Skromna prośba do „TPTB”

Podejdźmy dziś do kwestii „wschodzących” rynków akcji od innej niż wczoraj strony. Bessie na wschodzących rynkach akcji zwykle towarzyszył spadek poziomu oczekiwań inflacyjnych w USA – deflacyjne kryzysy raczej nie służą peryferyjnym gospodarkom. Ten oczekiwany przez rynek poziom inflacji w przyszłości można szacować porównując rentowność obligacji np. 10-letnich od rentowności obligacji indeksowanych inflacją o podobnym terminie wykupu. Na poniższym wykresie widać na tle MSCI Emerging Markets Index taką „10 year break-even inflation rate”.

Oczekiwany przez rynek średni poziom rocznej dynamiki CPI w USA w ciągu następnych 10 lat spada od kwietnia-maja 2018 i przedwczoraj wynosił 1,53 proc. (wobec faktycznej dynamiki CPI w lipcu na poziomie 1,81 proc.).

W przeszłości odpowiednio silne załamanie poziomu oczekiwań inflacyjnych skłaniało FED do agresywnego łagodzenia polityki pieniężnej, co z czasem przełamywało bessę na EM. Hossa na rynkach akcji trwała zwykle później do czasu, kiedy oczekiwania inflacyjne osiągnęły wysoki poziom (ponad 2,4 proc.), co z kolei skłaniało FED do zaostrzania polityki pieniężnej, co z czasem generowało cykliczną bessę na rynkach akcji.

Czy istnieje taki poziom oczekiwań inflacyjnych, przy którym można już „bezpiecznie” kupować akcje na rynkach wschodzących, tak by mieć pewność, że niebawem nadjedzie z pomocą fedowska kawaleria obniżkami stóp generując nową hossę?

W okresie minionych 20 lat takim poziomem była wartość „10 year break-even inflation” niższa niż 1,3 proc. Na poniższym wykresie MSCI Emerging Markets Index zaznaczyłem momenty, w których ten wskaźnik miał właśnie wartość niższą niż 1,3 proc.

Można oczywiście marudzić, że po Lehmanie ten sygnał kupna zaczął pojawiać się na 3 tygodnie przed dołkiem ówczesnego załamania z 27 października 2008, no ale jak na ekstremalne warunki pokoleniowego kryzysu wtedy panującego nie był to aż taki zły rezultat.

Obecny poziom oczekiwanej w USA w ciągu następnych 10 lat inflacji (1,54 proc.) jest już relatywnie niski, ale do „bezpiecznej” dla rynków akcji na EM strefy poniżej 1,3 proc. jednak mu jeszcze trochę brakuje.

Gdyby w przeszłości kupować po spadku tego wskaźnika do ostatnich poziomów, to co prawda dostalibyśmy dodatkowy bardzo fajny sygnał kupna we wrześniu 2002 i zyskowny w perspektywie następnych 8 miesięcy sygnał kupna z sierpnia 2010, ale w pozostałych przypadkach narazilibyśmy się na przedwczesne zakupy.

Mam zatem skromny apel do „TPTB” o zorganizowanie jeszcze jednego małego kryzysiku deflacyjnego w najbliższych tygodniach, który zbiłby poziom oczekiwań deflacyjnych o kolejne przynajmniej 15 punktów bazowych do „bezpiecznego” dla akcji na EM poziomu niższego niż 1,3 proc. (przy okazji zapewne wynosząc dolara jeszcze trochę wyżej a ropę jeszcze trochę niżej).

Podsumowanie: w przeszłości kupno akcji na EM było relatywnie bezpieczne po spadku poziomu 10-letnich oczekiwań inflacyjnych w USA poniżej poziomu 1,3 proc. Obecny poziom 1,54 proc. ciągle wydaje się nieco za wysoki by uznawać akcje na EM na ich obecnych poziomach za bardzo atrakcyjne.

2001 i 2012?

Spośród omawianych wczoraj 3 wskaźników „szerokości” koniunktury gospodarczej na świecie najlepiej zachowuje się ten dla „rynków wschodzących” oparty na zachowaniu indeksów Citi Early Warning Signal Risk dla różnych krajów. Wzrósł on w lipcu od styczniowo-lutowego dołka na niskim poziomie (<=9 pkt.) o ponad 7 punktów.

Tak zdefiniowany sygnał pojawił się w okresie minionych 22 lat po raz pierwszy w danym cyklu po raz 7-my. 4-krotnie było to już po dołku cen akcji na EM w ramach cyklu Kitchina. W dwu przypadkach – sierpień 2001 oraz kwiecień 2012 – taki sygnał pojawiał się na ok. 2 miesiące przed cyklicznym dołkiem cen akcji (21 października 2001, 4 czerwca 2012).

Zakupu akcji na rynkach „wschodzących” dokonywane po tych 6 historycznych sygnałach były dosyć bezpieczne. W każdym z przypadków już 7 miesięcy po sytuacji odpowiadającej obecnej MSCI EM Index (w lokalnych walutach) wychodził na plus i ta sytuacja powtarzała się kilkukrotnie przez następne kilkanaście miesięcy.

Projekcja wartości MSCI Emerging Markets Index uzyskana przez uśrednienie jego ścieżek wokół tych 6 historycznych sygnałów jest już w hossie od 8 miesięcy, chociaż od października 2018 do kwietnia 2019 rzeczywistość na EM okazała się wyraźnie lepsza niż wywiedziona z historii oczekiwana ścieżka i dopiero w ostatnich miesiącach wraca do „normy”. Sądzę, że byłoby „uczciwie”, gdyby EM zapłaciły teraz za to wcześniejsze chojrakowanie proporcjonalnym zejściem poniżej wyznaczonej ścieżki.

Jeśli chodzi o podobieństwo do zachowania cen akcji na EM z ostatnich w lat można wyróżnić 2 z tych 6 epizodów – lata 2010-2012:

… oraz lata 1999-2001:

W pierwszym przypadku do ostatecznego dołka na „wschodzących” rynkach akcji zostało 11 sesji, w drugim 24 sesje (plus Bin Laden w gratisie po drodze). W obu przypadkach daje to wrzesień. Obie te analogie ta z 2001 rokiem (cykl Kuznetsa) oraz ta z 2012 rokiem (podwójny cykl Kitchina czy cykl 6,(66)-letni) wielokrotnie się w tym miejscu pojawiały.

Podsumowanie: wrzesień – statystycznie najgorszy dla akcji miesiąc w roku – to ostatni moment na „tanie” zakupy na EM? Czy może jednak rozsądniej jest z zakupami poczekać do października „miesiąca krachów”, w którym wisienką na torcie może okazać się Brexit?

Wskaźniki „szerokości” koniunktury gospodarczej na świecie zapowiadają koniec spowolnienia

Łagodne spowolnienie gospodarcze w naszym kraju było kontynuowane w II kw. br. Roczna dynamika PKB, która w bieżącym cyklu osiągnęła szczyt w III kw. 2017 (+5,5 proc.) spadła po raz 4-ty z rzędu osiągając poziom +4,4 proc.

Zachowanie moich „wskaźników wyprzedzających wskaźniki wyprzedzające” dla krajów OECD, UE i „Emerging Markets” nie sugeruje by to schłodzenie koniunktury miało się przeciągać w nieskończoność.

Wskaźnik „szerokości” koniunktury gospodarczej w krajach OECD sugeruje dołek spowolnienia gospodarczego w naszym kraju w maju-czerwcu br.

Wskaźnik „szerokości” koniunktury gospodarczej w krajach UE sugeruje dołek spowolnienia gospodarczego w naszym kraju we wrześniu br.

Wskaźnik „szerokości” koniunktury gospodarczej w krajach klasyfikowanych jako „rynki wschodzące” sugeruje dołek spowolnienia gospodarczego w naszym kraju w grudniu 2019-styczniu 2020.

Jak widać rozstrzał sugerowanych terminów apogeum spowolnienia jest duży – od maja 2019-do stycznia 2020, ale na razie zachowanie tych wskaźników jest typowe dla okresu poprzedzającego końcową fazę spowolnienia gospodarczego.

Należy jednak zrobić trzy zastrzeżenia. Po pierwsze istnieje ryzyko, że polska gospodarka może w przyszłym roku cierpieć na powyborczego kaca („Czy polskie rządy manipulują koniunkturą gospodarczą w okresie przedwyborczym?”). Z drugiej strony w przyszłym roku są wybory prezydenckie, więc może prawdziwy kac przeniesie się dopiero na okres po nich.

Po drugie dołki tych 3 wskaźników wypadły na bardzo niskich poziomach – najniższym od lat 2008/9 roku dla OECD i najniższym od lat 2011-2012 dla UE i EM. Tymczasem do tej pory cykliczne spowolnienie gospodarcze w Polsce – podobnie jak w niektórych innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej – miało bardzo łagodny przebieg. Trudno ocenić, czy to dowód siły (wynikającej z np. relatywnie dużej odporności na spowolnienie w Chinach), która utrzyma się w przyszłości czy też jedynie opóźniona reakcja na globalne trendy, która z czasem ujawni się w pełni (tak jak w 2012 roku po wyborach z jesieni 2011).

Po trzecie moje wskaźniki zachowują się jakby już widziały początek następnego cyklicznego ożywienia gospodarczego, ale nie ma się co łudzić, że są one odporne na wydarzenia typu bankructwo Lehman Brothers we wrześniu 2008, „tłity” Trumpa czy inny ewentualny „Chinageddon”. Ostatnie „zęby” na wykresie „szerokości” koniunktury gospodarczej w krajach UE wyglądają bardzo podobnie do wzorka z okresu grudzień 2007-sierpień 2008, a co było później wszyscy pamiętamy. Równocześnie jednak zachowanie wskaźnika wyprzedzającego dla EM wydaje się być bardzo zdrowe i w okresie minionych ponad 20 lat jednoznacznie identyfikowało początki 6 poprzednich cyklicznych ożywień w światowej gospodarce.

Podsumowanie: zachowanie moich wskaźników „szerokości” koniunktury gospodarczej w krajach OECD, UE i EM sugeruje dołek obecnego cyklicznego spowolnienia gospodarczego w Polsce pomiędzy majem br. a styczniem 2019. Oczywiście należy pamiętać, że pojawienie się jakiegoś odpowiednio dużego „czarnego łabędzia” (a la bankructwo Lehman Brothers z września 2008) może spowodować, że powyższy wniosek okaże się błędny.

Świece zostały rzucone: grupa wsparcia

Znowu zamiast generalnie płaskiego tygodnia dostaliśmy solidny spadek WIG-u 20 przerwany we wtorek (a nie jak w ubiegłotygodniowej sugestii w środę) próbą odbicia w górę.

Ponieważ dla tak słabego WIG-u 20 – nie w sensie skali spadku, ale charakteru świec – trudno znaleźć w przeszłości liczne precedensy, to wyciąganie wniosków na temat najbliższej przyszłości jest obarczone bardzo dużym ryzykiem błędu.

Ale gdyby na siłę kontynuować tę zabawę, to moglibyśmy sprawdzić, ile było czarnych spadkowych świec od ostatniego szczytu 31 sesji temu. Okazuje się, że tak dużo jak ostatnio czarnych spadkowych świec było w na WIG-u 20 tylko raz – okresie październik-grudzień 2015. Taki jak piątkowy sygnał padł 9 grudnia 2015, a więc na 7 tygodni przed końcem cyklicznej bessy.

Dalszy ciąg był wtedy taki:

… co sugerowałoby gdzieś w okolicach środy lokalny dołek przed 2-tygodniowym odbiciem.

Ale jak już wspomniałem, nie jest to wynik, do którego można przywiązywać większą wagę w bardzo krótkoterminowej perspektywie, chociaż można zauważyć to, że taki jak piątkowy sygnał pojawił się wtedy na 7 tygodni przed kitchinowym dołkiem bessy na GPW, co pasuje do obecnego układu cykli w mojej interpretacji („Challenge accepted„).

Można również sprawdzić, kiedy w przeszłości WIG-20 wychodził na ponad 2-letnie dołki, tak jak w minionym tygodniu:

Jak widać taki sygnał pojawiał się w 5-iu z 6-ciu ostatnich cykli.

Uzyskana na podstawie tych sygnałów WIG-u 20 spada do grudnia, kiedy to rozpoczyna cykliczny wzrost.

Co ciekawe tu również pomiędzy 5-tą sesją po sygnale (to za 2 dni w środę) a 20-tą sesją po sygnale projekcja robi korektę wzrostową, taką jak opisane wcześniej sugerowana przez analogię z sytuacją z grudnia 2015.

Na koniec zaważę, że WIG-20 dotarł do ważnego poziomu wsparcia i wychodząc na ponad 2-letni dołek zaczął je naruszać:

W 2012 roku ten poziom został ostatecznie obroniony. W kolejnym cyklu WIG-20 flirtował z nim przez 2 miesiące, by go wreszcie przełamać i spaść o rozmiar wcześniejszej konsolidacji na niższy „poziom energetyczny”. „Reguła zmienności” wspiera analogię z wiosną 2012, ale oczywiście po takim popisie słabości naszego rynku jak ostatni obstawianie aż tak optymistycznej wersji wydaje się niezbyt uzasadnione. Z drugiej strony na rynku wszystko jest możliwe – kto by na przykład uwierzył w listopadzie ub. r., że WIG-20 nie pogłębi październikowego dołka w sytuacji, gdy S&P 500 zanotuje największy grudniowy spadek od czasu Wielkiej Depresji?

Podsumowanie: wychodząc na ponad 2-letnie minimum WIG-20 zaczyna naruszać ważny poziom wsparcia. Projekcja oparta na 5 poprzednich takich sygnałach spada do grudnia. W ciągu 31 sesji od ostatniego szczytu było 21 czarnych spadkowych świec, co wcześniej zdarzyło się tylko raz – taki jak piątkowy sygnał padł 9 grudnia 2015 na 7 tygodni przed końcem ówczesnej cyklicznej bessy. Dwa narzędzia podpowiadają silniejszą 2-3 tygodniową korektę startującą z hipotetycznego środowego dołka, ale oczywiście jest to wniosek wysoce spekulatywny.

Blisko, coraz bliżej

Dwa miesiące temu analizowałem względną wycenę amerykańskich akcji wobec tamtejszych 10-letnich obligacji skarbowych („Co może uczynić amerykańskie akcje relatywnie atrakcyjnymi?„). Uzyskałem wtedy następujący wniosek:

„Jak widać te wskaźniki przebyły już ponad połowę drogi od szczytów relatywnej wyceny z 2018 roku do hipotetycznych poziomów, które można by uznać za zachętę do sprzedaży obligacji i kupna akcji. Ale to tych wartości ciągle jeszcze jest w miarę daleko.

Pojawia się od razu pytanie, co musiałoby się stać, by to kryterium relatywnie atrakcyjności akcji względem obligacji skarbowych zostało ponownie spełnione.

Można to osiągnąć na 3 sposoby:

1) przeceniając S&P 500 o 38 proc. (CAPE) lub 24 proc. (forward P/E);

2) obniżając rentowność 10-latek amerykańskiego rządu z obecnych 2,11 proc. do 1,3 proc. (CAPE) lub 1,6 proc. (forward P/E);

3) stosownie podnosząc oczekiwania analityków co do zysków amerykańskich firm w ciągu następnych 12 miesięcy.”

Od tamtej pory wysokość oczekiwanych przez analityków w ciągu najbliższych 12 miesięcy zysków spółek wchodzących w skład indeksu S&P 500 niewiele się zmieniła:

… podobnie jak wartość samego S&P 500 (w stosunku do poziomu z 12 czerwca indeks spadł zaledwie o raptem nieco ponad 1 proc.):

Runęły natomiast w dół – kontynuując rozpoczętą jesienią cykliczną hossę („Zbliża się czas obligacji skarbowych„) – rentowności 10-latek amerykańskiego rządu:

Wczoraj rentowność 10-latek spadła do poziomu 1,52 proc. niewiele już wyższego od dołków z 25 lipca 2012 (1,43 proc.; szczyt obaw przed Eurogeddonem) i 5 lipca 2016 (1,37 proc.; referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu).

O ile w odniesieniu do wskaźnika cena/zysk dla S&P 500 liczonego dla średnich zysków z ostatniej dekady („Shiller’s Cyclically Adjusted P/E Ratio”) to ciągle za mało:

… by wygenerować sygnał sprzedaży obligacji i kupna akcji taki jak te z przełomu lat 2008/2009, tego z lat 2011-2012 czy te z 2016 roku.

Ale w przypadku „12 month forward P/E” poziom, który sobie wcześniej ustaliłem jako taki sygnał, został właśnie osiągnięty:

… i w efekcie taki sygnał zachęcający do pozbycia się obligacji skarbowych i zakupu akcji został wygenerowany:

Oczywiście nie należy tego traktować zupełnie dosłownie. Pomiędzy pojawieniem się takiego jak czwartkowy sygnału 16 grudnia 2008 S&P 500 zdołał jeszcze spaść w ciągu niecałych 3 miesięcy o 26 proc. (a nasz rynek został zdewastowany ujawnieniem się problemu opcji walutowych).

Również w kontekście inwersji krzywej rentowności w USA istnieje ryzyko, że oczekiwania analityków co do przyszłych zysków amerykańskich firm są przeszacowane (ale mogą być też oczywiście niedoszacowane, jeśli Trumpowi uda się wyciągnąć z kapelusza jakiej korzystne dla USA porozumienie z Chinami).

Ale warto zarejestrować ten sygnał, bo „twarde ręce” cały czas przyglądają się (czy ręce mogą się przyglądać?) relatywnej atrakcyjności akcji i obligacji i w pewnym momencie mogą przystąpić do działania. Z powyższych rozważać wynika, że moment ten nastąpi najpóźniej w listopadzie.

Podsumowanie: super-hossa na rynku obligacji skarbowych spowodowała, że rentowność 10-latek rządu USA w relacji do wskaźnika cena/zysk dla S&P 500 liczonego na podstawie oczekiwanych przez analityków zysków amerykańskich firm w ciągu następnych 12 miesięcy spadła do poziomów obserwowanych jedynie pomiędzy grudniem 2008 a marcem 2009, od września 2011 do maja 2013 oraz w lutym i czerwcu-lipcu 2016. Jak się później okazywało były do dobre momentu do akumulacji akcji, chociaż w krótkim terminie – do 3 miesięcy – akcje mogły nadal istotnie tanieć.

Historyczne minimum rentowności 10-letnich obligacji polskiego rządu

Rentowność 10-latek polskiego rządu spadła w ostatnich dniach do najniższego poziomu w historii (1,87 proc.). Można ten sygnał porównać z trzema podobnymi z okresu minionych 15 lat, które pojawiały się kolejno 7 czerwca 2005, 6 listopada 2012 oraz 25 sierpnia 2014.

Po tych 3 historycznych sygnałach cykliczna hossa na krajowym rynku obligacji kontynuowana była jeszcze przez odpowiednio 3,5 miesiąca, 6 miesięcy i 5 miesięcy. Rentowność 10-latek w tym czasie spadała o dalsze odpowiednio 0,55 pkt. proc., 1,31 pkt. proc. 1,08 pkt. proc. Gdyby to odnieść do dzisiejszej sytuacji to oznaczałoby to spadek rentowności odpowiednio do 1,43 proc., 0,67 proc. oraz 0,90 proc. z obecnego poziomu 1,87 proc.

W każdym z tych 3 przypadków 10 miesięcy później rentowności były już wyższe niż w momencie generowania sygnału o przynajmniej 0,16 pkt. proc. Czyli można przyjąć, że w okolicach czerwca 2020 rentowności polskich 10-latek będą ponownie powyżej poziomu 2,14 proc.

Równocześnie w każdym z tych 3 przypadków ok. 4 miesiące po sygnale rentowność była niższa niż w momencie generowania sygnału o przynajmniej 0,38 pkt. proc. Można więc założyć, że w grudniu br. roku rentowność 10-latek powinna być nie wyżej niż 1,60 proc.

Projekcja rentowności 10-latek polskiego rządu uzyskana przez uśrednienie ich trajektorii wokół tych 3 podobnych do obecnego sygnałów spada do lutego przyszłego roku do poziomu 1,36 proc.

Osobiście jestem sceptyczny, co do aż tak optymistycznego scenariusza i obstawiałby raczej koniec hossy na obligacjach w okolicach kolejnej daty Brexitu czyli 31 października br. Szczyt poprzedniej cyklicznej hossy na globalnym rynku obligacji skarbowych wypadł w lipcu 2016, a więc zaraz po brytyjskim referendum. Typowa długość krótkiego cyklu koniunkturalnego w gospodarce czyli cyklu Kitchina to 40 miesięcy, a 40 miesięcy po lipcu 2016 wypada listopad 2019.

Podsumowanie: w ostatnich dniach rentowność 10-letnich obligacji polskiego rządu spadła do najniższego w historii poziomu 1,87 proc. Gdyby próbować zgadnąć dalsze zachowanie rentowności 10-latek na podstawie 3 poprzednich przypadków z ostatnich 15 lat z 7 czerwca 2005, 6 listopada 2012 oraz 25 sierpnia 2014, gdy pojawiał się podobny sygnał (nowe historyczne minimum rentowności), to można by spekulować, że w grudniu br. roku rentowność 10-latek powinna być nie wyżej niż 1,60 proc., zaś w czerwcu 2020 rentowność polskich 10-latek ponownie znajdzie się powyżej poziomu 2,14 proc.

Nie-boskie Buenos

Rynek kapitałowy składa się z dwu głównych części: rynku obligacji i rynku akcji. Na tym pierwszym trwa od jesieni szalona hossa i miałem dziś pisać o nowym rekordowo niskim poziomie rentowności polskich 10-letnich obligacji skarbowych. Zgodnie z logiką cyklu koniunkturalnego z czasem, gdy dysproporcje wyceny pomiędzy obligacjami a akcjami staną się skrajne, ta hossa przeniesie się z rynku obligacji na rynek akcji. Warto się to tego intelektualnie przygotować, do czego przydatna może się okazać lektura nowego magazynu („thinkzinu”) poświęconego rynkowi kapitałowemu „Stock Market„, którego pierwsze wydanie się niedawno ukazało. Zdarzyło mi się coś do niego napisać.


Prezentujemy Państwu pierwsze wydanie nowego pisma Stock Market — efekt naszej kilkumiesięcznej, wytężonej pracy. Podobnie jak polscy przedsiębiorcy i warszawska giełda mamy wielkie ambicje. Chcemy, aby Stock Market był miejscem poważnej, merytorycznej debaty na temat przyszłości polskiego rynku kapitałowego, ale także budowania potencjału polskich firm giełdowych i nie tylko. Zadbaliśmy również, aby te tematy miały ekskluzywną oprawę. Styl Stock Market ma oznaczać przynależność do elity. Zdecydowaliśmy się na kwartalny okres publikacji, który pozwala na spojrzenie na rynek „chłodnym okiem” z perspektywy ponad emocjami towarzyszącymi codziennym notowaniom. Taki horyzont sprzyja podejmowaniu strategicznych decyzji. Pamiętamy, że oprócz biznesu jest również czas na realizację życiowych pasji, dlatego będziemy także śledzić wartościowe trendy lifestylowe. W pierwszym numerze rozmawiamy m. in. z prezesem GPW i prezesem PKO BP. Na współpracę z naszym „thinkzinem” zdecydowali się eksperci, których nazwiska gwarantują odważne i wartościowe opinie. Liczymy, że dadzą one nowy impuls do giełdowych i biznesowych dyskusji. Zapraszamy do lektury i czekamy na Państwa opinie.

Życzę owocnej lektury.

Jak wspomniałem miałem pisać o rekordach na polskim rynku obligacjach, ale zmieniłem plany literackie pod wpływem wczorajszych wydarzeń w Argentynie. Nieczęsto bowiem można obserwować spadek głównego indeksu giełdowego kraju o 38 proc. w ciągu jednego dnia, a coś takiego właśnie zdarzyło się w Argentynie.

Mam historię Mervala od 1989 roku i w tym okresie do wczoraj największy jednodniowy spadek miał miejsce 8 stycznia 1990 roku (-26,3 proc.).

Zawaliła się również argentyńska waluta – kurs dolara względem peso wzrósł o 22,6 proc. To największy taki wzrost od 18 grudnia 2015 (ówczesna cykliczna bessa na globalnym rynku akcji skończyła się niecałe 2 miesiące później).

Jeszcze wcześniej podobne jednodniowe załamania kursu peso miały miejsce w styczniu i marcu 2002 (a więc już po początku hossy na rynkach wschodzących, ale przed silną korektą tej rodzącej się wtedy w bólach hossy na peryferyjnych rynkach akcji).

To skojarzenie z sytuacją sprzed 17 lat można traktować jako element historycznego rymu wynikającego z cyklu Kuznetsa. System finansowy Argentyny tradycyjnie nie wytrzymuje deflacyjnej presji pojawiającej się przy skrajnych wychyleniach dolara w ramach wynikających z tego cyklu oscylacji.

Bezpośrednią przyczyną tych spektakularnych ruchów były wyniki niedzielnych prawyborów, które wygrał kandydat opozycyjnych peronistów.

„Ruch zapoczątkował Juan i Eva Perón w latach 40. XX wieku. Oparty jest na idei justycjalizmu (sprawiedliwości społecznej), nacjonalizmu (dążenie do budowy „wielkiej Argentyny”) i „trzeciej drogi” pomiędzy kapitalizmem i komunizmem. W polityce gospodarczej postuluje zwiększenie interwencji państwa w gospodarce i współpracy państwa ze związkami zawodowymi. W polityce zagranicznej propaguje utrzymanie niezależności wobec Stanów Zjednoczonych.

Swoją drogą różne analogie z historią Polski ostatnich dziesięcioleci są interesujące:

The populist administration of Juan Perón nationalized the Central Bank, railways, and other strategic industries and services from 1945 to 1955. The subsequent enactment of developmentalism after 1958, though partial, was followed by a promising fifteen years. Inflation first became a chronic problem during this period (it averaged 26% annually from 1944 to 1974);[ but though it did not become fully „developed,” from 1932 to 1974 Argentina’s economy grew almost fivefold (or 3.8% in annual terms) while its population only doubled. While unremarkable, this expansion was well-distributed and so resulted in several noteworthy changes in Argentine society – most notably the development of the largest proportional middle class (40% of the population by the 1960s) in Latin America as well as the region’s highest-paid, most unionized working class.

The economy, however, declined during the military dictatorship from 1976 to 1983, and for some time afterwards.[ The dictatorship’s chief economist, José Alfredo Martínez de Hoz, advanced a corrupt, anti-labor policy of financial liberalization that increased the debt burden and interrupted industrial development and upward social mobility. Over 400,000 companies of all sizes went bankrupt by 1982,and neoliberal economic policies prevailing from 1983 through 2001 failed to reverse the situation.[

Record foreign debt interest payments, tax evasion, and capital flight resulted in a balance of payments crisis that plagued Argentina with severe stagflation from 1975 to 1990, including a bout of hyperinflation in 1989 and 1990. Attempting to remedy this situation, economist Domingo Cavallo pegged the peso to the U.S. dollar in 1991 and limited the growth in the money supply. His team then embarked on a path of trade liberalization, deregulation, and privatization. Inflation dropped to single digits and GDP grew by one third in four years.

Z perspektywy czasu można ocenić, że z kontrariańskiego punktu widzenia piosenka Maanamu z 1980 roku była sygnałem ostrzegawczym:

Podsumowanie: wczorajszy 38 proc. krach na argentyńskim rynku akcji był największym jednodniowym spadkiem Mervala od przynajmniej 30 lat. Poniedziałkowe załamanie kursu peso względem dolara nasuwa skojarzenia z podobnymi ruchami z grudnia 2015 oraz stycznia i marca 2002.

Świece zostały rzucone: kolor czerni

Świecowe analogie sprzed tygodnia okazały się nietrafne. Zamiast generalnie płaskiego tygodnia z białymi świecami we wtorek i piątek dostaliśmy kolejny silny spadek WIG-u 20 z jedną próbą przełamania słabości w czwartek.

W efekcie otrzymaliśmy sekwencję 15 sesji, z których 13 było spadkowymi czarnymi świecami. W przeszłości taka czarna seria pojawiała się tylko raz pomiędzy 19 maja a 5 czerwca 2015, czyli na początku fali C nieregularnej płaskiej fali bessy rozpoczętej we wrześniu 2014. Porównanie obu sekwencji sugeruje ponownie raczej płaski tydzień z silniejszym wzrostem w środę, ale oczywiście wiarygodność takiej projekcji opartej na pojedynczej analogii jest bardzo niska.

Nie chcąc zostać z tak raczej mało interesującym wnioskiem postanowiłem spojrzeć na wykres WIG-20 z trochę innej strony. Opisałem sobie obecną sytuację jako „zejście WIG-u 20 do 9-miesięcznego minimum w sytuacji, w której 200-sesyjna średnia indeksu ciągle jest wyżej niż tydzień wcześniej”. Taki sygnał padł we wtorek. Szukałem w ten sposób epizodów historycznych, w trakcie których indeks szybko spadał do istotnych minimów, po dłuższym okresie przynajmniej stabilizacji”.

Takich wcześniejszych przypadków znalazłem 7:

Projekcja uzyskana przez uśrednienie ścieżek WIG-u 20 wokół tych 7 sygnałów:

… wygląda tak:

Czyli pierwsze poważniejsze odbicie zaczyna się dopiero za 8 sesji, a trwalszy wzrost za 50 sesji, czyli w drugiej połowie października br.

Jeśli jednak wśród tych 7 epizodów z przeszłości poszukać najbardziej podobnego do ostatniego zachowania WIG-u 20 to okaże się nim okres przed sygnałem z 21 czerwca 2013.

Ówczesny dołek odpowiada dzisiejszej sesji (4-tej sesji po sygnale), jego test następował na 8 sesji później (na 12-tej sesji po sygnale), a wtórne minimum pojawiało się na 54 sesji po sygnale, czyli dosyć podobnie jak w przypadku projekcji opartej o wszystkie 7 sygnałów.

Cechą wspólną i projekcji opartej o wszystkie 7 sygnałów i analogii z czerwca 2013 jest silniejszy wzrost indeksu rozpoczynający się w 11-12 sesji po takim sygnale jak wtorkowy. To byłby 22-23 sierpnia.

Podsumowanie: w przeszłości tylko w okresie do 5 czerwca 2015 WIG-20 w trakcie 15 kolejnych sesji zrobił 13 czarnych spadkowych świec. Projekcja oparta na sygnale zdefiniowanym jako zejście WIG-u 20 do 9-miesięcznego dołka przy 200-sesyjnej średniej wyższej niż tydzień wcześniej, podpowiada okolice 22-23 sierpnia jako moment początki silniejszego odbicia w górę i drugą połowę października jako początek trwalszego wzrostu (po utworzeniu podwójnego dna).

FED obniży stopy jeszcze o przynajmniej pół punktu procentowego?

W okresie minionego pokolenia (długość pokolenia to odległość pomiędzy wiekiem ojca a średnim wiekiem jego dzieci czyli ok. 34 lat) różnica pomiędzy rentownością 2-letnich obligacji rządu USA a główną stopą FED 5-krotnie spadała do równie niskiego poziomu co ostatnio (-0,79 pkt. proc. w czerwcu).

Trzykrotnie – w latach 1989-1992, 2001-2003 oraz 2007-2008 – poprzedzało to długotrwałe 2-3-letnie kampanie redukcji wysokości stóp o odpowiednio 6,8 pkt. proc., 5,5 pkt. proc. i 5 pkt. proc. – związane z gospodarczą recesją w USA. W dwu przypadkach – w latach 1985-86 i w 1998 roku – serie obniżek stóp były znacznie krótsze a w ich trakcie ich wysokość spadała łącznie o odpowiednio 2,125 pkt. proc. i 0,75 pkt. proc.

Ponieważ FED już obniżył stopy o 0,25 pkt. proc., to można przyjąć – bazując na doświadczeniach minionego pokolenia – że obniży stopy o jeszcze przynajmniej 0,5 pkt. proc. z obecnych 2,25 do 1,75 proc.

Ostatnie w danej serii obniżki stóp następowały, gdy różnica pomiędzy rentownością 2-latek a stopą FED wynosiła przynajmniej -0,32 pkt. proc. (zwykle znacznie więcej).

Jeśli uwzględnić tylko sytuacje, w których ten „spread” spadał wcześniej tak nisko jak ostatnio, to ostatnia obniżka stóp FED następowała, gdy ten „spread” wynosił przynajmniej -0,17 pkt. proc. Obecnie wynosi -0,64 pkt. proc. i można zakładać, że dopóki nie wzrośnie do poziomu przynajmniej -0,17 pkt. proc., to FED nadal będzie obniżał stopy.

Podsumowanie: w obecnym cyklu obniżek FED powinien obniżyć stopy jeszcze o przynajmniej 0,5 pkt. proc. Gdyby gospodarka USA weszła w recesję – tak jak w latach 1990-1991, 2001 czy 2007-2009, to oczywiście spadek stóp powinien być znacznie większy.

Apogeum słabości funta w listopadzie?

Tuż przed brytyjskim referendum w sprawie Brexitu z końca czerwca 2016 zaproponowałem analogię pomiędzy tym wydarzeniem (gdyby miało zakończyć się decyzją o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE) a „czarną środą” z 16 września 1992 roku, kiedy to brytyjski rząd został zmuszony do wycofania funta z ERM, co skutkowało silną dewaluacją tej waluty (patrz „Brexit sprzed 24 lat„).

Historię brytyjskiej waluty w okresie po rozpadzie systemu z Bretton Woods można próbować wciskać w 50-letni kanał trendu na różne sposoby. Ja ostatecznie zdecydowałem się na taką wersję:

W marcu tego roku ponownie przyjrzałem się tej analogii („Brexit sprzed 24 lat – revisited„). Obecnie zaś synchronizacja obu epizodów dla średniego kursu dolara i euro względem funta wygląda zaś tak:

Ponieważ w okresie minionych ponad 3 lat analogia ta spisywała się całkiem przyzwoicie, to można spekulować, że okolice listopada tego roku będą momentem, w którym funt osiągnie maksimum swojej słabości. Jakoś tam pasuje to kolejnej „ostatecznej” daty Brexitu czyli 31 października br.

Urodzony w Nowym Jorku i używający rosyjskiego imienia nowy premier Wielkiej Brytanii wygląda raczej „anglosferycznie” niż”europejsko” (patrz „Brexit jako wstęp do ‚diamentowego wieku?’„). Tak więc, niezależnie od ostatecznego rozstrzygnięcia kwestii stylu opuszczenia (lub nie) UE przez Wielką Brytanię, pod koniec października nie powinno zabraknąć na rynkach walutowych emocji. Powinno to sprzyjać osiągnięciu przez funta apogeum słabości dyskontującego wszystkie negatywne konsekwencje takiego czy innego przebiegu Brexitu (lub jego braku).

Podsumowanie: apogeum słabości brytyjskiego funta poprzedzające jego wieloletnią aprecjację nadejdzie w okolicach listopada br.?