CO2 rośnie reagując z opóźnieniem na naturalny wzrost temperatury z przeszłości?

Jeśli jednak – a tak chyba wygląda obecnie naukowy konsensus – ostatni wzrost stężenia CO2 ma charakter antropogeniczny (spowodowany działalnością człowieka), to mamy do czynienia z istotnym zaburzeniem, które nie występowało w przeszłości, a to sugeruje, że dotychczasowa cykliczność powinna ulec zakłóceniu i zamiast kolejnego glacjału dostaniemy niespodziewane zabójcze ocieplenie. Innymi słowy lodowiec wcale nie przykryje Warszawy, natomiast morze pochłonie Trójmiasto, a w Warszawie będą rosły prawdziwe palmy a nie plasticzane.

Z drugiej strony w szczycie ostatniego interglacjału 125 tys. lat temu w Tamizie pływały hipopotamy. To sugeruje, że mamy jeszcze trochę miejsca na „normalne” cykliczne ocieplenie klimatu, które wcale nie przekształci się w globalną katastrofę.

Sprawa jest bardzo ciekawa sama w sobie, ale zapewne niezwykle trudna do oceny dla „ciemnego luda” (w tym wyżej podpisanego) raczej niezdolnego do rozsądnego wybrania wiarygodnego autorytetu, którego opinię można by bezpiecznie powielić (nie mówiąc już o samodzielnej ocenie problemu).

Tu wkraczają wielkie interesy i opłacani przez nie politycy. Wyobrażam sobie, że generalnie „stare pieniądze” związane z przemysłem wydobywającym i spalającym węglowodory (ropa i gaz, a u nas „wungiel”) finansują prawicę kwestionującą realność zmian klimatycznych lub możliwość wpływania na nie, zaś „nowe pieniądze” finansują lewicę straszącą nadchodzącą zagładą, jeśli nie ludzkość nie podejmie natychmiastowych działań (tzn. przestawi natychmiast na odnawialne źródła energii).

Wydaje się, że Polska jako kraj stojący „wunglem” i nie mający jakichś atrakcyjnych alternatyw dla niego, nie jest generalne zbytnio zainteresowana podejmowaniem tematyki zmian klimatycznych. Ponieważ jednak – jak pokazują choćby demonstracje, o których wspomniałem na początku – temat robi się na świecie coraz bardziej popularny, to chyba coraz trudniej będzie przychodzić politykom unikanie go.

Podsumowanie: naturalne cykle zmian parametrów orbity Ziemi (tzw. cykle Milankowicza) tłumaczyły w przeszłości w dużej mierze cykliczne zmiany klimatu w czwartorzędzie. Spowodowany najprawdopodobniej spalaniem przez ludzi węglowodorów trwający silny wzrost stężenia dwutlenku węgla w atmosferze powyżej poziomów, które na podstawie badań antarktycznych rdzeni lodowych może przypisać poprzednim interglacjałom, sugeruje jednak, że ta naturalna cykliczność ulegnie niebawem zaburzeniu i na Ziemi dojdzie do ocieplenia klimatu o katastrofalnych konsekwencjach dla biosfery i ludzkości.

Zbliża się wzrost zmienności na rynku walutowym?

Z dużymi oporami ale jednak EUR/USD dostosował się do sugestii sprzed 4 tygodni („Czy obligacje pociągną dolara?„) i wyszedł na nowe 22-miesięczne minimum. Marcowa „luka” względem rentowności obligacji skarbowych została w dużej mierze zamknięta, więc ten argument za umocnieniem dolara względem euro można już chyba uznać za zużyty.

Warto zwrócić uwagę na znaczący spadek zmienności, do którego doszło ostatnio na rynku walutowym. Równie niska co obecnie miesięczna średnia FX Euro Volatility Index była w okresie minionych 12 lat jedynie dwukrotnie: latem 2014 i latem 2007.

W obu przypadkach po takim spadku zmienności w przeciągu następnych 3 kwartałów dochodziło do bardzo silnego ruchu EUR/USD o 25-30 centów. W latach 2014-15 dolar się silnie umacniał, w latach 2007-2008 – silnie osłabiał. Który kierunek EUR/USD wybierze teraz? Można znaleźć argumenty za obu wersjami (patrz „EUR/USD najniżej od 17 miesięcy„, „Kiedy sprzedać dolary?„, „Euro słabnie po ogłoszeniu przez ECB trzeciej rundy TLTRO„, „Nerwowo na dolarze„, „Kiedy szczyt dolara w ramach cyklu Kitchina?„). Osobiście myślę, że na razie bezpieczniej jest trzymać się
– przynajmniej do czasu wyborów do parlamentu europejskiego za miesiąc? – dominującego od 15 miesięcy trendu, licząc na to, że z dolara w domniemanej końcówce tego trendu da się jeszcze coś wycisnąć.

Podsumowanie: kurs EUR/USD kontynuował rozpoczętą w styczniu 2018 cykliczną zniżkę. Spadek w ostatnim miesiącu średniej wartości FX Euro Volatility Index do wartości równie niskich co latem 2014 i latem 2007 sugeruje wzrost prawdopodobieństwa powrotu dużej zmienności na rynku walutowym w najbliższych miesiącach.

Kontrariańskie ostrzeżenie dla akcji producentów gier na GPW

Z kontrariańskiego punktu widzenia osiągnięcie przez dany sektor z GPW popularności i znaczenia prowokujących giełdę do podjęcia decyzji o stworzenia indeksu sektorowego powinno być sygnałem bliskości końca relatywnej siły danego sektora. Sprawdźmy, czy tak było w rzeczywistości.

Pierwsze 5 indeksów sektorowych GPW wprowadziła pod koniec 1998 roku (tu można znaleźć historię indeksów). WIG-banki, WIG-budownictwo, WIG-informatyka, WIG-spożywczy i WIG-telekomunikacja potraktuję więc zbiorczo. Na poniższym wykresie widać uśrednione zachowanie względnej siły tych indeksów sektorowych wobec WIG-u wokół 31 grudnia 1998 roku. Wygląda to generalnie paskudnie (na poziomych osiach poniższych wykresów są liczby sesji):

Ale może losy siły nowych indeksów sektorowych stwarzanych na GPW w kolejnych latach wyglądały lepiej? Pierwszym był WIG-media z końca 2004 roku. Sektor wszedł w „terminalne” osłabienie w 5 miesięcy po debiucie indeksu.

Rok później na GPW zadebiutował WIG-paliwa. Tu osłabienie względem reszty rynku zaczęło się natychmiast.

Podobnie było z WIG-nieruchomości, który zadebiutował w czerwcu 2007 na miesiąc przed szczytem globalnej hossy napędzanej boomem na rynku nieruchomości.

Względna siła WIG-chemia, który zadebiutował tuż po upadku Lehman Brothers, też na dzień dobry spadła o 35 proc., chociaż tu po dwu latach nadszedł początek wieloletniego umocnienia sektora wobec reszty rynku.

Losy względnej siły WIG-energetyka po jego debiucie pod koniec 2009 roku też trudno uznać za zachęcające.

Znacznie lepiej radził sobie przez pierwsze 2 lata wprowadzony pod koniec 2010 roku WIG-górnictwo (brak mi pierwszych 2 miesięcy historii indeksu).

Na następne 3 indeksy sektorowe czekaliśmy kolejne 6 lat. WIG-odzież był nieco silniejszy od WIG-u w okresie minionych ponad 2 lat, WIG-leki nieco słabszy, a WIG-motoryzacja wyraźnie słabszy.

Uśredniając zachowanie względnej siły tych 8 indeksów sektorowych, które debiutowały po 1998 roku (pominąłem WIG-górnictwo, gdzie brak mi danych na temat pierwszych dwu miesięcy historii indeksu) otrzymujemy następujący wzorzec zachowania siły indeksu sektorowego względem rynku po debiucie:

No cóż wygląda to jednoznacznie: typowym zachowaniem indeksu sektorowego po jego debiucie na GPW jest osłabienie o ponad 20 proc. względem całego rynku (WIG-u) w ciągu następnych ponad 2 lat.

Na razie WIG-games, który na GPW zadebiutował 18 marca br. niewiele sobie nie robił z tej ponurej statystyki i przez pierwsze 2 tygodnie umacniał się względem WIG-u.

Historia losów 14 jego poprzedników stanowi jednak dosyć jednoznacznie ostrzeżenie, że ten sektor mógł już minąć swoje apogeum popularności. Ponieważ indeks jest zdominowany przez CD Projekt, który ma w nim ponad 40 proc. udział, a na przyszłe losy kursu akcji tej spółki zapewne decydujący wpływ będzie miała skala sukcesu gry Cyberpunk 2077, więc historyczne prawidłowości mogą tu oczywiście zawieść. Ale oczywiście wymowa powyższych wykresów jest jednoznacznie ostrzegawcza.

Podsumowanie: w przeszłości generalnie dobrym pomysłem było trzymanie się z daleka od akcji spółek z sektorów, które właśnie dochrapały się na GPW swojego indeksu.

Kolejny globalny szczyt cen nieruchomości za 4-5 lat?

W ramach cyklu Kuznetsa indeks cen nieruchomości w krajach OECD (w cenach stałych) ustanawiał istotne szczyty w II kw. 1974 roku, w III kw. 1990 oraz w II kw. 2007. To daje 16,5 roku jako średnią długość dwu ostatnich cykli. Odkładając ten okres od II kw. 2007 czyli od daty ostatniego globalnego szczytu cen nieruchomości trafiamy w okolice IV kw. 2023 roku. Nie jest to oczywiście mocna przesłanka, ale zakładając, że obecny cykl będzie jakoś podobny do dwu poprzednich, to wtedy – za ok. 4,5 roku – powinniśmy rozglądać się za szczytem podobnej klasy.

„Projekcja” trajektorii indeksu cen nieruchomości w krajach OECD (w cenach stałych) uzyskana przez uśrednienie jego zachowania po szczytach z 1974 i 1990 roku sugeruje kolejny szczyt w III kw. 2023 roku na poziomie o jedną czwartą wyższym niż w IV kw. 2018, ale oczywiście wiarygodność projekcji opartej na zaledwie dwu historycznych przypadkach jest umiarkowana.

Tradycyjnie ustanowienie takiego szczytu cen nieruchomości w ramach cyklu Kuznetsa powinno być poprzedzone silnym wzrostem cen surowców (które są potrzebne do budowy domów), wzrostem tempa inflacji pieniądza oraz globalną zwyżką wysokości stóp procentowych.

Podsumowanie: na podstawie długości dwu ostatnich cykli Kuznetsa na rynku nieruchomości w krajach OECD można szacować, że następnego globalnego szczytu cen nieruchomości można oczekiwać za 4-5 lat.

Najmniej od półwiecza nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA

W ciągu poprzednich 3 tygodni liczba składnych w USA nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych („initial jobless claims”) spadała kolejno do nowych najniższych poziomów od 1969 roku (204 tys., 197 tys. i 192 tys.). Z pewnością nie jest to sygnał sugerujący bliskość początku okresu wzrostu bezrobocia w Stanach Zjednoczonych czy też bliskość gospodarczej recesji.

Przyjmijmy pesymistyczne założenie, że obecny 50-letni rekord nie zostanie już w tym cyklu pobity, czyli właśnie minęliśmy cykliczne minimum tygodniowej liczby nowych wniosków o zasiłek. Na poniższym obrazku zaznaczyłem czerwonymi strzałkami okresy pomiędzy kolejnymi cyklicznymi dołkami „initial jobless claims” (styczeń 2006, kwiecień 2000, styczeń 1989, listopad 1978, styczeń 1973 oraz listopad 1968) a ostatnim miesiącem przed początkiem cyklicznego wzrostu wysokości stopy bezrobocia w USA (maj 2007, kwiecień 2000, marzec 1989, maj 1979, październik 1973 i maj 1969).

Odstępy czasowe pomiędzy tymi punktami cyklu wynosiły kolejno 16, 0, 2, 6, 9 i 6 miesięcy. Średnio daje to wyprzedzenie 6,5 miesiąca. Mediana z tych liczb to 6 miesięcy.

Innymi słowy nawet przyjmując pesymistyczne założenie, że okres spadku liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych jest już za nami, otrzymujemy sugestię, że stopa bezrobocia w USA rozpocznie cykliczny wzrost dopiero za ok. pół roku.

Według NBER kolejnej recesje w gospodarce USA rozpoczynały się w grudniu 2007, marcu 2001, lipcu 1990, styczniu 1980 (włączam w to recesję 1981-82), listopadzie 1973 oraz grudniu 1969 (patrz szare paski na poniższym obrazku). Jak widać odległości czasowe pomiędzy początkiem cyklicznego wzrostu stopy bezrobocia a początkiem recesji wynosiły odpowiednio 7, 11, 16, 8, 1 i 7 miesięcy. Średnia i mediana to 8 miesięcy. Nawet więc przy powyższym pesymistycznym założeniu przyjmując, że rzeczywiście stopa bezrobocia zacznie rosnąć od października br. (za 6 miesięcy) otrzymujemy sugestię, że recesja rozpocznie się dopiero ok. 8 miesięcy później czyli gdzieś w okolicach czerwca 2020.

Można przejść bezpośrednio od dat cyklicznych dołków „initial jobless claims” do dat początków recesji. Tu odstępy czasowe wynosiły kolejno 23, 11, 18, 14, 10 i 13 miesięcy. Średnia to 15 miesięcy, a mediana – 14 miesięcy.

Zakładając więc ostrożnie, że liczba nowych wniosków o zasiłek właśnie zakończyła spadek, otrzymujemy sugestię poszukiwania początku recesji w gospodarce USA w okolicach czerwca-lipca 2020. To ten sam wniosek co uzyskany chwilę wcześniej.

Najkrótszy odstęp pomiędzy minimum liczby wniosków o zasiłek a początkiem recesji wyniósł 10 miesięcy (w 1973 roku) i 11 miesięcy (lata 2000-2001). Czyli – na podstawie doświadczeń minionego półwiecza) recesja w USA „może” się rozpocząć najwcześniej od lutego 2020.

Ponieważ rynek akcji w USA zwykle zaczyna spadać dyskontując recesję w gospodarce na ok. pół roku przed jej początkiem („S&P 500 przed początkiem gospodarczej recesji„), to na podstawie historycznych rozważań dotyczących rynku prac w USA otrzymujemy wniosek, że – przy pesymistycznym założeniu, że liczba „initial jobless claims” już nie będzie dalej spadać – początek spadku cen na amerykańskim rynku akcji związany z przyszłą recesją w gospodarce odległy powinna być o 8 miesięcy. Oczywiście, jeśli sytuacja na rynku pracy w USA nadal się będzie poprawiać, to ten szacunkowy termin będzie się odsuwał w przyszłość.

Podsumowanie: liczba nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA ustanawiała w ostatnich 3 tygodniach 50-letnie minima. W przeszłości średni odstęp czasowym pomiędzy cyklicznym dołkiem „initial jobless claims” a początkiem wzrostu stopy bezrobocia wynosił średnio pół roku (mediana 6 miesięcy). Średni odstęp czasowy pomiędzy początkiem wzrostu stopy bezrobocia w początkiem recesji wynosił 8 miesięcy (mediana 8 miesięcy). Średnio odstęp czasowy pomiędzy dołkiem liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych a początkiem recesji wynosił 15 miesięcy (mediana 14 miesięcy; najkrótszy odstęp to 10 miesięcy). To sugeruje, że – zakładając typowe opóźnienia czasowe – początku następnej recesji w Stanach Zjednoczonych można oczekiwać najwcześniej w połowie 2020 roku (lub oczywiście później, jeśli sytuacja na tamtejszym rynku pracy będzie się nadal poprawiać).

Ropa versus gaz cd.

Pod koniec listopada przedstawiłem tu analogię pomiędzy ówczesną sytuacją na rynkach ropy naftowej i gazu a tą z grudnia 2000 roku („Ropa versus gaz jak w grudniu 2000„). Ta analogia okazała się bardzo produktywna: cena gazu (Henry Hub) niebawem załamała się tak jak od końca 2000 roku i wczoraj spadła na najniższy poziom od prawie 3 lat.

Ścieżka spadku ceny gazu była podobno do tej z 2001 roku, chociaż odbicie na ropie (WTI) okazało się mocniejsze niż ówczesna korekta.

Relacja ceny gazu (Henry Hub) i ceny ropy naftowej (WTI) spadła od końca listopada ub. r. o ponad 57 proc. W przeszłości takie załamania tego stosunku rozgrywające się w przeciągu mniej niż pół roku miały miejsce jedynie 4-krotnie. Takie jak ostatni sygnały pojawiały się po raz pierwszy w maju 2001, marcu 2006, marcu 2009 oraz marcu 2012.

W jednym przypadku (2012) do momentu zmiany trendu tej względnej siły było już jedynie 3 tygodnie, ale w pozostałych 3 przypadkach trend spadkowy kontynuowany był jeszcze przez odpowiednio ok. 4,5 miesiąca, ok. 6,5 miesiąca i ok. 5,5 miesiąca.

Podsumowanie: przedstawiona w listopadzie analogia ówczesnej sytuacji na rynku ropy i gazu okazała się bardzo użyteczna. Ryzyko zmiany trend oczywiście rośnie, ale możliwe do zaproponowania obecnie historyczne analogie (maj 2001, marzec 2006, marzec 2009 i marzec 2012) sugerują raczej większe prawdopodobieństwo kontynuacji trendu spadkowego względnej siły ceny gazu i ropy jeszcze przez kilka miesięcy.

Czy „pierwsza Grecja” jest już po kryzysie?

Już od końca 2015 roku przeciwnicy polityki prowadzonej przez obecny rząd ostrzegają, że prędzej czy później uczyni ona z Polski drugą Grecję. Przyszła mi w związku z tym następująca myśl: skoro wyznaczanie dla Polski różnych krajów do naśladowania („Polska drugą Japonią”, „Polska drugą Irlandią” itp.) najwyraźniej często szkodzi krajom, które zaczynamy podziwiać (kultura ludowa od zawsze zna to zjawisko: „była tu tako jedna, to jak co ji się podobało, to zaro łoziorała łocami i wszystko się psuło.„), to czy zjawisko odwrotne – wskazywanie krajów, których marne losy z przeszłości mają być dla nas ostrzeżeniem – nie powinno przekładać się na wzrost prawdopodobieństwa powrotu prosperity do tych krajów? Innymi słowy czy w tym przypadku Grecja nie ma czasem przed sobą dobrych czasów?

W ostatnich dniach rentowność 10-letnich obligacji rządu Grecji spadła do poziomu 3,29 proc. W przeszłości równie niska rentowność tych papierów obserwowana była jedynie we wrześniu 2005 roku.

Wtedy od momentu osiągnięcia przez inwestorów takiego jak obecnie poziomu zaufania do wypłacalności greckiego rządu do początku globalnego kryzysu minęły następne 2 lata.

Jeśli chodzi o grecki rynek akcji, to widać symptomy stopniowego odzyskiwania równowagi. O ile wysoka dynamika spadku tamtejszego indeksu z lat 2009-2012 potwierdzała słabość rynku, o tyle cykliczna bessa z lat 2014-2016, co prawda sprowadziła indeks do nowego 26-letniego dołka, ale jednak miała już znacznie mniejszą dynamikę. Cykliczna bessa rozpoczęta w 2015 roku miała do tej pory jeszcze mniejsze „momentum”. Wygląda to raczej obiecująca w dłuższej perspektywie.

Podsumowanie: czy – myśląc kontrariańsko – kraje, których losy podawane są w Polsce jako ostrzeżenie (tak jak to ma miejsce od jakiegoś czasu w przypadku Grecji), nie powinny wkraczać właśnie – po okresie ciężkiego kryzysu, który uczynił z nich negatywny przykład dla nas – w okres relatywnej prosperity?

Zapowiedź drugiego zaboru oszczędności emerytalnych Polaków

Można się pocieszać, że idzie ku lepszemu, bo poprzedni rząd przejął aż połowę oszczędności emerytalnych Polaków zgromadzonych w OFE, a obecny deklaruje, że gotów zadowolić się jedynie drobną prowizją 15 proc. z pozostałej połowy. Czyli obecny rząd jest 6,(66) razy mniej pazerny od poprzedniego.

Może kiedyś w przyszłości zasłużymy na rząd, który nauczy się trzymania swoich łapsk z daleka od oszczędności Polaków.

Względna siła polskiego rynku akcji wobec innych rynków „wschodzących” spada od bardzo dawna, więc trudno jednoznacznie obarczyć pierwszy rozbiór OFE ogłoszony latem 2013 i wykonany w lutym 2014 odpowiedzialnością za późniejszą słabość polskiego rynku.

Faktem jest jednak, że o ile sama zapowiedź zaboru oszczędności emerytalnych nie spowodowała jakiegoś zauważalnego relatywnego osłabienie polskiego rynku akcji, o tyle faktyczne przejęcie przez rząd połowy aktywów OFE w lutym 2014 rozpoczęło najsilniejszą od lat 2006-2009 32-miesięczną falę spadku względnej siły indeksu polskiego rynku akcji względem MSCI Emerging Markets Index (w lokalnych walutach).

Podsumowanie: polski rynek akcji słabł względem innych rynków wschodzących przez 32 miesiące po faktycznym przejęciu przez rząd w lutym 2014 połowy oszczędności emerytalnych Polaków zgromadzonych w OFE.