Miesiąc: Maj 2019

Badamy cykl pokoleniowy

Trzy lata temu w „Przeglądzie geograficznym” ukazał się artykuł Mariusza Kowalskiego zatytułowany „Cykle pokoleniowe w czasie i przestrzeni„. Autor tego tekstu był łaskawy określić mnie mianem „badacza”:

„(…) istnienie dłuższego cyklu pokoleniowego sygnalizowali bezpośrednio lub pośrednio badacze z różnych dziedzin nauk społecznych: N. Davies (1984), M. Alexander (2005a, 2005b), W. Białek (2009).”

No to badajmy dalej.

Jesteśmy obecnie ponad 19 lat po pokoleniowym szczycie cen akcji (marzec 2000) i ponad 10 lat po dołku pokoleniowego kryzysu (marzec 2009). W mojej inerpretacji cyklu pokoleniowego przedstawionej na poniższym wykresie S&P 500 urealnionym indeksem cen detalicznych (CPI) w USA ta sytuacja odpowiada okolicom lat 1984-85 (19 lat po pokoleniowym szczycie cen akcji z 1966 roku i 10 lat po kryzysowym dołku z 1974 roku), okolicom 1948 roku (19 lat po szczycie cen akcji z 1929 roku i 10 lat po wtórnym dołku Wielkiej Depresji z 1938 roku), okolicom lat 1917-1920 oraz okolicom roku 1887.

Zostawiając na razie bardziej zamierzchłą historię można zauważyć, że ostatnie okresy podpowiadane przez tę interpretację jako odpowiedniki obecnej sytuacji w ramach cyklu pokoleniowego czyli lata 1948 i 1984-85 bezpośrednio poprzedzały dwa ważne historyczne wydarzenia: ucieczkę chińskiego rządu na Tajwan i proklamowanie Chińskiej Republiki Ludowej (1949) oraz porozumienie z Hotelu Plaza w sprawie osłabienia kursu dolara (1985). Czyli coś z w związku z Chinami i coś w związku z dolarem. W ramach tych historycznych rymów aż się prosi by najbliższy okres przyniósł amerykańsko-chińskie porozumienie handlowe obejmujące kwestię przyszłych losów kursu amerykańskiego dolara.

Jaki kształt mogłoby mieć to porozumienie? Na przykład zgodę Chin
(w zamian za zniesienie ceł) na systematyczną aprecjację juana względem dolara przy równoczesnym porozumieniu USA i Chin w sprawie trwałego osłabienia dolara względem euro. W takim scenariuszu przegranym amerykańsko-chińskiej wojny handlowej stałaby się ostatecznie Europa, która mocną walutą zapłaciłaby za równoważenie bilansów handlowych głównych bloków gospodarczych świata.

Podsumowanie: w ramach cyklu pokoleniowego jesteśmy obecnie w 19 lat lat po pokoleniowym szczycie cen akcji i 10 lat po dołku cyklu pokoleniowego. To odpowiada okolicom lat 1984-85 , okolicom 1948 roku, okolicom lat 1917-1920 oraz okolicom roku 1887.

O miedzi tym razem bardziej optymistycznie

Wczoraj postraszyłem KGHM zniknięciem pod koniec przyszłej dekady, dziś o cenie miedzi będzie trochę bardziej optymistycznie. Z wczorajszych „czarów marów” płynął wniosek, że – zanim w drugiej połowie przyszłej dekady dojdzie na rynku miedzi do kolejnego załamania – w latach 2016-2024 ceny tego metalu powinny pozostawać w trendzie wzrostowym podobnym do tego z lat 1921-1929. Skonfrontujmy ten wniosek z tym płynącym ze starej interpretacji cyklu Kuznetsa („Kuznets Swing„; cyklu inwestycji infrastrukturalnych?) na miedzi.

W tym ujęciu dołek ceny miedzi ze stycznia 2016 odpowiada w ramach cyklu Kuznetsa minimom z czerwca 1982 oraz marca 1999 oraz, a więc obecnie mamy sytuację podobną do tych z 1985 roku oraz 2002 roku, co nie wiedzieć czemu jakoś kojarzy mi się z katastrofą w Czarnobylu w ZSRR z 26 kwietnia 1986:

… i atakami terrorystycznymi na USA z 11 września 2001:

… które to tragiczne wydarzenia bezpośrednio poprzedzały silne globalne impulsy inflacyjne z lat 1986-1988 oraz lat 2001-2008, których efektem były dynamiczne hossy na rynku miedzi w tych okresach.

Synchronizacja tych trzech epizodów wygląda tak:

… i sugeruje wzrost ceny miedzi do nowych historycznych rekordów za powiedzmy 3 lata a uzyskana na jej podstawie projekcja silnie rośnie w latach 2020-2023:

Główna różnica pomiędzy wczorajszą a dzisiejszą koncepcją polega na sile tego domniemanego impulsu inflacyjnego z lat 2019/2020-2023/24. Wczoraj sugerowana była korekta bessy na miedzi z lat 2011-2016, dziś wyszedł silny impuls wzrostowy do nowych szczytów. Można spekulować, że rzeczywiste zachowanie cen miedzi w następnych latach będzie zależeć w dużej mierze od warunków ewentualnego amerykańsko-chińskiego porozumienia handlowego oczekiwanego (w tym roku?) po zakończeniu – a przynajmniej zawieszeniu – obecnie trwającej wojny handlowej.

Gdyby powyższy scenariusz potraktować poważnie otrzymalibyśmy wniosek, że najprawdopodobniej bardzo opłaca się wygrać jesienne wybory w naszym kraju. Hipotetyczny globalny impuls inflacyjny z lat 2019/20-2023/4 powinien być korzystny dla rynków wschodzących takich jak Polska. Opłacałoby się również przegrać wybory w 2023 roku i przeczekać w opozycji późniejsze globalne uderzenie deflacji wywołane zwyżką stóp procentowych wymuszoną przez wzrost tempa inflacji.

Podsumowanie: moja interpretacja pozycji rynku miedzi w ramach cyklu Kuznetsa oparta na przebiegu dwu poprzednich cykli sugeruje silny impuls wzrostowy w latach 2019/2020-2023.

Kiedy przestanie istnieć KGHM?

Poniżej moja interpretacja wykresu ceny miedzi w okresie minionych ponad 100 lat:

Środek symetrii tego wykresu znajduje się gdzieś pomiędzy 1969 a 1973 rokiem. To wtedy nastąpiło załamanie powojennego systemu monetarnego z Bretton Woods opartego na wymienialności amerykańskiego dolara na złoto i weszliśmy we współczesne inflacyjne czasy.

W mojej interpretacji te „współczesne czasy” skończyły się w 2008 roku i świat wszedł wtedy w „przyszłość”, która na razie jest dla nas w dużej mierze niezrozumiała.

W powyższej interpretacji dołek ceny miedzi z początku 2016 roku odpowiada w tej symetrii środkowej szczytowi z 1929 roku i obecnej progresji czasu od 2016 roku odpowiada cofanie się w czasie od 1929 roku.

W tym ujęciu najlepszym momentem na sprzedaż miedzi – a zatem i akcji KGHM – będą okolice 2024 roku, a gdyby ceny miedzi rzeczywiście spadły do okolic 2028 roku do poziomów z lat 1999-2001, to nasz narodowy koncern miedziowy zapewne by wtedy zbankrutował (podobnie zresztą jak i Polska).

Podsumowanie: moje czary mary na wykresie ceny miedzi sugerują, że cena miedzi pozostanie generalnie wysoka/będzie lekko rosnąć do okolic 2024 roku, po czym nastąpi jej 4-letnie załamanie do poziomów z lat 1999-2001. W takim scenariuszu pod koniec przyszłej dekady dalsze istnienie KGHM (a zapewne i Polski w jej obecnym kształcie) stałoby się wysoce wątpliwe.

Bardzo mocny kwiecień w polskiej gospodarce

+9,2 proc. roczna dynamika produkcji przemysłowej w naszym kraju w kwietniu:

… +17,4 proc. wzrost produkcji budowlano-montażowej:

… oraz najwyższa od kwietnia 2011 +11,9 proc. dynamika sprzedaży detalicznej (po najniższym od kwietnia 2015 marcowym odczycie na poziomie +1,8 proc.):

… spowodowały silny wzrost wartości opartego o te dane GUS prostego modelu rocznej dynamiki PKB w Polsce. W tym cyklu wyższe wskazania tego modelu pojawiły się jedynie w styczniu i lutym ub. r. a wcześniej w styczniu 2012.

W efekcie doszło do silnego odchylenia in plus wartości tego modelu dynamiki PKB od projekcji opartej na przebiegu 5 poprzednich cykli Kichina:

… a w 33 miesiącu od dołka cyklu jedynie cykl gospodarczy z lat 2005-2009 był mocniejszy od obecnego (ale miesiąc wcześnie obecny cykl był mocniejszy jedynie od tego z lat 1999-2002):

Oczywiście na ten doskonały wynik wpłynęła większa o 1 liczba dni roboczych w porównaniu do kwietnia 2018, różnica w terminie Wielkanocy a być może i pobudzone obietnicą otrzymana od rządu „kiełbasy wyborczej” (13-ta emerytura) nastroje konsumpcyjne.

W maju ponownie liczba dni roboczych będzie o 1 wyższa niż rok wcześniej, a wyrównaniu przejdzie w czerwcu (19 dni roboczych wobec 21 w 2018 roku).

Podsumowanie: polska gospodarka potwierdziła w kwietniu swoją relatywną odporność na skutki spowolnienia gospodarczego w Europie, chociaż ze względu na zaburzenia wywołane czynnikami sezonowymi dopiero dane z następnych miesięcy pozwolą wyrobić sobie bardziej wiarygodny obraz bieżącej koniunktury gospodarczej w naszym kraju.

Bliżej BUX-a na WIG-u?

Wyniki niedzielnych wyborów do parlamentu europejskiego rozegranych w naszym kraju sugerują, że jesienią PiS sięgnie ponownie po samodzielną większość w Sejmie. Można w tym kontekście przypomnieć sobie moją zabawę historią węgierskiego BUX-a i WIG-20 sprzed 3 miesięcy („Przyjdzie taki dzień, że będziemy mieli na WIG-u BUX-a?„) i uaktualnić ostatnią z proponowanych wtedy analogii pomiędzy węgierskim rynkiem akcji za rządów FIDESZ-u a giełdą polską za rządów PiS-u.

Ta – żartobliwa – analogia jest oparta na synchronizacji cyklicznych dołków obu indeksów ustanawianych w trakcie pierwszych kadencji władzy FIDESZ (wrzesień 2011) i PiS (styczeń 2016). Wynika z niej optymistyczny wniosek, że trwały wzrost cen akcji na GPW właśnie się powinien zaczynać.

Do sprawy można jednak podejść inaczej. Tegoroczne wybory do Sejmu i Senatu zorganizowane zostaną 13 lub 20 lub 27 października albo 3 lub 10 listopada. Załóżmy, że odbędą się 27 października. Czyli do wyborów mamy 5 miesięcy. Wynik wyborów do parlamentu europejskiego sugeruje, że PiS te wybory ponownie wygra tak jak FIDESZ wygrał wybory 6 kwietnia 2014. Czyli mamy obecnie na WIG-u 20 sytuację taką jaka panowała na BUX-ie na 5 miesięcy przed wyborami z kwietnia 2014 czyli taką jak w listopadzie 2013.

W takiej analogii zanim pociąg na WIG-20 odjedzie a la BUX upłynie jeszcze sporo czasu:

Nie muszę chyba dodawać, że obu analogii nie należy traktować zbyt poważnie.

Bardziej na serio: wynik niedzielnych wyborów zbliża Polskę w kierunku systemu dwupartyjnego. To zrozumiałe: prowincjonalna klasa polityczna zwykle stara się kopiować rozwiązania przyjęte w metropolii, więc i nasz system ewoluuje w stronę wiecznej rywalizacji pomiędzy lokalnymi parodiami amerykańskich „miastowych” „Demokratów” i „wsiowych” „Republikanów”. Nie znam się, ale intuicyjnie sądzę, że to głupi pomysł: system dwupartyjny prowadzi do 1) nieprzyjemniej a być może i niebezpiecznej polaryzacji społecznej (podziału na tresowane we wzajemnej nienawiści dwa stada), 2) partyjnej bezideowości (zjednoczenie wielkich obozów obejmujących połowę społeczeństwa wymaga rezygnacji z pryncypialności) i 3) niestabilności w polityce (miotania się od ściany do ściany w kierunkach polityki z okresowymi masowymi czystkami w aparacie władzy).

Moim zdaniem lepszy dla Polski byłby układ trójpartyjny (z grubsza liberalni postępowcy, katoliccy konserwatyści i nacjonalistyczni narodowcy), bo 1) wymuszałby zawieranie opartych na łagodzących obyczaje kompromisach koalicji pomiędzy 2) ideowymi partnerami, z których – w typowej sytuacji – 3) któryś zawsze pozostawałby po wyborach przy władzy zapewniając częściową ciągłość prowadzonej polityki (a wrogość danej partii (współ-)rządzącej do aktualnej opozycji byłaby limitowana możliwością zawarcia z nią następnej koalicji rządowej). Co być może najważniejsze trójkowy układ umożliwiałby prowadzenie polityki gabinetowej i wymiany rządów – np. w reakcji na zmianę sytuacji geopolitycznej – bez konieczności organizowania przedwyborczych „seansów nienawiści” i demoralizującego manipulowania wolą „ciemnego ludu” by dopasowała się do wymogów polityki zagranicznej.

No ale ja się nie znam, więc być może to rozumowanie jest błędne.

Na koniec dla rozluźnienia bardzo dowcipna analiza polskiego redditora Klejnot__Nilu sprzed 2 dni przedstawiająca sposób w jaki główne polskie partie postrzegają same siebie oraz siebie nawzajem:

Podsumowanie: wyniki niedzielnych wyborów do parlamentu europejskiego w naszym kraju powodują, że żartobliwy scenariusz „przyjdzie taki dzień, że będziemy mieli na WIG-u BUX-a” pozostaje aktualny.

Tureckie akcje najtańsze od ponad 2 lat

Wczoraj dworowałem sobie, że geopolityka jest już passé. Rzeczywiście można fantazjować, że w przyszłości rozwój dalekosiężnej broni rakietowej umożliwiającej atak dowolnego punktu na Ziemi z innego dowolnego punktu unieważni znaczenie geografii w wojnie a rozwój cyfrowego handlu w sieci zmniejszy znaczenie handlu fizycznymi towarami transportowanymi trasami handlowymi wymagającymi kontroli.

No ale politycy zawsze będą się przygotowywać do wygrania poprzedniej wojny działając według Mrożkowego „jutro to dziś tyle, że jutro”, więc na razie geopolityka zachowuje oczywiście swe znaczenie i być może miała decydujący związek ze spadkiem głównego indeksu cen tureckiego rynku akcji do nowego ponad 2-letniego dołka.

Droga z Chin do Europy, którą USA muszą – jeśli chcą przetrwać jako globalny hegemon – blokować, biegnie albo przez Rosję (stąd dyskusje o „odwróconym Kissingerze„) i Polskę/Ukrainę (stąd amerykański nacisk na pierwszą – ustawa 447 i zaangażowanie w sprawy drugiej) albo przez Pakistan-Iran-Turcję (a dokładnie przez Ujgurystan-Pakistan-Iran-Kurdystan-Turcję – skąd zainteresowanie USA losami Ujgurów i Kurdów). Turcja rozumiejąc swoje znaczenie gra z USA ostro deklarując wolę zakupu rosyjskiego systemu rakietowego S-400. Na to Stany Zjednoczone nie chcą się zgodzić grożąc Turcji różnymi konsekwencjami w przypadku braku zmiany tej decyzji (między innymi odmową sprzedaży myśliwców F-35, z czego teoretycznie my moglibyśmy skorzystać kupując te samoloty).

W tym tygodnie USA dały Turcji 2 tygodnie na zmianę decyzji w sprawie kupna S-400. Indeks tureckiego rynku akcji zareagował na to ultimatum spadkiem do nowego cyklicznego dołka.

Kwestia to o tyle potencjalnie istotna również dla losów polskiego rynku akcji, że z punktu widzenia wielu globalnych inwestorów i Polska i Turcja to wschodzące rynki z tego samego regionu EMEA (Europe, Middle East and Africa), więc zachowanie cen na jednym rynku może również nieść jakieś informacje na temat kondycji drugiego rynku. Na razie WIG – podobnie jak większość indeksów EM (za wyjątkiem jedynie bodajże Malezji) – pozostaje powyżej poziomów październikowego dołka.

Trudno na razie ocenić, czy ta dywergencja się utrzyma (WIG ostatecznie obroni dołek z października), czy też Turcja jest prekursorem, który pokazuje najbliższa przyszłość innych rynków wschodzących. Takie dywergencje w punktach zwrotnych się zdarzały, więc nic nie jest jeszcze przesądzone.

Podsumowanie: napięcia geopolityczne w relacjach z USA spowodowały spadek indeksu cen akcji w Turcji do nowego cyklicznego dołka najniżej od stycznia 2017. Ten objaw słabości można traktować jako sygnał ostrzegawczy dla innych rynków wschodzących z rejonu EMEA, ale oczywiście być może to jedynie reakcja na specyficzne lokalne czynniki bez większego znaczenia dla innych rynków.

Geopolityka jest już passé – teraz en vogue będzie chronopolityka.

W dyskusjach toczonych z Czytelnikami mojego bloga od jakiegoś czasu – nieco żartobliwie – przedstawiałem się jako twórca nowej dziedziny „wiedzy”, którą nazwałem „chronopolityką”. Według moich wyobrażeń zainspirowanych pojęciem czasoprzestrzeni chronopolityka miała być uzupełnieniem/konkurencją dla geopolityki. O ile ta druga zajmuje się generalnie wpływem środowiska geograficznego na warunki prowadzenia polityki zagranicznej:

Geopolityka jest nauką o zastosowaniu zasad geografii w polityce światowej – The Columbia Encyclopedia 1965,

Geopolityka zajmuje się badaniami wzajemnych relacji między naturalnymi elementami geografii a polityką państw – Dictionnaire de Robert 1965,

Geopolityka jest nauką, która bada relację między cechami geograficznymi państwa a jego polityką – Grand Dictionnaire Larousse 1983,

Geopolityka jest zastosowaniem wiedzy geograficznej do polityki światowej – William T. Fox, Geopolitics and International Relations, [w:] NATO Adwanced Reaserch Workshop, Bruksela 1983,

Geopolityka współcześnie bada rywalizację między supermocarstwami (układ Wschód-Zachód) o dominację nad strefami peryferyjnymi (układ Północ-Południe) – Peter Taylor, Political geography of the Twentieth Century: a Global Analyzis, Londyn 1993,

Geopolityka zajmuje się zmiennymi układami sił na niezmiennej przestrzeni – Leszek Moczulski, Geopolityka Potęga w czasie i przestrzeni, Warszawa 1999,

Geopolityka to doktryna polityczna głosząca, że zjawiska, procesy i fakty polityczne są wyznaczane przez warunki geograficzne – Słownik Języka Polskiego PWN.

… o tyle chronopolitykę definiowałem na swoje potrzeby jako badanie wpływu pozycji świata lub jego części w obrębie różnych długoterminowych cykli (politycznych, gospodarczych, finansowych, społecznych, kulturalnych, religijnych, artystycznych, demograficznych, klimatycznych itp. itd.) na prowadzenie polityki.

Moje komentarze „Kryzysy i wojny” czy „Belle Epoque” były klasycznymi rozumowaniami chronopolitycznymi.

Trochę to wszystko traktowałem jako zabawę będącą pretekstem do nauki historii, ale w tym tygodniu przez przypadek trafiłem na tekst z września 2017 roku autorstwa jednego ze współpracowników amerykańskiego Stratforu. który nosił tytuł: „Chronopolitics: Long Wave Theory Comes Up Short„. W tym tekście i powiązaną z nim krytyką poglądów Steve’a Banonna (pierwszego szefa strategów Trumpa) znalazłem nie tylko słowo „chronopolityka”:

A low ebb for cyclical theories may stem in part from an academic preference for narrow specialization over windy big think. But we at Stratfor cannot afford the comfortable security of specialization. The entire globe is our beat, and cyclical interpretations of history deserve our attention if only because „chronopolitics,” as one of its theorists dubs it, may have important things to say about geopolitics.

Geopolitics acknowledges the importance of large patterns in space — oceans, landmasses, mountain ranges, distances and contiguities. Chronopolitics asks whether historical time has its own large patterns to which we should also attend.

… ale też moje standardowe grepsy:

History may not repeat itself precisely, but according to Steve Bannon, it sure does rhyme. 

Making accurate predictions is hard — especially, as Yogi Berra says, about the future. 

… i przede wszystkim odwołanie do lansowanej przeze mnie od dawna w tym miejscu koncepcji cykli hegemonicznych Jerzego Modelskiego:

So it comes as some surprise to see Strauss and Howe reaching back past Toynbee to Plato and Polybius to support their cyclical theory. And they are not alone among moderns; a small band of cyclical enthusiasts share their view. Strauss and Howe’s notes lead in particular to an anthology, Exploring Long Cycles, published in 1987. Its editor, George Modelski, presents sea power as the most appropriate measure of global reach and then maps modern history according to what he calls „The Long Cycle, 1494-1993.”

Trudno mi się więc oprzeć wrażeniu, że chłopaki ze Stratforu trochę ściągali na klasówce, ale oczywiście nie mogę mieć pewności.

Potraktowałbym to jako ciekawostkę, ale zachęcony tym odwołaniem do chronopolityki poszukałem w sieci i trafiłem na informację o planowanej przez German Historical Institute w Londynie na maj przyszłego roku konferencji zatytułowanej „Chronopolitics: Time of Politics, Politics of Time, Politicized Time„. Nie miałem na razie czasu rozszyfrować znaczenia, które organizatorzy tej konferencji nadają słowu „chronopolityka” (możliwa jest inna interpretacja chronopolityki jako metody zarządzania przez polityków społeczną percepcją czasu a pewnie i jeszcze inne ujęcia tematu).

Coś się chyba jednak w temacie dzieje i jakkolwiek po dalszym przeszukiwaniu sieci okazało się, że pojęcie nie jest wcale nowe (więc to nie ja je wymyśliłem), ale widać jakieś rodzące się zainteresowanie tą kwestią, więc postanowiłem postawić sformułowaną w tytule niniejszego wpisu tezę.

Podsumowanie: chronopolitics, fuck yeah!

Ostatni atak niedźwiedzia na MiŚ-ie?

Odnosząc wynik wczorajszych poszukiwań „punktu G” ropy naftowej i amerykańskiego dolara do polskiego rynku akcji otrzymujemy następujące obrazki dla mWIG-u 40 i sWIG-u 80:

Synchronizując wykresy sWIG-u 80 i mWIG-u 40 w odpowiadających sobie w tej analogii szczytach z kwietnia 2019 i marca 2012 dostaniemy projekcje wartości obu indeksów sugerujące, że druga połowa czerwca będzie doskonałym momentem do zakupu akcji polskich MiŚ-ów przed późniejszym cyklicznym wzrostem.

Dołek cen akcji naszych MiŚ-ów z początku czerwca 2012 zbiegł się z apogeum lęków przed Eurogeddonem. Zgodnie z przedstawioną koncepcją oczekiwany za mniej więcej miesiąc (19-23 sesje) hipotetyczny dołek cen akcji na GPW powinien zbiec się z analogicznym apogeum obaw przed dalszą eskalacją trwającej amerykańsko-chińskiej wojny handlowej. Można będzie wtedy zaryzykować przyjęcie założenia, że Amerykanie z Chińczykami się jednak niebawem porozumieją a wszystko skończy się wesołym oberkiem i kupić akcje (finansując zakup ze sprzedaży dolarów i obligacji skarbowych).

Oczywiście to ostatnie założenie może się okazać błędne (Trump jednak nie dba o reelekcję za 1,5 roku i chce za wszelką cenę doprowadzić do Chinageddonu), co może grozić poniesieniem strat na zajętych na akcjach pozycjach.

Podsumowanie: oparta na postulowanym rymie historycznym wynikającym z mojej interpretacji pozycji rynków w ramach cyklu 6,(66)-letniego (podwójnego cyklu Kitchina) analogia obecnej sytuacji do tej z kwietnia 2012 sugeruje poszukiwanie istotnego dołka cen akcji na sWIG-u i mWIG-u za ok. miesiąc.

„Punkt G” ropy i dolara

W lutym ub. r. we wpisie „2018=2011?” zaproponowałem na podstawie rymu wynikającego z cyklu 6,(66)-letniego (podwójnego cyklu Kitchina) poniższe analogie historyczne dla ceny ropy naftowej (WTI) i kursu EUR/USD :

Wynikało z nich, że w 2018 roku dolar powinien się umocnić a ropa spaść. Zgodnie z tym schematem dolar zaczął drożeć od lutego. Ropa długo wierzgała przeciwko ościeniowi, ale też się ostatecznie poddała silnie spadając w IV kwartale.

Takich analogii historycznych nie należy nadużywać, bo ich czas przydatności do spożycia jest zwykle ograniczony, ale postanowiłem kontynuować tę zabawę (z której wynika równanie „2019-2012”). Na poniższych obrazkach przedstawiłem dalszy ciąg tej analogii dla ropy i (tym razem) Dollar Index:

Proponowane ujęcie tematu sugeruje, że rynek ropy i dolara są w okolicach odpowiedników swoich „punktów G” z 2012 roku (luty 2012 na ropie, styczeń 2012 na Dollar Index). Powyższe obrazki sugerują, że oba rynki już minęły odpowiedników swoich „punktów G” z pierwszej połowy 2012 roku i rozpoczęły już ruchy zmierzające do swoich odpowiednich „punktów H” (dołek na ropie z czerwca 2012 i szczyt Dollar Index z lipca 2012).

To moja ocena, ale oczywiście co do szczegółów można negocjować.

Ostatnie prowokacje w okolicach Zatoki Perskiej sugerują, że duzi gracze zamówili już tło medialne, które ma ułatwić zamykanie długich pozycji na ropie przy relatywnie wysokich cenach.

Podsumowanie: w zaproponowanej analogii z sytuacją na rynkach z wiosny 2012 Dollar Index – zanim zacznie spadać – dojdzie do okolic lipca powyżej poziomu 100, zaś cena ropy naftowej (WTI) – zanim zacznie rosnąć – spadnie do okolic lipca poniżej poziomu 50 dolarów.

Chiny a giełda polska

W ostatnim okresie zaobserwować można było silny wzrost ujemnej korelacji pomiędzy kursem dolara względem chińskiego juana na WIG-iem 20.

Wydaje się to być dosyć zrozumiałe zjawisko. Kwestia amerykańsko-chińskiej wojny handlowej znalazła się w ciągu minionego roku w centrum uwagi inwestorów na całym świecie. Kolejny wzrost amerykańskich ceł na chińskie towary podnosi ich ceny na rynku USA, co jest przez rynek walutowy kompensowane spadkiem kursu juana względem dolara. W rezultacie o ile sytuacji na rynku amerykańskim pozostaje w miarę bez zmian (chińskie towary drożeją z powodu ceł, ale tanieją z powodu dewaluacji juana wobec dolara), o tyle na rynkach reszty świata dewaluacja chińskiej waluty wywołuje presję deflacyjną. Efektem jest ostatni spadek cen akcji również na GPW.

21-sesyjna wartość współczynnika korelacji pomiędzy WIG-iem 20 a USD/CNY spadła 15 maja br. do poziomu (<=-0.948), który w ostatnich lata obserwowany był jedynie 40 miesięcy temu 15 stycznia 2016 oraz 84 miesiące temu 28-20 maja 2012. W obu przypadkach 5-8 dni później ceny akcji na GPW ustanawiały ostateczny dołek cyklicznej bessy.

To oczywiście może być przypadek.

Kurs juana względem dolara jest obecnie tak nisko jak w okresie listopad 2015-styczeń 2017 (po zwycięstwie Trumpa w wyborach), w połowie sierpnia ub. r. (po uruchomieniu pierwszej rundy podwyżek ceł) oraz w okresie październik-listopad ub. r.

Juan dwukrotnie z tego poziomu (6,9579-6,9757) odbijał się w górę (kurs USD/CNY w dół), co umożliwiało zwyżkę cen akcji na rynkach wschodzących (w tym i na GPW). Gdyby ten poziom został obroniony po raz trzeci, to również można by oczekiwać, że w trakcie tej obrony na GPW ustanowiony zostanie istotny dołek cen akcji.

Jeśli jednak ta strefa wsparcia dla kursu juana (oporu na wykresie USD/CNY) padnie (kurs USD/CNY > 7) otwierając potencjalnie drogę do dalszej silnej dewaluacji chińskiej waluty, to oczywiście łatwo sobie będzie wyobrazić przedłużenie okresu spadków cek akcji. W skrajnym – chinageddonicznym – przypadku możliwy byłby nawet powrót kursu USD/CNY do poziomów sprzed początku umocnienia juana w 2005 roku.

W takim scenariuszu za zakupami akcji raczej nie byłoby się trzeba spieszyć i można by czekać, aż na horyzoncie pojawi się perspektywa amerykańsko-chińskiego porozumienia handlowego, które najprawdopodobniej musiałaby objąć – w zamian za zniesienie amerykańskich restrykcji handlowych – zobowiązanie władz Chin do umocnienia juana względem dolara. W świetle korelacji pomiędzy kursem USD/CNY a WIG-iem 20 zilustrowanej na pierwszym z powyższych wykresów takie porozumienia uruchomiłoby hossę na wschodzących rynkach akcji. Można spekulować, że administracja Trumpa będzie chciała takie porozumienia z Chinami zawrzeć w momencie, który uzna za optymalny z punktu widzenia maksymalizacji szans na reelekcję prezydenta w wyborach z listopada 2020 roku.

Podsumowanie: 21-sesyjna ujemna korelacja pomiędzy WIG-iem 20 a kursem chińskiego juana względem dolara osiągnęła w minionym tygodniu poziomu obserwowane w ostatnich latach jedynie w styczniu 2016 i maju 2012, a więc na kilka dni przed ostatecznym dołkami ówczesnych cyklicznych „rynków niedźwiedzia” na GPW. Równocześnie jednak ze względu na tę korelację można zakładać, że dopóki juan będzie tracił, to słabość wschodzących rynków akcji w tym i GPW będzie się utrzymywać. Ewentualne przełamanie przez kurs USD/CNY oporów ze stycznia 2017 (6,9579) i października 2018 (6,9757) grożące dalszą silną dewaluacją chińskiej waluty mogłoby wytworzyć na rynkach nastroje paniki, które stworzyłyby jeszcze lepszą niż obecnie okazję do zakupów akcji przed zawarciem spodziewanego prędzej czy później (wybory prezydenckie w USA za 1,5 roku!) porozumienia handlowej pomiędzy USA a Chinami, które zapewne obejmowałoby – w zamian za zawieszenie wojny handlowej – zobowiązanie Chin do systematyczne umocnienia juana względem dolara.