Czy „pierwsza Grecja” jest już po kryzysie?

Już od końca 2015 roku przeciwnicy polityki prowadzonej przez obecny rząd ostrzegają, że prędzej czy później uczyni ona z Polski drugą Grecję. Przyszła mi w związku z tym następująca myśl: skoro wyznaczanie dla Polski różnych krajów do naśladowania („Polska drugą Japonią”, „Polska drugą Irlandią” itp.) najwyraźniej często szkodzi krajom, które zaczynamy podziwiać (kultura ludowa od zawsze zna to zjawisko: „była tu tako jedna, to jak co ji się podobało, to zaro łoziorała łocami i wszystko się psuło.„), to czy zjawisko odwrotne – wskazywanie krajów, których marne losy z przeszłości mają być dla nas ostrzeżeniem – nie powinno przekładać się na wzrost prawdopodobieństwa powrotu prosperity do tych krajów? Innymi słowy czy w tym przypadku Grecja nie ma czasem przed sobą dobrych czasów?

W ostatnich dniach rentowność 10-letnich obligacji rządu Grecji spadła do poziomu 3,29 proc. W przeszłości równie niska rentowność tych papierów obserwowana była jedynie we wrześniu 2005 roku.

Wtedy od momentu osiągnięcia przez inwestorów takiego jak obecnie poziomu zaufania do wypłacalności greckiego rządu do początku globalnego kryzysu minęły następne 2 lata.

Jeśli chodzi o grecki rynek akcji, to widać symptomy stopniowego odzyskiwania równowagi. O ile wysoka dynamika spadku tamtejszego indeksu z lat 2009-2012 potwierdzała słabość rynku, o tyle cykliczna bessa z lat 2014-2016, co prawda sprowadziła indeks do nowego 26-letniego dołka, ale jednak miała już znacznie mniejszą dynamikę. Cykliczna bessa rozpoczęta w 2015 roku miała do tej pory jeszcze mniejsze „momentum”. Wygląda to raczej obiecująca w dłuższej perspektywie.

Podsumowanie: czy – myśląc kontrariańsko – kraje, których losy podawane są w Polsce jako ostrzeżenie (tak jak to ma miejsce od jakiegoś czasu w przypadku Grecji), nie powinny wkraczać właśnie – po okresie ciężkiego kryzysu, który uczynił z nich negatywny przykład dla nas – w okres relatywnej prosperity?

Zapowiedź drugiego zaboru oszczędności emerytalnych Polaków

Można się pocieszać, że idzie ku lepszemu, bo poprzedni rząd przejął aż połowę oszczędności emerytalnych Polaków zgromadzonych w OFE, a obecny deklaruje, że gotów zadowolić się jedynie drobną prowizją 15 proc. z pozostałej połowy. Czyli obecny rząd jest 6,(66) razy mniej pazerny od poprzedniego.

Może kiedyś w przyszłości zasłużymy na rząd, który nauczy się trzymania swoich łapsk z daleka od oszczędności Polaków.

Względna siła polskiego rynku akcji wobec innych rynków „wschodzących” spada od bardzo dawna, więc trudno jednoznacznie obarczyć pierwszy rozbiór OFE ogłoszony latem 2013 i wykonany w lutym 2014 odpowiedzialnością za późniejszą słabość polskiego rynku.

Faktem jest jednak, że o ile sama zapowiedź zaboru oszczędności emerytalnych nie spowodowała jakiegoś zauważalnego relatywnego osłabienie polskiego rynku akcji, o tyle faktyczne przejęcie przez rząd połowy aktywów OFE w lutym 2014 rozpoczęło najsilniejszą od lat 2006-2009 32-miesięczną falę spadku względnej siły indeksu polskiego rynku akcji względem MSCI Emerging Markets Index (w lokalnych walutach).

Podsumowanie: polski rynek akcji słabł względem innych rynków wschodzących przez 32 miesiące po faktycznym przejęciu przez rząd w lutym 2014 połowy oszczędności emerytalnych Polaków zgromadzonych w OFE.

Na S&P 500 najlepszy początek roku od 21 lat

Wypada poświęcić parę słów najlepszemu od 1998 roku początkowi roku na amerykańskim rynku akcji. W historii minionych 90 lat było wcześniej 10 lat, w trakcie których S&P 500 w kwietniu notował ponad 15 proc. wzrost w stosunku do poziomu z końca poprzedniego roku. Ostatni raz takie coś zdarzyło się 21 lat temu, a wcześniej w latach 1991, 1987, 1986, 1983, 1975, 1967, 1943, 1936 i 1930).

Na poniższych dwu obrazkach widać – na tle ostatniego zachowania S&P 500 – ścieżki wokół 5 z chronologiczne ostatnich tego typu sygnałów (od 1983 do 1998) oraz uzyskaną przez ich uśrednienie projekcję wartości indeksu.

Jak widać uśrednienie zachowania S&P 500 w ostatnich 5 latach, które rozpoczynały się równie dobrze jak rok obecny, rośnie do lata (ale już z mniejszą dynamiką niż na początku roku), potem cofa się do IV kw., a jeszcze później wznawia wzrosty.

Zróbmy teraz to samo ćwiczenia dla 5 podobnych sygnałów z lat 1930-1975.

Co ciekawe uzyskaliśmy generalnie podobny do wcześniejszego schemat: 1) wzrost do lata (ale już niezbyt dynamiczny), 2) cofnięcie do IV kw. i 3) wznowienie zwyżki.

Oczywiście powyższe dwie projekcje to jedynie uśrednienie często całkiem różnych przypadków: w 1998 i 1987 po świetnym początku roku mieliśmy spektakularne globalne tąpnięcia (odpowiednio kryzys rosyjski/LTCM i największy w historii jednodniowy spadek cen akcji w USA), w 1986 roku mieliśmy jeszcze w kwietniu katastrofę jądrową w Czarnobylu, a w 1991 roku rozpad ZSRR, co jednak nie wywarło jakiegoś bardzo negatywnego wpływu na S&P 500. Zaś w 1983 roku spadki wcale nie zakończyły się w IV kw.

Podsumowanie: początek roku był na S&P 500 najlepszy od 1998 roku. Projekcje uzyskane przez uśrednienie ścieżek indeksu wokół podobnych kwietniowych sygnałów (S&P 500 ponad 15 proc. od końca poprzedniego roku) sugerują 1) kontynuację zwyżki (ale z mniejszą dynamiką) do lata, 2) cofnięcie cen do IV kw. (możliwością spektakularnych tąpnięć a la 1998 i 1987) i 3) powrót wzrostów.

„Bańka” na niemieckim rynku nieruchomości?

Ponieważ wczoraj pojawił się tu temat cen na rynku nieruchomości („Najsilniejszy od przynajmniej lat 70-tych spadek cen nieruchomości w Australii„), to postanowiłem się przyjrzeć bliżej tej kwestii. Jako punkt obserwacyjny przyjąłem UBS Global Real Estate Bubble Index, którego wartości mają pomagać identyfikować segmentu rynku nieruchomości na świecie, na których formuje się – skazana prędzej czy później na pęknięcie – inwestycyjna bańka.

Zacznijmy od Japonii, gdzie taka inwestycyjna bańka na rynku nieruchomości pękła w 1990 roku.

Jak widać sygnałem ostrzegającym przed bliskością momentu pęknięcia bańki było to wyjście wartości UBS Real Estate Index na poziomy zbliżone do 2.

Podobnie było w latach 2005-2006 na rynku nieruchomości w USA.

Odległości tych dwu szczytów koniunktury na rynkach nieruchomości – w 1990 roku w Japonii i w latach 2005-2006 w USA sugeruje cykliczność związaną z cyklem Kuznetsa. Zgodnie z tym rytmem następny kryzys na globalnym rynku nieruchomości powinien rozpocząć się w pierwszej połowie przyszłej dekady (osobiście obstawiam 2024 rok jako odpowiednik lat 1990 i 2007).

Nasuwa się pytanie na którym rynku nieruchomości przyszły kryzys objawi się z największą mocą?

Przeglądając dostępne dane UBS można dojść do wniosku, że następną bańką inwestycyjną na rynku nieruchomości, która pęknie w spektakularny sposób destabilizując globalny system finansowy będzie ta w Niemczech.

Na razie nie ma chyba się czym za bardzo ekscytować, bo do przekłucia balona potrzebny byłby globalny wzrost stóp (taki jak w latach 1986-1989/90):

… i taki jak w latach 2004-2006/7/8):

Wzrost stóp FED, który nastąpił w latach 2015/16-2018, chyba był na razie zbyt słaby by spowodować przekłucie kolejnego balona na globalnym runku nieruchomości, chociaż jak pokazuje australijski przykład, nawet takie relatywnie skromne zaostrzenie polityki pieniężnej w USA już spowodowało istotne zachwianie ważnego rynku.

Podsumowanie: zbliżające się do poziomu 2 wartości UBS Real Estate Bubble Index ostrzegały w 1990 roku przed zbliżaniem się do szczytu formowania się inwestycyjnej bańki na japońskim rynku nieruchomości, a w latach 2005-2006 przed podobnym zjawiskiem w USA. W tym kontekście ostatnie dostępne bardzo wysokie wartości tego wskaźnika dla Monachium (1,99) i Vancouver (1,92) powinny być traktowane jako sygnał ostrzegawczy. W przeszłości warunkiem pęknięcia istotnej bańki inwestycyjnej na którymś z ważnych rynku nieruchomości na świecie był wzrost tempa globalnej inflacji (będący pochodną osłabienia amerykańskiego dolara) i istotny wzrost stóp procentowych na świecie (taki jak w latach 1986-1990 czy latach 2004-2006/6/8). Na razie raczej trudno mówić o spełnieniu tych warunków, co sugeruje, że kolejny globalny kryzys związany z pęknięciem bańki na którymś z istotnych rynków nieruchomości jest na razie odległy w czasie.

Najsilniejszy od przynajmniej lat 70-tych spadek cen nieruchomości w Australii

W sierpniu 2006 roku zwracałem uwagę na to, że Polska i Australia – w okresie od 1992 roku jedyne dwie znaczące „zielone wyspy” na gospodarczej mapie świata – w 2018 roku – jeśli utrzymają do tego czasu dodatnie tempo wzrostu PKB – pobiją rekord długości ożywienia ustanowiony przez Holandię w latach 1982-2008 („Jak długo trwają dobre czasy?„). Tak się rzeczywiście stało.

Po zostawieniu w tyle Holandii, wyścig pomiędzy Polską a Australią nadal trwa. Latem 2016 obstawiałem, że jego ostatecznym zwycięzcą okażę się raczej Polska. Uzasadniałem to tak:

Jest jasne, że gospodarka Australii ten okres prosperity zawdzięcza w dużej mierze popytowi generowanemu przez fenomenalny wzrost Chin w ostatnim ćwierćwieczu. Ewentualny kryzys gospodarczy w Chinach zapewne zatopiłby australijską „zielona wyspę”. Ja konsekwentnie trzymam się hipotezy, że ChRL podążą z pokoleniowym opóźnieniem ścieżką ZSRR. Historię obu krajów można synchronizować za pomocą dat powstania obu krajów (1922, 1949), dat „wielkiego głodu” wyznaczający momenty przejścia do forsownej industrializacji dokonywanej kosztem chłopstwa (1932-33, 1958-61) czy wyznaczających zachłyśnięcie się własną potęgą dat organizacji igrzysk olimpijskich (1980, 2008). Jak nie liczyć Chinageddon wypada w latach 2018-2019.

Powyższe napisane zostało oczywiście na pół serio, ale rozpędzający się w Chinach wzrost cen nieruchomości, traktuję jako typową dla  schyłkowych okresów koniunktury ucieczkę systemu we wzrost zadłużenia gospodarstw domowych (via kredyty hipoteczne) podobną do tej, która nastąpiła w USA w latach 2003-2007 po krachu giełdowych z lat 2000-2002. 

Australijczycy powinni w takim scenariuszu mocno ucierpieć (…)

Niestety zbliżamy się już do połowy 2019 roku a Chinageddonu ani widu ani słychu. Wystarczył jednak spadek tempa wzrostu chińskiego PKB w 2018 roku do najniższego poziomu od 28 lat, by koniunktura na rynku nieruchomości w Australii uległa poważnemu zachwianiu. W ostatnim kwartale ub. r. ceny nieruchomości w Australii były niższe niż rok temu o 5,53 proc. To najniższa tego typu dynamika od przynajmniej połowy lat 70-tych, od kiedy dostępne są dane i minimalnie niższy wynik niż te rejestrowane w I kw. 2009 (-5,44 proc.) i IV kw. 2012 (-4,4 proc.).

Ponieważ w marcu Australia zaliczyła historyczne minima rentowności długoterminowych obligacji, to można sądzić, że i tym razem zdoła uniknąć ostatecznego pęknięcia bańki na rynku nieruchomości (jego warunkiem nadal wydaje się poważniejszy Chinageddon). Tak się przynajmniej stało w 2009 roku i 2012 roku, gdy również podczas znaczącego spadku cen nieruchomości w Australii rentowności tamtejszych obligacji skarbowych spadały na historyczne minima.

Gdyby tak się rzeczywiście stało i dynamika cen nieruchomości w Australii ustanowiła w IV kw. 2018 taki dołek jak te z I kw. 2009 i IV kw. 2012, to można by snuć analogie pomiędzy obecną sytuacją na rynkach finansowych a tymi z lipca 2009 i kwietnia 2012.

Podsumowanie: spowolnienie gospodarki chińskiej przełożyło się na największy od przynajmniej połowy lat 70-tych spadek cen nieruchomości w Australii (-5,5 proc. r/r). Wydaje się, że bez poważniejszego „Chinageddonu” australijski rynek nieruchomości może się – dzięki spadkowi rentowności tamtejszych obligacji skarbowych do najniższego poziomu w historii – i tym razem wybronić jak w 2009 i 2012 roku. W takim scenariuszu pęknięcie bańki na rynku nieruchomości na Antypodach nastąpi dopiero od okolic 2024 roku zgodnie z rytmem cyklu Kuznetsa (od 1990 – pęknięcie bańki na rynku nieruchomości w Japonii, od 2017-pęknięcie bańki na globalnym rynku kredytów hipotecznych).

Warunki finansowe w USA nadal bardzo sprzyjające wzrostowi gospodarczemu

Trwające do grudnia ub. r. podwyżki stóp FED, ciągle jeszcze prowadzona operacja „quantitative tightening” oraz pojawienie się „inwersji” krzywej rentowności wywoływały w ostatnim czasie poważne obawy przed nadejściem pierwszej od dekady recesji gospodarczej w Stanach Zjednoczonych. Istnieje jednak wskaźnik, który sugeruje, że o obecnych warunkach finansowych panujących w USA można powiedzieć wszystko tylko nie to, że stanowią one zagrożenie dla koniunktury gospodarczej. Tym wskaźnikiem jest obliczany co tydzień przed oddział FED z Chicago National Financial Conditions Index (NFCI). Wskaźnik ten uwzględnia zachowanie 105 parametrów aktywności finansowej na rynku pieniężnym, rynku długu, rynku akcji oraz w systemie bankowym. Jego niskie wartości sugerują korzystne dla działalności gospodarczej warunki finansowe, wysokie wartości – warunki nie sprzyjające działalności gospodarczej. Ostatnio wskaźnik ten osiągnął najniższą wartość od ćwierć wieku.

Tak niskie jak ostatnio wartości NFCI – sygnalizujące bardzo korzystne dla gospodarki warunki finansowe – obserwowane były w przeszłości jedynie w latach 1993-94 oraz latach 1976-77. Nanieśmy sobie te sygnały na wykres S&P 500.

Jak widać równie niskie co ostatnio wartości NFCI nie wykluczają ani prawie 20 proc. spadku wartości S&P 500 (takiego jak w latach 1876-78 ani kryzysu finansowego poza granicami USA (takiego jak kryzys meksykański z lat 1994-95), ale poprzedzały początek recesji w gospodarce USA (pionowe szare paski na obrazkach) o 2 lat i 10 miesięcy w jednym przypadku i 7 lat i 1 miesiąc w drugim przypadku.

Ponieważ warunki finansowe często pozytywnie korelują z koniunkturą gospodarczą chicagowski FED stworzył wersję tego wskaźnika – Adjusted National Financial Index (ANFCI) – która stara się uwzględnić ten wpływ i wyizolować czysto finansowe warunki nie związane z bieżącą koniunkturą. Obecna wartość ANFCI nie jest tak skrajnie niska jak w przypadku NFCI.

Warto zauważyć jednak dwie rzeczy. Po pierwsze każda z ostatnich recesji w gospodarce USA poprzedzana była wyjście wartości ANFCI powyżej poziomu +0,46 (ostatnio indeks wyskoczył ponad ten poziom w sierpniu 2007 roku, a wcześniej w październiku 1999, wyjście ANFCI powyżej tego poziomu w kwietniu 1987 ostrzegało również przed krachem z października 1987). Obecna wartość wskaźnika to jedynie -0.68.

Po drugie odstęp czasowy pomiędzy sytuacjami, w których ANFCI miał po raz ostatni w danym cyklu równie niską wartość co ostatnio a początkiem recesji wynosił kolejno 3 lata (grudzień 2004-grudzień 2007), 4 lata i 1 miesiąc (luty 1997-marzec 2001), 5 lat i 1 miesiąc (czerwiec 1985-lipiec 1990), 2 lata i 3 miesiące (październik 1977-styczeń 1980) oraz 10 miesięcy (styczeń-listopada 1973). Średnia i mediana z tych liczb to równe 3 lata. To również nie sugeruje bliskości recesji.

Nie wyższe niż obecnie wartości ANFCI zaznaczyłem na poniższym wykresie S&P 500.

Podsumowanie: publikowany co tydzień przez chicagowski odział FED National Financial Conditions Index miał ostatnio najniższą wartość od ćwierć wieku, co sugeruje bardzo korzystne dla gospodarki warunki finansowe panujące obecnie w Stanach Zjednoczonych. Zachowanie tego wskaźnika można uznać za argument przeciwko bliskości gospodarczej recesji w USA.

Opóźnienie zakupów zredukowało cykliczne ryzyko na WIG-u?

W październiku opisałem tu „magiczną” – opartą o mechanicznie potraktowaną kitchinową cykliczność – średnioterminową strategię spekulacyjną na WIG-u, która – gdyby ją konsekwentnie stosować od czerwca 1992 roku, podniosłaby wartość portfela 800-krotnie w porównaniu do zaledwie 11-krotnego zysku przy stosowaniu strategii „kup i trzymaj”. Gdy – zgodnie z tym przepisem – 25 lutego przyszedł czas zakupów akcji zastrzegałem się, że jakkolwiek w ciągu minionych 27 lat strategia dała 8-krotnie zysk, ale kilkukrotnie po drodze do tego zysku zdarzały się przejściowe straty sięgające -17,6 proc. w 2015 roku, -16,3 proc. w 2002 roku czy -5,7 proc. w 1995 roku.

W obecnym cyklu po zakupie na razie nic złego się nie stało. Po kilku tygodniach WIG jest 0,9 proc. wyżej, a maksymalna przejściowa strata w tym czasie wyniosła -2,1 proc.

Co ciekawe upływ czasu zredukował krótkoterminowe ryzyko poniesienia początkowej straty po zakupie. Gdybyśmy przesunęli momenty wszystkich zakupów o ok. 6 tygodni (tyle czasu minęło do wczoraj od sygnału kupna z 25 lutego) czyli kupowali kolejno 8 sierpnia 1992, 8 grudnia 1995, 8 kwietnia 1999, 8 sierpnia 2002, 8 grudnia 2005, 8 kwietnia 2009, 8 sierpnia 2012 i 8 grudniu 2015 (lub na następnej sesji, jeśli wtedy nie było sesji), to wielkość maksymalnej krótkoterminowej strata, którą później ponieślibyśmy spada z -17,6 proc. do -7,6 proc. Taką stratę ponieślibyśmy w ciągu następnych ponad 5 tygodni kupując WIG w grudniu 2015. Drugi najgorszy przypadek to -5,2 proc. w ciągu 8 sesji po zakupie z 8 grudnia 1995. Trzecia największa strata – 4 proc. – pojawiła się w pół roku po zakupie z kwietnia 1999. W pozostałych 5 przypadkach przejściowe straty nie przekroczyły -2,4 proc.

Utrzymanie zasady sprzedaży po 20 miesiącach nadal – pomimo przesunięcia w czasie sygnałów o 6 tygodni – gwarantowało w przeszłości zysk każdej z 8 transakcji (najbardziej „zagrożona” sprzedaż w 2000 roku przesuwa się z października na grudzień, ale nadal daje zysk, dzięki wzrostowej korekcie na WIG-u, która się rozegrała pod koniec roku).

Kosztem tej redukcji historycznego ryzyka był jednak spadek wielkości łącznego zysku od 1992 z 800-krotności początkowego kapitału do 380-krotności.

Jeśli jednak pominiemy lata 1992-1994 i zaczniemy stosować naszą „strategię” od 1995 roku, to łączny wynik się nie zmieni po przesunięciu sygnałów kupna o 6 tygodni (w obu przypadkach kapitał rósł 25,8-krotnie przy 7,8-krotnym zysku ze strategii „kup i trzymaj”).

Podsumowanie: opisanej powyżej „strategii” nie można traktować do końca poważnie i należy się liczyć, że prędzej czy później zacznie zawodzić, ale opóźnienie momentu zakupów (dokonywanych równo co „kitchinowe” 40 miesięcy) o 6 tygodni w stosunku do pierwotnie zaproponowanych (czyli ostatni zakup na sesji 8 kwietnia a nie 25 lutego 2019) redukuje – przy utrzymaniu zyskowności każdej z 8 transakcji – wielkość 3 największych przejściowych strat z -17,6 proc., -16,3 proc. i -5,7 proc. do odpowiednio -7,6 proc. -5,2 proc. i -4 proc.

Czy zachowanie stopy bezrobocia w USA może ostrzec przed recesją?

W piątek poznaliśmy wysokość stopy bezrobocia w USA w marcu. Pozostała na tym samym poziomie co miesiąc wcześniej (3,8 proc.). Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że marzec był już 4-tym kolejnym miesiącem, w którym wysokość stopy bezrobocia w USA pozostawała powyżej poziomu rocznego minimum (3,7 proc. w września i listopada ub. r.), co nie zdarzyło się od 2010 roku. Co więcej dwa ostatnie tego typu sygnały – pierwszy w danym cyklu przypadek pozostawania wysokości stopy bezrobocia w USA przed 4 kolejne miesiące powyżej poziomu jej rocznego minimum – które pojawiały się we wrześniu 2007 oraz sierpniu 2000 – poprawnie ostrzegały przed zbliżaniem się recesji, której początek był wtedy odległy o – odpowiednio – 2 miesiące i 7 miesięcy.

Niestety, jak widać na poniższym obrazku w okresie minionych 40 lat na 6 tego typu poprawnych sygnałów ostrzegających przed zbliżaniem się lub trwaniem formalnej recesji (szare pionowe paski na poniższych obrazkach; recesje z 1980 i 1981-1982 traktuję jako jedną) w gospodarce USA (według metodologii stosowanej przez NBER) przypadły 4 fałszywe sygnały (w 1984, 1986, 1995 i 1998).

Żeby wyeliminować te błędne sygnały musielibyśmy rozszerzyć powyższe kryterium aż do 11 kolejnych miesięcy powyżej rocznego minimum.

Oczywiście redukuje to użyteczność tych sygnałów, bo pojawiają się one średnio w 3 miesiące po początku gospodarczej recesji w Stanach Zjednoczonych.

Biorąc pod uwagę to, że rynek akcji w USA zaczyna „widzieć” początek recesji średnio z mniej więcej półrocznym wyprzedzeniem, to oczywiście wielkiej korzyści z takich sygnałów być nie może.

Próbowałem wymyślić coś lepszego i na razie znalazłem proste kryterium, które ze 100 proc. poprawnością ostrzegało przed recesją na średnio 3 miesiące przed jej początkiem: wysokość stopy bezrobocia wychodzi po raz pierwszy powyżej poziomu swej 23-miesięcznej średniej.

Takie sygnały ostrzegawcze pojawiały się kolejno na 3, -3, 3, 8, 2 i 5 miesięcy przed 6 ostatnimi recesjami w gospodarce USA (recesje z lat 1980 oraz 1981-82 traktuję jako pojedynczą). Średnio 3-miesięczne wyprzedzenie nadal jest zbyt małe w stosunku do 6-miesięcznego wyprzedzenia ze strony rynku akcji, ale o pół roku szybsze niż poprzednie „niezawodne” kryterium.

Obecnie 23-miesięczna średnia stopy bezrobocia w USA wynosi 4,01 proc., a więc nadal jest o 0,2 pkt. proc. powyżej wysokości stopy bezrobocia w marcu. Czyli sygnału na razie nie ma. Jeśli w przyszłości stopa bezrobocia w USA wypełznie powyżej poziomu tej średniej, to na podstawie powyższych rozważań można to będzie uznać za istotny argument ostrzegający przed zbliżaniem się pierwszej od lat 2007-2009 recesji w USA.

Jeśli uda mi się wymyślić prosty sygnał ostrzegawczy tego typu średnio szybszy niż powyższe 3 miesiące, podzielę się nim w tym miejscu.

Podsumowanie: w marcu stopa bezrobocia w USA była 4-ty miesiąc z rzędu powyżej poziomu swego rocznego minimum, co zdarzyło się po raz pierwszy od 2010 roku. Wyjście wysokości stopy bezrobocia w USA powyżej poziomu jej 23-miesięcznej średniej w okresie minionych w okresie minionych 40 lat ze 100 proc. skutecznością ostrzegało przed początkiem recesji średnio 3 miesiące później. W marcu stopa bezrobocia (3,8 proc.) była nadal poniżej poziomu swej 23-miesięcznej średniej (4,01 proc.).

Dalszy spadek nowych zamówień w niemieckim przemyśle

Wczoraj marudziłem, że w obecnym cyklu wydarzenia na rynkach rozgrywają się szybciej niż to sugerowałaby historyczna norma. Tego samego z Niemiec nadeszła informacja o kolejnym spadku wartości nowych zamówień w tamtejszym przemyśle. Ich wartość – w cenach stałych – spadła w lutym do najniższego poziomu od stycznia 2017. W okresie minionych 30 lat takie 25-miesięczne minimum wartości nowych zamówień w niemieckim przemyśle pojawiało się wcześniej 3-krotnie (we wrześniu 2012, od września 2008 oraz od maja 1992) zawsze sygnalizując recesję w gospodarce Niemiec (patrz również komentarze ze stycznia „Gospodarka Niemiec na granicy recesji” i „Im gorzej tym lepiej?„).

2-miesięczna zmiana wartości nowych zamówień osiągnęła w lutym poziom -6,2 proc. Od 1990 roku tak silny spadek pojawił się tylko w trakcie wielkiej recesji pomiędzy październikiem 2008 a lutym 2009.

W ówczesnym cyklu WIG otrząsnął się z szoku wychodząc na swoje roczne maksimum dopiero w październiku 2009, a więc w rok po pojawieniu się podobnego do tego z lutego br. załamania wielkości nowych zamówień w przemyśle naszego największego partnera handlowego czyli Niemiec. W obecnym cyklu takie roczne maksimum WIG-u pojawiło się już w 2 miesiące później (w tym tygodniu).

Roczna zmiana wartości nowych zamówień w niemieckim przemyśle w przeszłości wyprzedzała roczną dynamikę produkcji przemysłowej w Niemczech o średnio 2 miesiące. W lutym wynosiła ona -8,2 proc. (najmniej od okresu wrzesień 2008-październik 2009).

Jeśli sprawdzimy historyczne epizody, kiedy roczna dynamika wartości nowych zamówień w niemieckim przemyśle spadała poniżej -7 proc., to zobaczymy, że na 5 tego typów wcześniejszych epizodów z okresu minionych 30 lat 3 takie sygnały – z czerwca 2008, października 2001 oraz sierpnia 1992 – raczej nie były dobrymi sygnałami kupna dla DAX-a.

Nie wygląda to jakoś specjalnie zachęcająco i potwierdza obserwację, że w obecnym cyklu rosnące już od końca grudnia rynki akcji interpretują rzeczywistość gospodarczą nad wyraz optymistycznie zakładając, że kwestie Brexitu i amerykańsko-chińskiego sporu handlowego zakończą się ostatecznie pozytywnie dla uzależnionych od poziomu globalnego handlu niemieckich eksporterów.

To może być słuszne założenie, a może okazać się błędne. Jeśli jednak te same 5 sygnałów z niemieckiej gospodarki nałożymy na wykres WIG-u (czy MSCI Emerging Markets Index) to zobaczymy, że już tylko jeden z nich (ten z 2008 roku) można uznać za błędny sygnał kupna akcji.

Analiza historyczne sugeruje więc 80 proc. prawdopodobieństwo ostatecznie optymistycznego scenariusza dla polskich akcji. Te 20 proc. zostaje na warianty przyszłości, w których ewentualny „twardy” Brexit czy niespodziewane przedłużenie amerykańsko-chińskiej wojny handlowej jednak ponownie zachwieje globalnym handlem.

Podsumowanie: nowe zamówienia w niemieckim przemyśle spadły w lutym na najniższy poziom od 25 miesięcy, a ich 2-miesięczna i roczna dynamiki były najniższe od lat 2008-2009. W historii GPW podobne epizody osłabienia koniunktury w niemieckim przemyśle w 4 na 5 przypadków były raczej dobrymi momentami do akumulacji polskich akcji. Wyjątkiem był sygnał z czerwca 2008 roku (o którym dowiedzieliśmy się w sierpniu 2008), kiedy to niespodziewany upadek banku Lehman Brothers doprowadził do przedłużenia fazy spadkowej globalnego cyklu gospodarczego i bessy na rynkach akcji. W obecnym cyklu podobną rolę mógłby odegrać nieoczekiwanie pesymistyczny rozwój wydarzeń w kwestii Brexitu czy amerykańsko-chińskiego sporu handlowego, ale na razie rynki najwyraźniej nie oceniają wysoko prawdopodobieństwa takich scenariuszy.

WIG najwyżej od roku

Na zamknięciu środowej sesji WIG znalazł się na najwyższym poziomie od roku. Z punktu widzenia historycznych zależności, które śledzę, taki dowód siły rynku akcji pojawia się o kilka miesięcy za wcześnie, ale cóż poradzić…

Można skonstruować prosty sygnał – „WIG wychodzi z ‚istotnego dołka’ na 8-miesięczny szczyt” – który pojawiał się we wszystkich poza jednym (tym z lat 2004-2007, kiedy w trakcie bessy nie było „istotnego dołka”) – cyklach bessa-hossa.

Tylko w grudniu 1991 – a więc z zupełnie zamierzchłych czasach – taki sygnał pojawił się podczas korekty wzrostowej w bessie. W pozostałych 6 przypadkach zawsze takie zjawisko występowało już w trakcie trwania nowej cyklicznej hossy. Jedynie jeszcze w przypadku sygnału ze stycznia 2002 można mówić o pułapce – zaraz później WIG rozpoczął silną ponad 20 proc. półroczną korektę, która jednek nie sprowadziła indeksu poniżej dołka bessy.

Tak jak wspomniałem powyżej jak na mój gust wszystko to się dzieje zbyt wcześnie z punktu widzenia typowych cyklicznych zależności obserwowanych wcześniej. Obecny sygnał pojawi się zaledwie 2,5 roku po poprzednim z października 2016. W przeszłości najmniejsza odległość pomiędzy takimi sygnałami wynosiła 2 lata i 9 miesięcy (kwiecień 1999-styczeń 2002). 17 lat temu rynek za ten pośpiech musiał zapłacić „karę” w postaci spadkowej korekty do lipca 2002 i stagnacji do marca 2003. Teraz też taka „kara” – choćby niewielka – by się przydała i można wymyślać dla niej różne pretekstu – Brexit, wybory do parlamentu europejskiego, amerykańsko-chińskie negocjacje handlowe itp. – ale oczywiście rynek można mieć odmienne wyobrażenia na temat tego, co jest obecnie właściwe, a co nie.

Przy okazji polecam skonfrontowanie prowadzonych tu często rozważań na temat cyklu Kitchina w gospodarce i na rynkach z ciekawym ujęciem tego tematu zaproponowanym na blogu „10 proc. rocznie” (dziękuję panu chfwatch za zwrócenie uwagi): „Nowe dołki zadziwiająco skuteczne w prognozowaniu przyszłości„.

Podsumowanie: WIG wyszedł na najwyższy poziom od roku, co w przeszłości – po okresach istotnego spadku – zwykle było sygnałem trwania nowej cyklicznej hossy. Wszystko to rozgrywa się „przedwcześnie” z punktu widzenia typowych cyklicznych zależności z przeszłości, więc można spekulować, że ten „falstart” zostanie „ukarany” w najbliższych miesiącach korektą (a la okres styczeń 2002-marzec 2003), ale oczywiście rynek może mieć inne plany.