Europa Środkowa rulez w przemyśle?

Jestem trochę rozleniwiony po łikendzie, więc zamiast dzielić się swoimi przemyśleniami zilustruję dziś tylko tekst Jacka Frączyka z Money.pl zatytułowany: „Polska fabryką Europy. Już niemal trzy i pół miliona zatrudnionych w przemyśle„. Autor zwraca w nim uwagę na to, Polska znalazła się na trzecim miejscu w Europie – za Czechami i Słowacją – pod względem udziału ludności zatrudnionych w sektorze produkcyjnym.

Ktoś cyniczny powie, że to po prostu objaw zacofania „robolskiej” Europy Środkowej („We think, they sweat”) w stosunku do bardziej zaawansowanych krajów, ale osobiście sądzę, że zdolność do produkowania fizycznych przedmiotów może się w przydać w przyszłości, na przykład gdy czasy staną się bardziej niespokojne.

Jacek Frączyk zauważa też, że w tym roku roczna dynamika produkcji przemysłowej w naszym kraju była – za wyjątkiem marca – wyższa w Polsce niż w Chinach.

Nie znamy jeszcze dynamiki polskiej produkcji w maju, ale chińska była bardzo niska (5 proc.). Słabsze odczyty pojawiały się ostatnio w lutym 2002, styczniu 2001, lutym 1999 oraz styczniu 1998 (chiński Nowy Rok).

Uśredniając roczną dynamikę produkcji w obu krajach zobaczymy, że z podobną do obecnej sytuacją mieliśmy do czynienia w przeszłości jedynie w 1998 roku (po kryzysie azjatyckim) oraz w 2000 roku (po pęknięciu internetowej „bańki”).

Utożsamiając szczyty 12-miesięcznej średniej rocznej dynamiki przemysłowej w Polsce z lipca 2018 podobnymi maksimami z marca 1998 oraz sierpnia 2000 moglibyśmy dojść do wniosku, że znajdujemy się obecnie w podobnej sytuacji do tej lutego 1999 (a więc dołek cyklicznej bessy na rynku akcji był 4 miesiące temu, a szczyt nowej cyklicznej hossy wypadnie w okolicach lipca 2020) i w podobnej sytuacji do tej z lipca 2001 (a więc dołek cyklicznej bessy wypadnie za 3 miesiące, a nowa cykliczna hossa na rynku akcji skończy się dopiero za niecałe 3 lata).

Zawsze sobie wyobrażałem, że jakaś ewentualna destabilizacja gospodarki chińskiej (Chinageddon) byłaby na krótką metę niekorzystna dla wschodzących rynków akcji, bo związana z nią zapewne dewaluacja juana wygenerowałaby impuls deflacyjny dla reszty świata, ale spekulowałem, że zniechęcony co do Chin „globalny kapitał” rozpocząłby rozpaczliwe poszukiwania miejsc, do których można by przenieść z Chin produkcję. W takim scenariuszu Europa Środkowo-Wschodnia – oraz basen Oceanu Indyjskiego – mogłaby się stać w dłuższym terminie beneficjentem takiego procesu. W skrajnym przypadku spragniony relatywne taniego produkcyjnego „Lebensraumu” „globalny kapitał” wymógłby na Rosji „odczepienie” się od poradzieckiej Europy Wschodniej (Ukrainy, Białorusi, Mołdawii), co być może przybliżyłoby koniec trwającego od ponad 200 lat rozbicia dzielnicowego Rzeczyposplitej.

Podsumowanie: roczna dynamika produkcji przemysłowej w Chinach była w maju najniższa od ponad 17 lat i w ostatnim okresie generalnie zrównała się z dynamiką produkcji w naszym kraju.

Najwyższy od prawie 17 miesięcy sentyment krajowych inwestorów indywidualnych

W czwartkowym sondażu INI SII pojawił się ciekawy odczyt. Saldo optymistów (zakładających wzrost WIG-u w ciągu najbliższego półrocza) i pesymistów (zakładających spadek wartości indeksu) wzrosło do 9,3 pkt. proc., a więc powyżej poziomu z 14 marca (+7,3 pkt. proc.; 14 sesji przed szczytem z WIG-u 20 z 3 kwietnia – patrz marcowy wpis „Najlepszy sentyment krajowych inwestorów indywidualnych od stycznia 2018„). Sam poziom nastrojów nie jest wysoki, ale ciekawe jest to, że jest najwyższy od stycznia 2018, a więc od szczytu ostatniej cyklicznej hossy na WIG-u/WIG-u 20.

Na pierwszy rzut oka z kontrariańskiego punktu widzenia nie jest to zbyt pozytywny dla akcji sygnał jako, że pojawił się w sytuacji, w której WIG-20 jest wyraźnie poniżej poziomów z kwietnia br.

Proponuję obecną sytuację zinterpretować jako następujący w ciągu mniej niż 2 miesięcy wzrost salda INI SII o ponad 46 pkt. proc. (na początku maja odczyt wyniósł -37 pkt. proc.). W okresie minionych 8 lat taki sytuacji było wcześniej sześć:

Po każdym z tych sygnałów na WIG-u 20 w ciągu następnych 7-14 sesji można było zarobić jeszcze 1-6 proc., ale za każdym razem ok. 2 miesiące później WIG-20 był niżej niż w momencie generowania sygnału. W 5 na 6 przypadkach był również niżej prawie 4 miesiące po pojawieniu się sygnału.

Projekcja wartości WIG-u 20 uzyskana przez uśrednienie tych 6 historycznych trajektorii indeksu wokół takich sygnałów rośnie jeszcze przez 8 sesji do poziomu 2335,7 pkt. po czym wchodzi w korektę.

Jeśli ktoś nie ma własnych lepszych pomysłów, to może tę projekcję wykorzystać przy planowaniu swoich krótkoterminowych ruchów na krajowym rynku akcji w najbliższym czasie.

Podsumowanie: sentyment krajowych inwestorów indywidualnych (saldo INI SII) był w czwartek najwyższy od stycznia 2018 po wzroście od początku maja o ponad 46 pkt. proc. Projekcja uzyskana na podstawie 6 podobnych sygnałów z okresu minionych 8 lat rośnie do 26 czerwca do poziomu 2335,7 pkt. po czym wchodzi w dłuższą korektę.

Co może uczynić amerykańskie akcje relatywnie atrakcyjnymi?

22 stycznia ub. r., a więc na 4 dni przed (pierwszym) szczytem hossy na S&P 500 argumentowałem w tym miejscu, że amerykańskie akcje są w stosunku do tamtejszych długoterminowych obligacji skarbowych najdroższe od 2011 roku („Akcje w USA najdroższe względem obligacji od 7 lat„). Tezę tę oparłem na porównaniu wartości wskaźnika cena/zysk dla S&P 500 liczonego dla średniej zysków z poprzednich 10 lat (CAPE) do odwrotności rentowności 10-letnich obligacji skarbowych (coś jak cena/zysk dla obligacji). Zobaczmy – na zbliżeniu – co się na tym wykresie tego wskaźnika działo od tamtej pory.


… i od razu obejrzyjmy sobie podobny wskaźnik, ale oparty na C/Z liczonym dla – szacowanych na podstawie prognoz analityków – przyszłych zysków (EPS) spółek wchodzących w skład indeksu S&P 500.

Po pierwsze od razu widać, że w latach 2008-2016 oba wskaźniki trzykrotnie spadały do swojej strefy wsparcia, z której się odbijały. Ktoś kto na tej podstawie uznawałby amerykańskie akcje po spadkach wskaźników do poziomów zaznaczonych zielonymi liniami za relatywnie tanie wobec obligacji skarbowych dokonywałby zakupów akcji we w miarę dobrych momentach:

Jak widać te wskaźniki przebyły już ponad połowę drogi od szczytów relatywnej wyceny z 2018 roku do hipotetycznych poziomów, które można by uznać za zachętę do sprzedaży obligacji i kupna akcji. Ale to tych wartości ciągle jeszcze jest w miarę daleko.

Pojawia się od razu pytanie, co musiałoby się stać, by to kryterium relatywnie atrakcyjności akcji względem obligacji skarbowych zostało ponownie spełnione.

Można to osiągnąć na 3 sposoby:

1) przeceniając S&P 500 o 38 proc. (CAPE) lub 24 proc. (forward P/E);

2) obniżając rentowność 10-latek amerykańskiego rządu z obecnych 2,11 proc. do 1,3 proc. (CAPE) lub 1,6 proc. (forward P/E);

3) stosownie podnosząc oczekiwania analityków co do zysków amerykańskich firm w ciągu następnych 12 miesięcy.

Najtrudniejsze byłoby chyba to ostatnie, bo bez jakiegoś wystrzałowego porozumienia handlowego z Chinami, trudno oczekiwać znaczącego wzrostu zysków z racji wynikających z inwersji krzywej rentowności cały czas utrzymujących się obaw przed recesją.

Spadek S&P 500 o jedną czwartą czy jedną trzecią oczywiście rozwiązałby problem ich relatywnej nieatrakcyjności, no ale dla wielu byłoby to bolesne doświadczenie.

Stosunkowo najmilszym sposobem uczynienia akcji znowu atrakcyjnymi byłoby podtrzymanie trwającej od jesieni cyklicznej hossy na rynku obligacji skarbowych i sprowadzenie ich rentowności w pobliże dołków z 2012 i 2016 roku (1,37-1,43 proc. dla amerykańskich 10-latek).

Od listopada ub. r. rentowność 10-latek rządu USA spadła już o ponad 1,1 pkt. proc. Dalszy spadek o kolejne 0,7 pkt. proc. nie wydaje się więc niemożliwy, chociaż wymagałby zapewne pewnego wysiłku. Na przykład agresywnych obniżek stóp z ich obecnego poziomu 2,25-2,5 proc. („Rynek szykuje się na obniżkę stóp w lipcu„), dla których miejsce musiałaby raczej stworzyć znacząca słabość rynku ropy, która przyhamowałaby utrudniający obniżki stóp wzrost tempa inflacji („”Punkt G” ropy i dolara„).

Oczywiście to wszystko nie musi być proste do wykonania, bo istnieje ryzyko, że w wyniku obniżek stóp dolar się posypie generując impuls inflacyjny, który przestraszy rynek obligacji powodując wzrost rentowności.

Oczywiście powrót przedstawionych wskaźników do poziomów, które można by uznać, za zachęcające do zakupów, może nastąpić w wyniku dowolnej kombinacji wspomnianych trzech czynników: zmiany wartości S&P 500, zmiany rentowności 10-latek i zmiany oczekiwań do do zysków amerykańskich firm w ciągu najbliższego roku.

Podsumowanie: hipotetyczne zejście rentowności amerykańskich 10-latek do poziomów 1,3-1,6 proc. (z obecnych 2,11 proc.) uczyniłoby amerykańskie akcje relatywnie równie atrakcyjnymi wobec obligacji jak w dołkach z 2016 roku, latach 2011-2013 oraz okresie grudzień 2008-marzec 2009 (dołki cyklu Kitchina na akcjach). Oczywiście podobnie zadziałałby spadek S&P 500 o 24-38 proc. lub proporcjonalny wzrost oczekiwanych zysków amerykańskich firm lub jakaś kombinacja tych 3 czynników. Na razie relatywna wycena amerykańskich akcji względem obligacji skarbowych ciągle jeszcze jest ponad poziomami, które można by uznać za zachęcające do zamiany obligacji na akcje.

Perspektywy S&P 500 się pogorszyły

W lutym zastanawiałem się („Jakie jest prawdopodobieństwo recesji w USA w ciągu roku?„), co mogą oznaczać dla tamtejszego rynku akcji styczniowe odczyty (24 proc.) wskaźnika nowojorskiego oddziału FED pokazującego szacunkowe prawdopodobieństwo recesji w gospodarce Stanów Zjednoczonych za rok. Efektem była projekcja wartości S&P 500, która – po uaktualnieniu o notowania z ostatnich 4 miesięcy – wyglądała tak:

Jak widać nic specjalnie ciekawego z niej nie wynikało, bo scenariusze pesymistyczne i optymistyczne pozostawały w prawie doskonałej równowadze generując trend boczny projekcji trwający prawie 4 lat.

Jak pisałem wczoraj („Rynek szykuje się na obniżkę stóp FED„) w maju prawdopodobieństwo recesji wzrosło do już prawie 30 proc. 8 takich sygnałów z minionego półwiecza poprawnie przewidziało 7 gospodarczych recesji w tym okresie.

Nanieśmy sobie te podobne do majowego sygnały na wykres S&P 500:

Nadal połowa trajektorii wystrzelonego „śrutu” idzie górą a połowa dołem, czyli dalej jak zwykle nic nie wiadomo:

… ale projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 8 historycznych trajektorii S&P 500 już wygląda wyraźnie słabiej niż 4 miesiące temu ustanawiając szczyt za 2 tygodnie i potem spadając do jesieni 2020:

Oczywiście taka trajektoria S&P 500 stoi w wyraźnej sprzeczności z moim bazowym scenariuszem opartym na „kitchinowej” cykliczności rynku, który sugeruje, że akcje na rynkach wschodzących w tym i GPW powinny złapać cykliczny dołek gdzieś w pierwszej połowie 2019 i następnie drożeć do przełomu lat 2020/21.

Na razie nie bardzo wiem, jak rozwiązać tę sprzeczność.

Podsumowanie: raportowany przez nowojorski odział Rezerwy Federalnej dalszy wzrost prawdopodobieństwa recesji w gospodarce USA za rok w zauważalny sposób pogorszył perspektywy amerykańskiego rynku akcji w ciągu następnych 16 miesięcy.

Rynek szykuje się na obniżkę stóp FED w lipcu

Szacowane na podstawie kształtu krzywej rentowności w USA przez nowojorski odział Rezerwy Federalnej prawdopodobieństwo recesji w gospodarce Stanów Zjednocznych osiągnęło 29,6 proc. dla maja 2020. Wzrost tego wskaźnika do tego poziomu poprawnie identyfikował każdą recesję w okresie minionych 40 lat przy braku fałszywych sygnałów. Ostatni raz wskaźnik ten zawiódł w drugiej połowie lat 60-tych, kiedy pomimo jego silnego wzrostu recesja nie nadeszła.

To silny argument za tym, że w przyszłym roku gospodarka USA jednak wejdzie w fazę recesji (no chyba, że jakieś wyjątkowo korzystne porozumienie handlowe z Chinami odsunęło by w ostatniej chwili być może taki negatywny scenariusz).

Takie jak obecny sygnały ostrzegawcze generowane były w przeszłości kolejno w sierpniu 2006, w lipcu 2000, czerwcu 1989, październiku 1980, listopadzie 1978, czerwcu 1973, oraz grudniu 1968.

Formalne recesje w gospodarce USA (według klasyfikacji NBER) rozpoczynały się wtedy odpowiednio w grudniu 2007 (16 miesięcy po sygnale), marcu 2001 (8 miesięcy po sygnale), lipcu 1990 (13 miesięcy po sygnale), lipcu 1981 (9 miesięcy po sygnale), styczniu 1980 (14 miesięcy po sygnale), listopadzie 1973 (5 miesięcy po sygnale) oraz w grudniu 1969 (12 miesięcy po sygnale). Średnia z tych przesunięć w czasie pomiędzy sygnałem a początkiem recesji to 11 miesięcy, mediana 12 miesięcy, minimum to 5 miesięcy, a maksimum to 16 miesięcy. Czyli recesja w USA powinna rozpocząć się najwcześniej w październiku, najprawdopodobniej w kwietniu-maja 2020 a najpóźniej we wrześniu 2020.

W najbliższych dniach przedstawię projekcje cen różnych klas aktywów i trajektorii różnych parametrów gospodarczych na podstawie tych 7 historycznych sygnałów analogicznych do obecnego. Dziś tylko szacowane przez rynek prawdopodobieństwa różnej wysokości stóp FED po posiedzeniach FOMC 18-19 czerwca oraz 30-31 lipca.

Jak widać obniżka w czerwcu jest uważana za mniej prawdopodobną 18,3 proc., natomiast szanse na niższe o 25 lub 50 pb stopy po posiedzeniu lipcowym rynek szacuje na aż 80,8 proc.

Podsumowanie: wzrost wartości szacowanego przez FED z Nowego Jorku prawdopodobieństwa recesji gospodarczej w USA do obecnych poziomów poprawie zapowiadał (ze średnio 11 miesięcznym wyprzedzeniem) w okresie minionych 40 lat początek recesji. Rynek pieniężny zareagował na to wzrostem oczekiwań na obniżkę stóp (do prawie 20 proc. w czerwcu i aż ponad 80 proc. w lipcu).

Rekordowo niskie rentowności niemieckich bundów

Ponieważ skłaniam się do poglądu, że obecna cykliczna hossa na globalnym rynku obligacji skarbowych („Zbliża się czas obligacji skarbowych„) może być ostatnią przed silnym pokoleniowym wzrostem rentowności obligacji („Trum(p)=Trum(an)„), to cały czas się zastanawiam nad optymalnym momentem zamiany obligacji skarbowych na akcje. W następnych wpisach będę się starał przedstawić wyniki tych rozważań. Dziś tylko obserwacja, że średnioterminowa obligacyjna hossa została potwierdzona w ostatnich dniach przez zejście rentowności niemieckich 10-latek do historycznych dołków:

10-latkom polskiego rządu ta sztuka się nie udała, zapewne głównie dlatego, że tempo wzrostu gospodarczego w Polsce jest znacznie wyższe niż w Niemczech, co „grozi” wyższą trajektorią tempa inflacji w Polsce niż w Niemczech. Swój wpływ miała też zapewne „masarska” działalność polskiego rządu w roku wyborczym („Kiełbasa wyborcza nie smakuje rynkowi obligacji„).

Pomimo tego, podążając za globalnym trendem rentowność polskich 10-latek zeszła ostatnio na 4-letnie minimum (chociaż nadal znajdują się powyżej dołka z początku 2015 roku). To czyni obecną sytuację nieco podobną do tej z czerwca 2012 (tuż po „kitchinowym” dołku cen akcji na GPW), ale oczywiście to może być przypadkowe podobieństwo.

Podsumowanie: rentowności niemieckich 10-letnich obligacji skarbowych spadły ostatnio na historyczne minima a rentowności 10-latek polskiego rządu zeszły na 4-letnie dołki. To wszystko powoduje, że posiadacze obligacji skarbowych, którzy jesienią obstawili tą klasę aktywów ciągle jeszcze chyba mogą się czuć relatywnie spokojni o losy swoich portfeli. Być może kres rozpoczętej 8 miesięcy temu cyklicznej hossy na rynkach obligacji skarbowych jest bliski, ale wydaje się, że zanim trend ulegnie odwróceniu otrzymamy jeszcze kilka okazji do pozbycia się obligacji skarbowych po w miarę dobrych cenach.

Czy komputery osobiste podzielą los pieców kaflowych?

Najsilniejszy od 23 lutego 2000 jednosesyjny wzrost wartości WIG-Telekomunikacja na czwartkowej sesji (+9,3 proc.) spowodował powszechne zainteresowanie sytuacją w sektorze (w przeszłości jeszcze tylko 2 września 1998 indeks rósł mocniej). Branży telekomunikacyjnej generalnie nie należało dotykać przez minione 19 lat o czym świadczy wykres względnej siły WIG-Telekomunikacja do WIG-u. Pół roku temu wykres ten osiągnął dno aż 15 raz niższe od szczytu względnej siły z marca 2000 roku.

Tak samo zresztą wyglądała przez minione 19 lat sytuacja na świecie:

… i w Europie:

Ten ostatni wykres jest o tyle ciekawy, że pokazuje powrót względnej siły sektora telekomunikacyjnego do punktu wyjścia sprzed super-hossy z lat 90-tych, czyli do sytuacji sprzed 1992 roku.

Na czwartkowy wzrost polskiego indeksu złożyły się skoki cen jego trzech głównych składowych:

W rezultacie tych wzrostów te 3 spółki stały się nagle najmocniejszymi w okresie minionego roku składowymi WIG-u 20.

Po wytłumaczenie przyczyny tego renesansu najsłabszego chyba w okresie minionych 19 lat sektora należy kierować się do analityków wyspecjalizowanych w jego badaniu. Najbardziej bezpośrednie wyjaśnienie, to podwyżka abonamentu przez Orange i Play. Gdyby było ono poprawne, to nie mielibyśmy to do czynienia z jakimś kluczowym przełomem.

Z drugiej strony świat i Polska przygotowują się do kolejnej rewolucji w telekomunikacji czyli wprowadzenia standardu 5G, który umożliwi kolejny skokowy wzrost prędkości transmisji danych. Najciekawszym chyba aspektem tej rewolucji ma być kres rozpoczętej ponad pokolenie temu słodkiej ery komputerów osobistych:

„Co jeszcze się zmieni? ? Zdaniem ZTE już dziś wiele firm i użytkowników korzysta z usług „w chmurze”, gdzie dane nie są przechowywane lokalnie, tylko na zdalnych serwerach. Podobnie będzie w przypadku telefonów. Przestaniemy się zastanawiać jak dużą pamięć wewnętrzną ma nasz smartfon, bo zwyczajnie nie będziemy w stanie rozróżnić czy dane są w pamięci lokalnej czy w chmurze. Wszystkie dane będziemy przechowywali zdalnie, mając do nich dostęp z każdego miejsca na świecie i z każdego urządzenia.

– Przechowywanie danych to jedno, jednak nietrudno sobie wyobrazić moment, w którym pojęcie „zainstalować aplikację” całkowicie zniknie z naszego słownika. Ogromna przepustowość projektowanych przez nas sieci 5G pozwoli na to, aby aplikacja była jedynie ikoną na ekranie, bez potrzeby fizycznego jej zainstalowania. Wszystko, czego potrzebujemy do pracy i zabawy będzie znajdowało się na zewnętrznych serwerach, a dzięki transferom rzędu 1 Gb/s zyskamy do nich natychmiastowy, błyskawiczny dostęp – tłumaczy Adam Getka, Product Menager w ZTE Polska.”

W takiej wizji branża IT niebawem przekształci się w coś przypominającego współczesną energetykę z ogromnymi molochami obsługującymi chmury danych i transmisje z nich i do nich, a tradycyjne komputery osobiste i współczesne smartfony staną się równie archaiczne jak piece kaflowe.

Z trzeciej strony pojawiły się spekulacje, że sprawa może mieć też jakiś aspekt polityczny.

Z czwartej strony główną wartością sektora telekomunikacyjnego bywał często w przeszłości jego defensywny charakter, więc być może to ostatnie wzmocnienie sektora wynika jedynie z poszukiwania przez inwestorów relatywnego bezpieczeństwa w obecnej fazie cyklu (patrz lata 2007-2009).

Sam wykres WIG-Telekomunikacja wygląda całkiem ładnie z potencjalnym 16-letnim (cykl inwestycji infrastrukturalnych czyli cykl Kuznetsa?) podwójnym dnem i wyjściem górą z 6-letniej formacji klina spadkowego.

Zachowanie globalnego i europejskiego indeksu sektorowego na razie nie potwierdza jakiegoś kluczowego przełomu:

… chociaż oczywiście te wielkie 19-letnie formacje wachlarza wyglądają obiecująco.

Dlatego osobiście obstawiałbym odbicie się cen akcji tych 3 spółek od zaznaczonych na wcześniejszych wykresach poziomów oporu. Gdyby się tak rzeczywiście stało, to dostalibyśmy być może kilka miesięcy czasu na zastanowieniem się nad długoterminowymi perspektywami sektora telekomunikacyjnego na świecie.

Podsumowanie: sektor telekomunikacyjny stał się niespodziewanie najmocniejszym na GPW, więc warto zacząć uważnie śledzić dalszy rozwój wydarzeń w tym segmencie gospodarki zastanawiając się nad możliwością zbliżania się go do jakiegoś pokoleniowego przełomu. Osobiście zakładam, że na krótką metę ceny akcji głównych spółek z sektora odbiją się od poziomów opory wyznaczonych przez ubiegłoroczne maksima, co da trochę więcej czasu na rozważania na temat długoterminowych perspektyw sektora.

Kitchinowe projekcje dla WIG-u

Na poniższym obrazku zaznaczyłem zielonymi pionowymi liniami dołki bessy w ramach cyklu Kitchina a czerwonymi liniami – szczyty WIG-u w ramach tego samego cyklu.

Pomijając pierwszy cykl bessa-hossa z lat 1991-1994 otrzymujemy możliwość porównania obecnego cyklu rozpoczętego w dołku WIG-u ze stycznia 2016 z 6-cioma wcześniejszymi pełnymi cyklami hossa-bessa na tym indeksie jak również możliwość porównania ostatniej bessy rozpoczętej w styczniu 2018 roku do jej 7-ciu poprzedniczek.

Uzyskane za pomocą tych dwu metod projekcje wartości WIG-u wyglądają tak:

Na bezwzględne poziomy projekcji nie ma co zwracać uwagi (obecny cykl jest słabszy od średniej z 6 poprzednich, ale równocześnie WIG podczas ostatniej bessy spadł na razie wyraźnie mniej niż średnio w 7 poprzednich przypadkach). Być może to prostu objaw dojrzewania rynku prowadzącego do spadku zmienności. W jednym z następnych wpisów zrobię projekcje dla WIG-u nieco inną metodą, którą przypomniałem wczoraj, co pozwoli wyrazić opinie na temat szacunkowych poziomów indeksu w przyszłości.

Natomiast warto zapamiętać wniosek na temat czasu: obie projekcje kończą cykliczną bessę w sierpniu. Obecny cykl rozpoczął się na WIG-u w styczniu 2016, a więc dołek w sierpniu 2019 dawałby 43 miesiące. To wydłużenie w stosunku do oczekiwanych na podstawie średniej długości cyklu Kitchina (ok. 40 miesięcy) wynika z wpływu kilku cykli, które miały silnie spadkową końcówkę (np. miesiące 41-43 cyklu rozpoczętego w dołku z czerwca 2012 czyli okres październik 2015-styczeń 2016, miesiące 41-45 cyklu rozpoczętego w dołku z maja 2005 czyli okres październik 2008-luty 2009 albo miesiące 41-43 cyklu rozpoczętego w dołku z marca 1995 czyli okres sierpień-październik 1998).

Obecnie wkroczyliśmy w 41 miesiąc cyklu, więc ciągle jeszcze może – ale przecież nie musi – znienacka wyfrunąć skądś jakiś „czarny łabędź„.

Podsumowanie: projekcje wartości WIG-u uzyskane przez uśrednienie 6 poprzednich pełnych cykli Kitchina i 7 poprzednich „rynków niedźwiedzia” w ramach tego cyklu sugerują sierpień br. jako optymalny okres na zakup polskich akcji przed początkiem nowej cyklicznej hossy.

Know the future

Nie lubię robić prognoz, bo to wymaga ogromnego wysiłku (a ja jestem raczej leniwy, no i się starzeję):

Uwielbiam natomiast robić projekcje cen różnych instrumentów oparte na w miarę obiektywnych sygnałach rynkowych, bo to jest relatywnie łatwe i przyjemne.

Wkroczyliśmy obecnie w 42 miesiąc od poprzedniego dołka cen akcji na WIG-u (i EM) w ramach cyklu Kitchina ze stycznia 2016 (41 miesiąc od analogicznego dołka na rynkach rozwiniętych), więc zasadne jest rozglądanie się za minimum cen akcji podobnej klasy.

Oczywiście przewidzenie wydarzeń w najbliższej przyszłości jest bardzo trudne – w cyklu giełdowym 1995-1998 Rosja zbankrutowała w sierpniu 1998 a więc w 41 miesiącu do dołka WIG-u z marca 1995, a w cyklu 2005-2009 bankructwo Lehman Brothers wydarzyło się we wrześniu 2008 a więc w 40 miesiącu od dołka cyklu z maja 2005. W pierwszym przypadku cykliczny dołek WIG-u ustanowiony został 2 miesiące po pojawieniu się takiego „czarnego łabędzia” (w październik 1998 w 43 miesiącu cyklu), w drugim przypadku 5 miesięcy później (luty 2009 w 45 miesiącu cyklu).

Historia uczy więc, że ciągle możliwe jest w ciągu najbliższych tygodni pojawienie się na świecie kolejnego „czarnego łabędzia”, który byłby globalnym odpowiednikiem naszego lokalnego Kani:

Ponieważ przewidzenie wydarzeń z najbliższej przyszłości jest trudne, to jedną z opcji jest odpuszczenie sobie prób zgadnięcia co wydarzy się w najbliższych tygodniach i poczekanie na wyraźny sygnał rynkowy sugerujący przełamanie bessy. Przykładem takiego sygnału może być sytuacja z marca 2016, czyli 2 miesiące po cyklicznym dołku WIG-u („Nowa projekcja dla WIG-u„). Ówczesne zachowanie rynku pozwoliło na stworzenie takiej projekcji przyszłości:

Porównajmy ją z faktycznym zachowaniem WIG-u w ciągu następnych ponad 38 miesięcy:

Jak widać najpierw brexitowe referendum w Wielkiej Brytanii a następnie elekcja Trumpa spowodowały zaniżenie wartości WIG-u w stosunku do tej projekcji. Później nastąpiło „przegięcie” w drugą stronę. Ostatecznie WIG się ustatkował wracając w okolice mojej projekcji i dopiero w ostatnich tygodniach ponownie odchylił się od niej w dół.

Oczywiście średnioterminowa projekcja sprzed ponad 39 miesięcy jest już obecnie raczej bezwartościowa, ale z ciekawości zobaczmy jak wyobraża sobie ona następne 2,5 roku na WIG-u:

Czyli generalnie WIG pod 100 tysięcy za 2 lata.

Podsumowanie: „stawianie prognoz jest trudne, szczególnie tych dotyczących przyszłości „.

Obecny cykl był do tej pory bardzo klasyczny

Z punktu widzenia schematu rotacji aktywów, który jest jednym z moich ulubionych narzędzi analizy rynków:

… obecny cykl był bardzo „logiczny”.

Bliski ideałowi alokator kapitału w czerwcu 2015 znalazłby się na rynku obligacji skarbowych (tu kontrakt na 30-latki rządu USA):

… 8 miesięcy później w lutym 2016 przeniósł się na rynek akcji:

… 16 miesięcy później w czerwcu 2017 trafił na rynek surowców:

… 8 miesięcy później w lutym 2018 ulokował swoje środki w gotówce (przez którą ja zwykle rozumiem amerykańskiego dolara):

… i wreszcie 8 miesięcy później w październiku 2018 wrócił na rynek obligacji skarbowych, na którym przebywa do tej pory:

Taki idealny spekulant zarobiłby w trakcie opisanych 4 faz cyklu Kitchina kolejno 14 proc. (obligacje), 26 proc. (akcje), 25 proc. (surowce) oraz 8 proc. (dolar), Łącznie 95 proc. w ciągu pełnego cyklu trwającego od czerwca 2015 do października 2018 czyli jak w zegarku Kitchinowe 40 miesięcy.

W ciągu 8 miesięcy od 8 października 2018 kontrakt na amerykańskie 30 latki podrożał o kolejne 13 proc.

Oczywiście w praktyce idealni alokatorzy w rzeczywistości nie istnieją czego przykładem moje zmagania z wyznaczaniem terminów poszczególnych punktów zwrotnych cyklu z przeszłości: „Kiedy „kitchinowy” dołek WIG-u?” i „Cykl 6,(66) na WIG-u 20„, „Pora na surowcową ćwiartkę cyklu Kitchina„, „Dołek cyklu Kitchina na USD/PLN się spóźnia„, „Zbliża się czas obligacji skarbowych„.

Warto zauważyć, że pomimo rozpoczęcia się cyklicznej hossy na danej klasie aktywów poprzednia klasa aktywów w schemacie rotacji aktywów nadal jeszcze przez jakiś czas drożała: obligacje drożały do lipca 2016 pomimo tego, że akcje już zaczęły rosnąć 5 miesięcy wcześniej w lutym 2016, akcje drożały do stycznia 2018 pomimo tego, że od czerwca 2017 czyli 7 miesięcy wcześniej włączyła się już silna hossa na rynku surowców, surowce drożały do maja 2018 pomimo tego, że od lutego 2018 – czyli od 3 miesięcy – trwała już hossa na dolarze, a hossa na dolarze trwała do przynajmniej kwietnia 2019 pomimo rozpoczęcia 6 miesięcy wcześniej w październiku 2018 hossy na obligacjach skarbowych.

Powyższa obserwacja powinna nieco uspokoić posiadaczy obligacji: być może w obecnym cyklu hossa na obligacjach również przetrwa o kilka miesięcy początek cyklicznej hossy na rynkach akcji (zakładam, że optymalna dla akcji faza cyklu jeszcze się nie rozpoczęła, chociaż oczywiście to może być błędne założenie).

Posiadacze dolarów powinni być natomiast znacznie bardziej nerwowi, bo wejście cyklu w „akcyjną ćwiartkę” powinno uruchomić cykliczną bessę na dolarze.

Zgodnie z logiką cyklu koniunkturalnego, w którymś momencie trzeba się będzie ewakuować z rynku obligacji i przenieść na rynek akcji. Temat terminu i poziomów, na którym warto będzie dokonać takiej konwersji, będzie się zapewne w tym miejscu pojawiał coraz częściej w najbliższym czasie.

Dziś niezobowiązujące porównanie cyklicznej hossy na amerykańskich 30-latkach z poprzedniego cyklu (od 26 czerwca 2015) do obecnej rozpoczętej 8 października 2018.

Jak widać wygląda to na razie dosyć podobnie. Jeśli chodzi o czas, to odnosząc doświadczenia poprzedniego cyklu do obecnej sytuacji widzimy, że hossa na rynku obligacji powinna była przenieść się na rynek akcji już 6 sesji temu. Jeśli chodzi o skalę wzrostu cen obligacji, która w poprzednim cyklu uruchomiła cykliczną hossę na rynku akcji, to obecnie brakuje jeszcze ok. 1 proc. wzrostu ceny 30-latek.

Niezależnie od kwestii, kiedy spadek rynkowych długoterminowych stóp procentowych w USA (wzrost cen obligacji skarbowych) uruchomi hossę na rynku akcji (kapitał zacznie przepływać z rynku obligacji, który stanie się za drogi, na rynek akcji, który zacznie być relatywnie tańszy), gdyby obecna cykliczna hossa na rynku obligacji miała być podobna do tej z poprzedniego cyklu to skończyłaby się na przełomie października i listopada br.

Napisałem wyżej, że to porównanie jest niezobowiązujące, bo oczywiście choćby ze względu na regułę zmienności obecny cykl nie powinien być podobny do poprzedniego.

W kolejnych wpisach spróbuję podejść do sprawy bardziej systematycznie sprawdzając jaka skala cyklicznej hossy na obligacjach była zwykle potrzebna w przeszłości by uruchomić cykliczną hossę na akcjach.

Podsumowanie: od października 2018 trwa na globalnym rynku obligacji cykliczna hossa na rynku obligacji skarbowych. Zgodnie z logiką cyklu koniunkturalnego w gospodarce i schematem rotacji aktywów w ramach tego cyklu następnym ruchem posiadacza kapitału powinna być przesiadka z obligacji skarbowych na akcje. Główne pytanie oczywiście brzmi kiedy dokładnie i przy jakich poziomach cen obligacji i akcji należy takiej operacji dokonać.