Miesiąc: Wrzesień 2019

Cui bono?

Cały czas utrzymuje się napięcie wywołane sobotnim atakiem na saudyjskie instalacje naftowe. Odpowiedzialność za niego wzięli wspierani przez Iran jemeńscy bojownicy Huti, ale lokalizacja celu ataku na północy Arabii Saudyjskiej czyni wątpliwą możliwość przeprowadzenia ataku z terytorium Jemenu, a ze strony saudyjskiej i amerykańskiej pojawiły się już oskarżenia pod adresem Iranu, którego prezydent nawiasem mówiąc w poniedziałek spotkał się w kwestii Syrii z przywódcami Rosji i Turcji. W tej sytuacji łatwo sobie można wyobrazić eskalację konfliktu w regionie, chociaż ja do tej pory zakładałem, że Donald Trump na 14 miesięcy przed wyborami nie będzie specjalnie zainteresowany szokami naftowymi, takimi jak choćby ten, który nastąpił latem 1990 roku po inwazji Iraku na Kuwejt i który był impulsem uruchamiającym recesję w gospodarce USA w okresie III kw. 1999-I kw. 1991 (wpływowi której przypisuje się porażkę George’a Busha Starszego w wyborach w 1992 roku). Ale być może do podobnego wniosku doszedł Iran i obecnie agresywnie negocjuje licząc na domniemaną przedwyborczą bierność Trumpa? Z pewnością ze wzrostu ceny ropy i nieskuteczności wyposażonej w amerykańskie Patrioty saudyjskiej obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej cieszą się Rosjanie.

Jest prawdopodobne, że to co się stało znowu odsunie w czasie planowaną od dawna ofertę publiczną 5 proc. akcji wycenianego na 1,5-2 biliony dolarów Saudi Aramco, która – gdyby doszła do skutku – byłaby kilkukrotnie większa od wcześniejszych rekordowych IPO chińskich spółek.

W poniedziałek ropa Brent zamknęła się prawie 13 proc. wyżej niż w piątek, kpiąc sobie z mojej projekcji sprzed 2 tygodni („Co dalej z ropą?„, dla mnie to lekcja, by przy braku świeżych pomysłów, nie przeciągać nadmiernie użytkowania starych projekcji). Na razie ten ruch odbił się od strefy oporu wyznaczonej przez wiosenne szczyty i dołek z sierpnia ub. r. i utrzymał w obrębie domniemanego rocznego trójkąta, więc pomimo przełamania ważnych linii oporu do jakichś „ostatecznych” rozstrzygnięć nie doszło, chociaż do czasu usunięcia skutków ataku i wyjaśnienia wątpliwości co do odpowiedzialności zań trudno zapewne myśleć o powrocie do trendu spadkowego.

W przypadku sytuacji, w której tak wiele będzie zależeć od decyzji polityków proste techniczne analogie historyczne mają oczywiście ograniczone zastosowanie. Ale można sprawdzić, że od 1996 roku takie jak poniedziałkowe ponad 12 proc. jednosesyjne skoki ceny ropy Brent zdarzały przy 9 okazjach. W listopadzie 2001 i styczniu 2009 inicjowały potężne fale hossy na rynku ropy, ale np. w 1997, 1998 czy 2014 były tylko korektami wielkich fal spadkowych.

Jeśli ograniczymy się tylko do takich skoków, które wyprowadzające cenę na 3-miesięczne maksimum, to zostaną nam tylko 3 sygnały: w maju 2004 podczas wybijania się ropy powyżej poziomów historycznych szczytów z 1980 i 1990 roku, w sierpniu 1990 w reakcji na zajęcie Kuwejtu przez Irak oraz w listopadzie 1988, gdy rynek cieszył się zwycięstwem George’a Busha Starszego w wyborach.

Jeśli wyeliminujemy – odmienne od obecnej – sytuacje, w których ropa wychodziła równocześnie na wieloletnie szczyty, to zostanie nam już tylko powyborczy sygnał z 1988 roku, co ma raczej niewielkie zastosowanie obecnie.

Od lipca 2008 globalny sektor spółek związanych z wydobyciem i przetwórstwem energii był najsłabszym spośród głównych sektorów giełdowy.

Względna siła MSCI World Energy Index do MSCI World Index spadła ostatnio do poziomów obserwowanych podczas hossy „internetowej” z końca lat 90-tych i początku 2000 roku (teraz mamy FAANG-i), a ropa była po 10 dolarów i dopiero szykowała się do późniejszego kilkunastokrotnego skoku w górę.

Podsumowanie: z pewnością jakieś ewentualne dalsze zaognienie sytuacji wokół Zatoki Perskiej mogłoby wpłynąć na przełamanie 11 już letniej słabości sektora Energy, ale na razie brak chyba jeszcze przesłanek, by stwierdzić, że proces ten już się rozpoczął. Na razie cena ropy Brent odbiła się od najbliższego poważniejszego oporu, ale zapewne utrzyma się w okolicach poniedziałkowych poziomów do czasu pojawiania się jakichś nowych informacji.

Świece zostały rzucone: Pomysłowy Złomir na giełdzie

Pomysł na WIG-20 sprzed tygodnia okazał się zupełnie nieudany, chociaż analogię z grudniem 2015 sprzed 2 tygodni WIG-20 można przy dużej dawce dobrej woli jakoś zaliczyć:

Trudno oczywiście powiedzieć, czy sobotni atak na saudyjską rafinerię, to jakaś poważna prowokacja (czyja?) będąca wstępem do jakiejś znaczącej eskalacji sytuacji na Bliskim Wschodzie, czy też jest to jakaś drobna zagrywka mająca na celu zarobienie paru dolarów na rynku ropy naftowej (i co to wszystko ma wspólnego z ostatnią dymisją Boltona). Faktem jest, że cykl Kuznetsa miał ostatnio ok. 17 lat (rytm kryzysów 1921/1938-1939/1956/1974/1990-1992/2008), więc już dawno powinniśmy być po jakimś odpowiedniku ataków z 11 września 2001.

Z drugiej strony skoro ponad 9 miesięcy temu pisałem w tym miejscu, że „Ropa i gaz (są) jak w grudniu 2000, no to jakby teraz powinniśmy być gdzieś w okolicach września 2001 (ale scenarzyści poprzedniego sezonu ustawili poprzeczkę naprawdę wysoko i trochę dymu z saudyjskich rafinerii chyba raczej nie wzbudzi większych emocji widzów).

Postanowiłem się zabawić w Pomysłowego Złomira i sprawdzić, w ilu krokach uda mi się znaleźć analogię pomiędzy ostatnim zachowaniem WIG-20 a tym przed atakami z 11 września 2001. Udało mi się to zrobić w 5 krokach.

Krok pierwszy: WIG-20 zalicza w trakcie poprzedniego miesiąca 30-miesięczne minimum:

Krok drugi: WIG-20 rośnie w 12 sesji o ponad 7 proc.:

Krok trzeci: WIG-20 wychodzi na 30-sesyjne maksimum:

Krok czwarty: wszystko to się dzieje po tym jak WIG-20 przez przynajmniej rok nie zaliczał rocznego maksimum:

Krok piąty: WIG-20 jest poniżej 40-sesyjnego maksimum:

Pięć kryteriów to może trochę dużo, co sugeruje sporą dozę manipulacji z mojej strony, no ale jednak udało mi się uzyskać dla piątkowej sesji pojedynczą analogię z 6 września 2001. Synchronizacja obu historycznych epizodów wygląda tak:

… i sugeruje ostatni w tej cyklicznej bessie spadek WIG-u 20.

Podsumowanie: można spekulować, że od czasu sukcesu rewolucji łupkowej USA nie mają jakiejś bardzo silnej motywacji do zapobiegania wojnie na Bliskim Wschodzie, która – w skrajnym przypadku – mogłaby doprowadzić do ograniczenia eksportu ropy naftowej z tego rejonu świata, co przydusiłoby uzależnione od niego Chiny i UE. Oczywiście z prowincjonalnej perspektywy zielonego Ursynowa trudno ocenić, czy sobotni atak na Arabię Saudyjską przerodzi się w jakiś poważniejszy casus belli:

… czy to ciągle jakieś drobne przekomarzanki i czy uzyskana powyżej dla WIG-u 20 analogia pomiędzy 13 września 2019 a 6 września 2001 ma głębszy sens (szczególnie w kontekście cyklu Kuznetsa).

Prawdopodobieństwo recesji w USA a kwestia reelekcji Trumpa

Donald Trump po raz kolejny nerwowo zareagował na decyzję banku centralnego. Tym razem dostało się ECB, za jego wczorajszą obniżkę stop mającą zdaniem Trumpa na celu deprecjację euro względem dolara (co nawiasem mówiąc na razie się nie udało). Dzień wcześniej Trump nazwał władze Rezerwy Federalnej „tępakami” domagając się obniżenia stóp do zera lub niżej.

Myślę, że łatwo zrozumieć frustrację Trumpa. Historyczne statystyki potwierdzają zasadność jego obaw. Gospodarcza recesja w USA w okresie 2 lat przed wyborami zdecydowanie redukuje szanse urzędującego prezydenta na reelekcję. Ostatnio przekonał się o tym George Bush Starszy, który pomimo spektakularnego zwycięstwa w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej przegrał wybory w 1992 roku, co nie było bez związku z recesją, która w gospodarce Stanów Zjednoczonych rozegrała się pomiędzy III kw. 1990 a I kw. 1991. Wcześniej Jimmy Carter przegrał walkę o reelekcję w 1980 roku, którego pierwszą połowę gospodarka USA spędziła w recesji. Z kolei Carter wygrał z Fordem wybory w 1976 roku, które rozegrane zostały 22 miesiące po formalny zakończeniu recesji z lat 1973-1975. Richard Nixon został ponownie wybrany pomimo recesji, która rozegrała się za jego pierwszej kadencji, być może dlatego, że od jej zakończenia (według NBER) od wyborów w 1972 roku upłynęły 2 lata i 2 miesiące.

W tym kontekście sierpniowy wzrost wartości publikowanego przez nowojorski odział FED – opartego na zachowaniu krzywej rentowności – wskaźnika prawdopodobieństwa recesji w gospodarce USA za 12 miesięcy do prawie 38 proc. jest dla obecnego głównego lokatora Białego Domu bardzo złą wiadomością.

O tym wskaźniku pisałem w lutym („Jakie jest prawdopodobieństwo recesji w USA w ciągu roku?”) produkując następującą projekcję dla S&P 500:

Po kolejnym wzroście prawdopodobieństwa recesji w maju („Perspektywy S&P 500 się pogorszyły„) projekcja wyglądała już tak:

W tej sytuacji może dziwić, że S&P 500 plącze się w okolicach szczytów, ale w rzeczywistości zawsze robił podobnie w przeszłości:

Projekcja uzyskana dzięki tym sygnałom (pierwszym w danej serii) spada do jesieni przyszłego roku czyli do okolic następnych wyborów prezydenckich w USA.

Nie jest to jakiś dramatyczny spadek, bo ścieżki indeksu w tych 8 historycznych epizodach wysokiego prawdopodobieństwa recesji za rok się w dużej mierze wzajemnie znoszą, ale tendencja jest oczywista. W przyszłym tygodniu przekonamy się, czy Rezerwa Federalna pozostanie nieugięta decydując się jedynie na kolejną obniżkę o ćwierć punktu, czy też czeka nas jakaś niespodzianka (rynku akcji zachowują się, jak gdy na taką niespodziankę liczyły).

Nic dziwnego, że Trump się frustruje próbując najwyraźniej zrealizować dwa chyba sprzeczne ze sobą cele: reelekcję i podnoszącą prawdopodobieństwa recesji wymianę ciosów z Chinami. Te ostatnie próbują przetrwać nawałę kusząc zagranicznych inwestorów: w tym tygodniu zniesione zostały ograniczenia w imporcie kapitału.

Krótkoterminowy scenariusz dla S&P 500, który zasugerowałem 5 tygodni temu („Na S&P 500 powtórka z lutego i października ub. r.„) w miarę się sprawdzał do minionego tygodnia. Robiąca „klasyczny” „helołinowy” dołek projekcja uzyskana na podstawie tych dwu analogii odkleiła się wyraźnie od rzeczywistości na ostatnich sesjach:

… podobnie zresztą jak projekcja z marca („Na S&P 500 najlepsze pierwsze 2 miesiące roku od 28 lat„), która też kończy słabość na przełomie października i listopada:

Czyżby inwestorzy dowiedzieli się czegoś tydzień temu?

Podsumowanie: pomimo kolejnego wzrostu prawdopodobieństwa recesji gospodarczej w USA za 12 miesięcy S&P 500 odkleił się w minionym tygodniu w górę od wcześniejszych projekcji, które sugerują jeszcze jedną falę osłabienia do sezonowego dołka w okolicach Wszystkich Świętych (czyżby inwestorzy czegoś się dowiedzieli, co nie jest jeszcze znane szerszej publiczności?). Jak pokazują historyczne projekcje wysokie prawdopodobieństwo recesji w USA w przyszłym roku raczej nie czyni z Wall Street miejsca, gdzie w ciągu najbliższego roku można oczekiwać poważniejszych zysków (oczywiście jakieś październikowe strząśnięcie dyskontujące prawdopodobne osłabienie gospodarcze by to zmieniło). Zmniejsza również szanse na reelekcję prezydenta. Prawdopodobnie jakieś korzystne dla USA porozumienia gospodarcze z Chinami mogłoby pozwolić na uniknięcie recesji i dałoby Trumpowi zwycięstwo w wyborach w listopadzie 2020, ale na razie „gra w cykora” pomiędzy USA i Chinami trwa.

Wojna handlowa posłużyła rynkowi morskiego frachtu

Skoro wczoraj nawiązałem do rocznicy ataków na USA z 11 września 2001, to dzisiaj powinienem przedstawić tu nawiązanie do rocznicy bitwy pod Wiedniem z 1683 roku, która z chronopolitycznego punktu widzenia reprezentowała skrajny punkt wychylenia wielkiego historycznego wahadła relatywnej siły pomiędzy Europą a Bliskim Wschodem (o wcześniejszych podobnych ruchach tego wahadła świadczy fakt, że w niniejszym tekście posługuję się arabskimi cyframi i fenickim alfabetem; oczywiście przynajmniej od czasów wyprawy Napoleona do Egiptu to wahadło wychylało się w drugą stronę, a panujące demograficzne trendy skłaniają do zastanawiania się, kiedy rozpocznie się jego ruch powrotny). Ale ten ciekawy temat zostawię sobie na inną okazję a dziś zajmę się dziwnym zachowaniem stawek w morskim handlu.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że amerykańsko-chińska wojna handlowa powinna prowadzić do spadku stawek w morskim transporcie. Tak się jednak nie stało. Na przełomie sierpnia i września wartość Baltic Dry Index odzwierciedlające globalne stawki frachtu towarów masowych (węgiel, zboże, ruda żelaza itp.) wzrósł do najwyższego poziomu od prawie 9 lat.

Ten rozpoczęty w lutym wzrost był drugim najsilniejszym 7-miesięcznym wzrostem tego indeksu w okresie przynajmniej minionego pokolenia. Podobny sygnał padł wcześniej na przełomie maja i czerwca 2009, a więc już 2-3 miesiące po dołku ówczesnej Wielkiej Bessy.

Spotkałem się z wytłumaczeniem tego fenomenu, które wydaje się przekonujące. Otóż wprowadzenie przez USA i Chin ceł spowodowało poszukiwanie przez firmy nowych źródeł towarów w krajach, które nie uczestniczą w tej wojnie handlowej. Wymusiło to transport towarów trasami, które wcześniej – przed prowadzeniem ceł – były suboptymalne (bo dłuższe) a więc nie były wykorzystywane. W efekcie nastąpiło globalne wydłużenie tras transportowych, co przy danej liczbie masowców przełożyło się większy stopień ich wykorzystania a w końcu na wzrost stawek za fracht.

Brzmi to w miarę przekonująco. Gdyby przyjąć tę interpretację, można by sądzić, że ewentualne zakończenie wojny handlowej powinno spowodować
– znowu paradoksalnie – spadek stawek frachtu. Równocześnie przy tym ujęciu nie można ostatniego wzrostu traktować tradycyjnie jako pozytywnego sygnału poprawy koniunktury w światowej gospodarce.

Podsumowanie: amerykańsko-chińska wojna handlowa wymuszając na firmach poszukiwanie alternatywnych źródeł towarów dostarczanych dłuższymi niż wcześniej trasami spowodowała paradoksalnie globalny wzrost popytu na morski fracht, czego efektem był najsilniejszy od 2009 roku 7-miesięczny wzrost wartości Baltic Dry Index do najwyższego poziomu od prawie 9 lat. Można spekulować, że ewentualne porozumienie handlowe pomiędzy USA i Chinami spowoduje odwrotny ruch stawek morskiego frachtu.

Turnus mija, a ja niczyja

Dzisiejsza rocznica ataków na USA z 11 września 2001 przypomniała mi o mojej „odwiecznej” interpretacji pozycji rynku miedzi w ramach cyklu Kuznetsa:

„Zawsze” sobie wyobrażałem, że w 2019 roku cena miedzi będzie testować dołek ustanowiony w poprzednim cyklu Kitchina czyli w styczniu 2016 w sposób podobny do tego z listopada 2011 (2 miesiące po 11/9) czy też do tego z sierpnia 1986 (4 miesiąca po katastrofie w Czarnobylu).

Tymczasem od dołka ze stycznia 2016 mijają już 3 lata i 8 miesięcy (w porównaniu do standardowej długości cyklu Kitchina wynoszącej 3 lata i 4 miesiące), a cena miedzi jest ciągle daleko od realizacji tego scenariusza. Co prawda ostatni spadek do ponad 2-letniego minimum oznaczający wybicie w dół z czegoś co wygląda jak formacja głowy z ramionami (odpowiednik sytuacji z czerwca 2001) sugeruje, że być może ten scenariusz się nadal realizuje, ale ciągły brak jakiegoś przełomu wzbudza we mnie narastającą frustrację.

W moim scenariusz powinno być już po jakimś kryzysie:

„Kryzys – termin pochodzi z greckiego stgr. κρίσις „krisis” i oznacza, w sensie ogólnym, wybór, decydowanie, zmaganie się, walkę, w której konieczne jest działanie pod presją czasu. Kryzys poszerza znaczenie o takie cechy, jak nagłość, urazowość i subiektywne konsekwencje urazu w postaci przeżyć negatywnych. (…)


Władysław Kopaliński określa kryzys zgodnie z jego greckim pochodzeniem jako okres przełomu, przesilenie, decydujący zwrot, a także okres załamania gospodarczego.

… i w okolicach ważnego porozumienia w sprawie osłabienia dolara będącego odpowiednikiem „Plaza Accord” (22 września 1985) sprzed dokładnie pokolenia:

„For a total of 21 male-line generations among five lines, the average interval was 34 years per generation.”

Idealnym kandydatem na taki przełomowy kryzys w obecnym cyklu były dla mnie zawsze Chiny (Chinageddon). Zatrzymanie się „fabryki świata” z pewnością wyznaczyłoby kluczowy dołek na rynku surowców (a więc zapewne i szczyt dolara i szczyt cen obligacji skarbowych). Co prawda TPTB wydają się starać realizować mój scenariusz, ale robią to jakoś tak na pół gwizdka. Ani Amerykanie nie naciskają na Chińczyków na tyle mocno by uruchomić kryzys, ani Chińczycy nie rzucają ręcznika na matę, jak to już powinni uczynić zgodnie z moimi wcześniejszymi wyobrażeniami. Niby coś tam się dzieje w Hongkongu, ale to ciągle nie to. Być może przyszłoroczne wybory prezydenckie w USA stanowią tu czynnik zakłócający.

Na podstawie przedstawionej wyżej interpretacji sytuacji na rynku miedzi możliwe są 3 projekcje ceny tego metalu zrobione w kolejno odpowiadających sobie – według mnie – w ramach cyklu Kuznetsa punktach A, B i C.

W każdej z nich cena miedzi ostatecznie odlatuje w kosmos osiągając w latach 2022-2024 poziomy kilkukrotnie wyższe niż obecne, ale zgodnie z pierwszą (synchronizacje w punktach A) powinniśmy być już dawno po dołku i w trwałym trendzie wzrostowym, zgodnie z drugą (synchronizacje w punktach B) taki trwały trend wzrostowy zacznie się dopiero za pół roku, a zgodnie z trzecią (synchronizacje w punktach C) frustrujący marazm miałby jeszcze potrwać ponad rok.

Oczywiście ten szczyt cen miedzi w latach 2022-2024 musi się kojarzyć z kunznetsową cyklicznością rynku nieruchomości („Globalny szczyt cen nieruchomości za 4-5 lat?„), z tej banalnej przyczyny, że do budowy domów potrzebne są surowce.

Podsumowanie: ciągły brak kryzysu (rozumianego tu jako psychologiczny przełom na skalę globalną) pomimo bardzo zaawansowanego wieku obecnego cyklu Kitchina w światowej gospodarce utrudnia interpretację obecnej sytuacji na rynkach. Nie jest jasne, czy należy się poddać i uznać, że obecnie cykliczna bessa podobnie jak ta sprzed 4 cykli Kitchina (2004-2005) zakończy się bezkryzysowo, czy też wypada zachować zimną krew i nadal czekać na materializację pierwotnego scenariusza, który zrealizuje się z lekkim opóźnieniem.

Sektor bankowy na EM wydaje się być relatywnie zdrowy

W przeciwieństwie do tego co działo się w ostatnich latach z sektorem bankowym w strefie euro („Słaby jak sektor bankowy w strefie euro„), banki na rynkach wschodzących radziły sobie całkiem nieźle (wśród powodów można pewnie wymienić generalnie wyższy poziom stóp procentowych na EM niż w krajach rozwiniętych). Wykres indeksu MSCI Emerging Markets Banks (w lokalnych walutach) wygląda dosyć przyzwoicie – w trakcie ostatniej cyklicznej hossy z okresu styczeń 2016-styczeń 2018 zdołał wyjść na nowy historyczny szczyt, ostatnią bessę można traktować jako ruch powrotny do przełamanego oporu wyznaczanego przez szczyty indeksu z lat 2007, 2010, 2011, 2013, 2014 i 2015.

Dwukrotnie – 2009 i 2016 roku – cykliczna hossa na MSCI EM Banks Index zaczynała się po postraszeniu przełamaniem dolnego ograniczenia długoterminowego trendu wzrostowego. Na razie indeks broni wsparcia wyznaczonego przez dołek z czerwca-października ub. r., ale często w samej końcówce cyklicznej bessy indeks wykonywał zmyłkowy wypad na południe, by zaraz później zanegować to wybicie wchodząc w hossę (klasycznym przykładem był ruch z września 2001). Gdyby tak się stało znowu utrzymalibyśmy – zakładam, że fałszywe – przełamanie długoterminowej linii trendu jak pod koniec 2008 i na początku 2016 roku.

Z punktu widzenia kitchinowej cykliczności na takie ewentualne straszenie zostało już co najwyżej raptem parę tygodni i oczywiście nie ma gwarancji, że wszystko nie skończy się tak jak wiosną 2012, kiedy to wsparcie wyznaczone przed pierwszy dołek ówczesnej cyklicznej bessy zostało w apogeum obaw przed Eurogeddonem obronione.

Akcje sektora bankowego na rynkach wschodzących umacniały się generalnie względem reszty rynku do 2006 roku a od tamtej pory wykres względnej siły tego sektora wszedł w szeroki trend boczny.

Od początku tego roku akcje banków na EM słabną względem pozostałych sektorów, ale nie osiągnęły jeszcze – być może zachęcających do zainteresowania się tym segmentem rynku – poziomu relatywnej słabości obserwowanego w latach 2003-2004, 2008-2009, w listopadzie 2011, na przełomie 2015 i 2016, pod koniec 2017 czy ostatnio w czerwcu 2018.

Podsumowanie: sądząc po zachowaniu MSCI Emerging Markets Banks Index sektor bankowy na rynkach wschodzących jest relatywnie zdrowy. Chociaż jego relatywna siła spada od początku tego roku, to wydaje się, że w najbliższych latach powinna utrzymać się w obrębie trendu bocznego trwającego od kilkunastu lat, a przynajmniej na razie raczej nie widać technicznych przesłanek, by tak się miało nie stać.

Świece zostały rzucone: daleko jeszcze?

Celem moich poniedziałkowych zabaw WIG-iem 20, które tu prowadzę od jakiegoś czasu, jest uzyskanie – na bazie znalezionych historycznych analogii dla zachowania indeksu – ultra-krótkoterminowych scenariuszy, których uwzględnienie chociaż minimalnie zwiększy prawdopodobieństwo poprawnego przewidzenia zachowania indeksu w ciągu najbliższych kilku sesji (z dodatkowym bonusem w postaci czasami jakichś wniosków na temat dłuższego horyzontu). Dwie historyczne analogie, które zaproponowałem w poprzedni poniedziałek prowadziły do następującego wniosku:

„dwie znalezione historyczne analogie dla ostatniego zachowania WIG-u 20 sugerują kontynuację odbicia w górę przez kolejne 2-6 sesji i później spadek do 13-24 sesji po sygnale”

Tak to wygląda tydzień później:

Gdyby się tego dalej trzymać, to WIG-20 powinien rozpocząć kolejną zauważalną falę spadkową (test ostatniego dołka) dziś (wariant z listopada 2008 – na 3 miesiące przed końcem bessy) lub w środę (wariant z grudnia 2015 – na miesiąc przed końcem bessy).

Oczywiście po dzisiejszym rewelacyjnym początku sesji taki scenariusz wydaje się niezbyt prawdopodobny.

Spróbujmy jednak, jak co tydzień, spojrzeć na na zachowanie WIG-u 20 świeżym okiem. Opisałem sobie ostatnie zachowanie indeksu w następujący sposób:

  1. w ciągu poprzedniej 10 sesji WIG-20 zalicza roczny dołek („Świece zostały rzucone – grupa wsparcia„);
  2. w ciągu ostatnich 5 sesji WIG-20 zalicza 3-tygodniowe maksimum;
  3. w ciągu poprzednich 10 sesji WIG-20 zalicza ponad 4 proc. 3-sesyjny wzrost;
  4. WIG-20 wychodzi ponad poprzednie roczne minimum;
  5. WIG-20 jest niżej niż tydzień wcześniej.

Te 5 kryteriów były w przeszłości spełniane 5 razy:

Projekcja uzyskana przez uśrednienie zachowania WIG-u 20 wokół tych sygnałów spada jeszcze raz przez 7 sesji, ale to jest już jej ostatni spadek przed początkiem istotnego wzrostu.

Dysponuję danymi open-high-low-close dla WIG-u 20 od 2002 roku, więc porównam z ostatnim zachowaniem indeksu jedynie sygnały z listopada 2008 roku oraz z czerwca ub. r.

W drugim przypadku lokalne maksimum wypada dziś, w drugim – jutro. Później następuje mniejszy lub większy spadek (test ostatniego dołka) kulminujący 9-12 sesji po sygnale takim jak piątkowy.

Szczerze mówiąc niezbyt to pasuje to początku dzisiejszej sesji, która wyniosła WIG-20 na nowe miesięczne maksima.

Podsumowanie: z ubiegłotygodniowych analogii wynika początek istotniejszego spadku WIG-u 20 dziś lub pojutrze. Z analogii zaproponowanych dziś wynika początek spadku dziś lub jutro. Niestety bardzo mocny początek poniedziałkowej sesji niezbyt pasuje do tych analogii. Oczywiście jest jasne, że jeden „tłit” Trumpa może ten scenariusz całkowicie wywrócić (Trump jest prawdziwym błogosławieństwem dla analityka – zawsze można na niego zwalić winę za błąd w prognozie).

Co dalej z ropą?

W ciągu minionego roku dwukrotnie prezentowałem w tym miejscu swoje koncepcje rozwoju sytuacji na rynku ropy naftowej. Oba pomysły się w miarę dobrze sprawdziły. W listopadzie ub. r. („Ropa versus gaz jak w grudniu 2000„) i później w kwietniu br. („Ropa versus gaz cd.„) wykorzystując pojawienie się skrajnie silnej ujemnej korelacji pomiędzy cenami ropy naftowej i gazu otrzymałem taką projekcję dla ceny ropy naftowej:

Im starsza projekcja, tym większe powinno być prawdopodobieństwo rozjechania się jej z rzeczywistością rynkową, więc powyższego – cena ropy lada moment od poniedziałku się załamuje i spada do listopada – nie należy traktować zbyt dosłownie, tym bardziej, że wtedy powodem spadku były ataki na USA z 11 września 2001, a przecież Bin Laden już nie żyje.

Drugi pomysł na ropę (i dolara) prezentowałem w maju („Punkt ‚G’ dla ropy i dolara„) i wynikała z niego z kolei taka projekcja:

Zgodnie obu pomysłami cena ropy miała spadać od kwietnia do sierpnia, ale w drugiej projekcji – w przeciwieństwie do pierwszej – czas na spadki już się skończył.

Nie mając nowych pomysłów na ropę doszedłem do wniosku, że uśrednię oba scenariusze te scenariusze:

Gdyby na siłę szukać ich cech wspólnych, to można by wskazać relatywnie niskie ceny za ok. 4 miesiące i relatywnie wysokie ceny za miesięcy kilkanaście. Odzwierciedla się to w projekcji uzyskanej przez uśrednienie tych scenariuszy:

Zgodnie z uzyskanym wynikiem ropa do początku przyszłego roku raczej nie odjedzie na północ, co jest dosyć zgodne z sezonowym wzorcem dla tego surowca, który spada do lutego.

Podsumowanie: stare – nieco już zużyte – projekcje dla ropy naftowej oraz sezonowość tego rynku sugerują, że wzrost ceny tego surowca rozpocznie się dopiero od stycznia-lutego przyszłego roku.

Cykliczny dołek na sWIG-u już był?

3 tygodnie temu WIG-u 20 spadł do najniższego poziomu od 2,5 roku. W tym samym czasie sWIG-80 był ciągle ponad 10 proc. powyżej swego rocznego minimum z grudnia ub. r. Takie sytuacje w ciągu minionego ćwierćwiecza zdarzyły się jedynie dwukrotnie: w maju 2012 oraz w okresie sierpień-grudzień 2015.

Dla WIG-u 20 sytuacja jest dwuznaczna, bo w pierwszym przypadku taki sygnał się wystąpił praktycznie w dołku cyklicznej bessy, zaś w przypadku drugim pojawił się przed kolejną silną 5-miesięczną falą kończącego cykliczną bessę spadku.

Biorąc po uwagę trwającą amerykańsko-chińską wojnę handlową, Brexit, wybory i oczekiwane orzeczenie TSUE w sprawie kredytów frankowych w naszym kraju oczywiście nie można wykluczyć dalszego scenariusza dla WIG-u a la wrzesień 2015-styczeń 2016, chociaż równocześnie, gdyby rozwój wydarzeń potoczył się w sposób postrzegany przez rynki jako korzystny, moglibyśmy otrzymać wersję bardziej zbliżoną do tej przerabianej w połowie 2012 roku.

Za czekaniem z masowymi zakupami akcji największych polskich spółek przemawia fakt, że w obu scenariuszach za 31 sesji od odpowiednika chwili obecnej WIG-20 jest nie wyżej niż 1 proc. w stosunku do obecnych poziomów, więc można zakładać, że do listopada indeks zbyt daleko nie ucieknie na północ.

Uśrednienie tych 2 scenariuszy daje projekcję WIG-u 20, która do listopada spada do nowych dołków bessy (1959,4 pkt.).

Ciekawiej sytuacja wygląda na sWIG-u:

Tu w obu historycznych epizodach podobnych z opisanych na początku względów do sytuacji z sierpnia sWIG-80 był już po dołku swojej cyklicznej bessy i w trakcie pierwszej korekty nowej hossy. Podobnie zachowuje się projekcja dalszego przebiegu tego indeksu uzyskana przez uśrednienie ścieżek sWIG-u wokół sygnałów z maja 2012 i sierpnia 2015.

Ta korekta uzyskanej projekcji przedłuża się do listopada, ale nie sięga już ani poniżej swoich dołków, ani poniżej faktycznego dołka sWIG-u z grudnia ub. r., a od listopada rozpoczyna stabilną cykliczną hossę (3-cią falę), która powinna kulminować w okolicy wiosny 2021.

Podsumowanie: sądzę, że z punktu widzenia polskich inwestorów indywidualnych trzymających obecnie akcje małych polskich spółek wchodzących w skład indeksu sWIG-u 80 najbliższe 2 miesiące można opisać jako odpowiednik okresu od 1 minuty 37 sekundy poniższego fragmentu filmowego. Odpowiednik 2 minuty 50 sekundy powinien nadejść gdzieś w listopadzie.

Uwaga, uwaga, nachodzi!

Pod koniec kwietnia przedstawiłem w tym miejscy moją śmiałą prognozę ewolucji ceny kontraktów na prawa do emisji CO2.

Zakładała ona, że do września wykres uformuje ostatnią falę rozpoczętego 3 lata wcześniej impulsu wzrostowego w postaci formacji klina kończącego, a następnie w ciągu ok. 10 miesięcy spadnie o ponad połowę.

Nadszedł wrzesień i można porównać tę prognozę z rzeczywistym zachowanie rynku:

Faktyczne zachowanie cen kontraktu odchylało się od prognozy, ale rynek rzeczywiście wyrysował coś co wygląda na bardzo elegancki klin kończący będący ostatnim impulsem 3-ciej fali.

W tej interpretacji ostatni spadek – który wydaje się miał charakter 5-falowego impulsu, po którym teraz powinna nastąpić niewielka korekta wzrostowa – jest już początkiem dużej korekty, która powinna przypominać swą skalą tą z okresy październik 2015-wrzesień 2016 (-54 proc.). W mojej prognozie cena kontraktu spada do ok. 12 euro, ale inną metodą jako cel można wyznaczyć „maksymalny zasięg fali 4-tej niższego rzędu” czyli poziom 15,62 euro z listopada ub. r.

Warto zauważyć, że w przeszłości wykres ceny tego kontraktu już 2-krotnie przygotowywał się do dużego spadku – sprzed 4 lat i sprzed 8 lat – formując potężne formacje klinów kończących.

Oczywiście ta zabawa wykresami abstrahuje od fundamentów tego rynku, który jest mocno manipulowany przez władze UE. Ostatnie wysokie ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla być może wynikają z dyskontowania ogłoszonego w maju planu redukcji liczby wystawianych na aukcjach uprawnień pomiędzy wrześniem br. a sierpniem 2020.

„The European Commission published today the total number of allowances in circulation on the European carbon market. It amounts to 1 654 909 824 allowances.
The total number of allowances in circulation plays an important role for the operation of the Market Stability Reserve (MSR) of the EU Emissions Trading System (ETS), which began operating in January 2019. This indicator shows the surplus of allowances in circulation in a transparent and predictable manner; as long as its level exceeds the threshold set in the legislation, of 833 million allowances, then allowances are placed in the reserve every year.
Allowances are either placed in, or released from the reserve, by increasing or decreasing the future amount of allowances that Member States auction.
The revised EU ETS Directive, establishing the architecture of the EU ETS for the next decade, provides for doubling the rate at which allowances will be placed in the reserve between 2019 and 2023.
Thus, based on the indicator published today and on the provisions of the revised legislation, auction volumes from September 2019 to August 2020 will be reduced by 397 178 358 allowances, corresponding to 24% of the total number of allowances in circulation.
The next publication of the total number of allowances in circulation will take place by 15 May 2020 to determine the reserve feeds taking place for the remainder of 2020 and the first eight months of 2021, i.e. from 1 September 2020 until 31 August 2021.”

„Ograniczenie liczby darmowych praw do emisji CO2 przez Komisję Europejską wywróciło rynek praw do emisji do góry nogami. Ich cena wzrosła w tym tygodniu do nawet 31 euro za tonę na niemieckiej giełdzie EEE. I choć w czwartek kurs spadł w okolice 28 euro, to i tak obecne poziomy są ekstremalnie wysokie. Jeszcze na początku roku trzeba było płacić 23 euro, rok temu 16 euro, a dwa lata temu 6 euro.”

Zapłacimy w sklepach kolejne miliardy. Rekordy cen praw do emisji.

Zobaczymy, czy moje podejście do interpretacji zachowania cen na tym nietypowym rynku się ostatecznie sprawdzi. Zgodnie z moją prognozą już w styczniu cena powinna być bliska 16 euro.

Przy okazji największym emitentem dwutlenku węgla w Europie są oczywiście Niemcy, chociaż to nasz Bełchatów zajmuje pierwsze miejsce w rankingu firm:

Podsumowanie: