Miesiąc: Czerwiec 2019

Dalszy wzrost sentymentu krajowych inwestorów indywidualnych

Minął już termin szczytu przedstawionej tu 2 tygodnie temu („Najwyższy od prawie 17 miesięcy sentyment krajowych inwestorów indywidualnych„) projekcji wartości WIG-u 20.

Dalszy wzrost salda optymistów i pesymistów w sondażu Indeks Nastrojów Inwestorów SII, który nastąpił w czwartek, pozwala na stworzenie nowej projekcji. Zdefiniujmy sobie obecną sytuację jako moment, w którym saldo INI rośnie o ponad 55 pkt. proc. w nie więcej niż 2 miesiące. To kryterium było spełnione w przeszłości 4-krotnie:

Za każdym razem pomiędzy 16-tą a 82-ą sesją po sygnale takim jak czwartkowy WIG-20 był poniżej poziomu, przy którym wygenerowany został sygnał (czyli w obecnych realiach 2335,13 pkt.).

W każdym z tych 4 przypadków WIG-20 spadał prędzej czy później do poziomu przynajmniej 2140,8 pkt.

Uzyskana przez uśrednienie 4 historycznych ścieżek WIG-u 20 wokół tych sygnałów projekcja wartość tego indeksu rośnie do wtorku (2339,3 pkt.), a później spada przez prawie 3 miesiące do poziomu 2133,8 pkt. Później nadchodzi trwały i silny wzrost.

Jak dla mnie ta projekcja nie wygląda jakość szczególnie niewiarygodnie szczególnie, że obecne 17-miesięczne maksima sentymentu pojawiają się w sytuacji, w której WIG-20 ciągle pozostaje poniżej szczytów z lutego i kwietnia (w tym sensie obecna sytuacja przypomina te z sierpnia 2016, czerwca 2013 i lutego 2012 i jest odmienna od tej ze stycznia 2018, który to przypadek być może należałoby wyeliminować z analizy). Z kontrariańskiego punktu widzenia to raczej negatywny sygnał.

Podsumowanie: historyczne precedensy takiego jak obserwowane w okresie minionych 2 miesięcy zachowania sentymentu krajowych inwestorów indywidualnych (wzrost salda INI SII o ponad 55 pkt. proc.) sugerują by w najbliższych tygodniach szczęścia na WIG-u 20 poszukiwać po krótkiej stronie (uzyskana na ich podstawie projekcja wartości indeksy spada od przyszłego wtorku z poziomu 2339,3 pkt. do 2133,8 pkt. pod koniec września).

Czy polskie rządy manipulują koniunkturą gospodarczą w okresie przedwyborczym?

Hipoteza robocza: partie tworzące rządzącą w naszym kraju w danym momencie koalicję nie są wstanie odeprzeć pokusy pomanipulowania bieżącą koniunkturą gospodarczą, tak by „pożyczyć” trochę wzrostu gospodarczego z okresu po wyborach do Sejmu i „przenieść” go w okres przedwyborczy. Sprawdźmy ją.

Na poniższym wykresie rocznej dynamiki PKB w naszym kraju zaznaczyłem pionowymi kreskami daty wyborów do Sejmu: cienkimi przerywanymi pierwsze częściowo wolne wybory z czerwca 1989, pierwsze całkowicie wolne wybory z października 1991, oraz przedterminowe wybory z września 1993 i października 2007 i te pominąłem w analizie (raczej jest wątpliwe, by rząd był wstanie przygotować się na przedterminowe wybory, które zwykle były u nas zaskoczeniem). Zostały „terminowe” wybory z 1997, 2001, 2005, 2011 i 2015 roku, takie jak te, które odbędą się jesienią tego roku (ich daty zaznaczyłem grubymi ciągłymi liniami).

Zsynchronizujmy sobie te 6 cykli wyborczych na koniec I kwartałów lat wyborczych (terminowe wybory zawsze były na przełomie III i IV kw.).

Co się okazuje? Otóż w 4 na 5 przypadków tempo wzrostu PKB w każdym kwartale roku powyborczego było niższe niż w I kw. roku wyborczego (czyli 4,7 proc. w naszym przypadku). Wyjątkiem była ścieżka PKB po wyborach z 2005 roku, czyli uczciwością albo brakiem umiejętności manipulowania koniunkturą gospodarczą wykazała się koalicja SLD/PSL.

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 5 historycznych ścieżek dynamiki PKB w okresie okołowyborczym spada do końca roku po wyborach.

Oczywiście skala domniemanego zjawiska nie jest duża, bo to powyborcze spowolnienie to raptem niecałe 1,5 pkt. proc. w stosunku do dynamiki PKB rejestrowanej w IV kw. roku wyborczego, czyli zaraz po wyborach.

W tym kontekście moja projekcja ścieżki PKB, nad którą zastanawiałem się wczoraj, a która robi dołek w I półroczu 2020, nie wygląda już tak całkiem nieprawdopodobnie.

Podsumowanie: w 4 na 5 przypadkach dynamika PKB po terminowych wyborach do Sejmu i Senatu była przez cały powyborczy rok niższa niż w I kw. roku wyborczego. To oczywiście może być przypadek, ale przedstawione dane nie pozwalają odrzucić hipotezy, że to efekt manipulacji rządu koniunkturą gospodarczą mających zwiększyć szanse rządzących partii na ponowne zwycięstwo wyborcze.

Czy spowolnienie gospodarcze ulegnie pogłębieniu?

Po silnym spowodowanym efektami sezonowymi kwietniowym wzroście wartości mojego prostego modelu rocznej dynamiki PKB w naszym kraju (do +5,5 proc.) maj przyniósł spadek szacunku tempa wzrostu gospodarczego do +4,3 proc. W tym roku mieliśmy o jeden dzień roboczy więcej niż rok temu, więc w rzeczywistości tempo wzrostu było w tym miesiącu nieco niższe niż ten wynik.

Majowa wartość tego modelu trafiła dokładnie na poziom mojej projekcji ścieżki PKB opartej na uśrednionym przebiegu 5 poprzednich krótkich cykli koniunkturalnych.

Nasuwa się oczywiście pytanie czy pomiędzy lipcem br. a lutym/majem roku przyszłego zobaczymy jeszcze jedną falę osłabienia wzrostu gospodarczego. Jej pojawienie się sugeruje historia, ale oczywiście obecny cykl może okazać się nietypowy, chociażby ze względu na „masarską” działalność rządu w roku wyborczym (a z drugiej strony co się stanie z koniunkturą gospodarczą zaraz po jesiennych wyborach?).

Różne wskaźniki wyprzedzające koniunktury, które śledzę nie dają jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. OECD-owski indeks wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Polski nadal spada, co sugeruje, że przynajmniej do okolic listopada br. nie powinniśmy zobaczyć dna spowolnienia (ale wskaźnik ten rozkorelował się ostatnio wyraźnie z rzeczywistością, więc wartość jego wskazań spadła).

Z drugiej strony podobny CLI (Composite Leading Indicator) dla krajów OECD+BRIICS wzrósł w kwietniu, co sugeruje, że cykliczne dno koniunktury polska gospodarka powinna była minąć już w okolicach maja br.

Mój „wskaźnik wyprzedzający wskaźników wyprzedzających” czyli wskaźnik szerokości koniunktury gospodarczej w krajach OECD+BRIICS sugeruje dla odmiany dołek spowolnienia w czerwcu br.

Oczywiście w świetle arbitralnych decyzji administracji USA w sprawie różnych handlowych potyczek również tych wskazań nie można traktować jak wyroczni.

Economic Sentiment Indicator dla Polski silnie koreluje z dynamiką PKB, ale przy braku jakiegokolwiek wyprzedzenia.

Takie wyprzedzenie – wynoszące pół roku – pojawia się jednak – za cenę spadku korelacji – gdy kilkadziesiąt takich wskaźników dla krajów UE wykorzystany do stworzenia indeksu „szerokości” koniunktury gospodarczej w krajach UE. Na razie wskaźnik ten ustanowił dołek w kwietniu, co sugeruje dno spowolnienia w naszym kraju w okolicach października b.r.

Na koniec tego przeglądu Early Warning Signal Risk Index dla Polski, który dość dynamicznie już rośnie sugerując, że dno spowolnienia powinno było wypaść już w kwietniu, a więc wielkiego zagrożenia jego pogłębianiem w drugim półroczu nie ma.

Jednak zachowanie wskaźnika „szerokości” globalnej koniunktury gospodarczej opartego na takich wskaźnikach dla 20 różnych rynków „wschodzących” (dającego aż 11 miesięczne wyprzedzenie w stosunku do dynamiki polskiego PKB, oczywiście za cenę niezbyt wysokiej korelacji) sugeruje, że polska gospodarka powinna minąć dno cyklicznego spowolnienia dopiero na przełomie tego i następnego roku.

Chyba z powyższego trudno wyciągnąć jakąś bardziej jednoznaczną konkluzję.

Ja spróbuję sprawdzić – może jutro? – czy jeśli chodzi o dynamikę PKB, to można dopatrzyć się w Polsce jakiegoś efektu wyborczego. Można spekulować, że rządy odczuwają pokusę „przesuwania” koniunktury na okres przedwyborczy („zabierając” ją z okresu po wyborach). Ciekawe czy dane potwierdzą zachowanie takiego zjawiska w naszym kraju. Z drugiej strony ze względu na wybory prezydenckie w 2020 roku, nawet jeśli taki efekt występował w przeszłości, to w obecnym cyklu wyborczym może wystąpić w bardziej ograniczonym sposób.

Podsumowanie: projekcja dynamiki PKB w obecnym cyklu uzyskana przez uśrednienie przebiegu 5 poprzednich cykli sugeruje kolejną falę spowolnienia gospodarczego pomiędzy lipcem br. a lutym/majem przyszłego roku. Zachowanie różnych wskaźników wyprzedzających koniunktury – sugerujących dosyć rozbieżne terminy dna cyklicznego spowolnienia niestety chyba nie pozwala zweryfikować tej hipotezy.

Daje nam przykład Tajlandia?

Indeksy niektórych wchodzących rynków akcji nie wytrzymują już napięcia wytwarzanego przez spadające długoterminowe stopy procentowe i rosnące wskaźniki wyprzedzające globalnej koniunktury gospodarczej i przełamując kluczowe opory wybijają się w górę. Tak się stało w Tajlandii:

Taki sam sygnał napłynął z tamtejszego rynku walutowego:

Zapewne o takim a nie innym zachowaniu tajskiego rynku decydują jakieś specyficzne lokalne lub regionalne czynniki (kraj jest np. beneficjentem amerykańsko-chińskiej wojny handlowej), które niekoniecznie dotyczą Polski. Jednak takie a nie inne zachowanie tego rynku wschodzącego może stanowić dla nas wstępne ostrzeżenie, że cykliczna hossa na rynku akcji i lokalnej walucie może się zbliżać również do nas.

Podsumowanie: od dołka WIG-u ze stycznia 2016 minęło już 41 miesięcy, a najdłuższy cykl hossa-bessa na GPW trwał 45 miesięcy, więc do października ciągle się może wydarzyć coś co ceny naszych akcji jest raz przygnie do dołu (jakiś mały Chinageddon, amerykański odwet na Iranie za ostatnie zestrzelenie drona itp.), ale zachowanie cen akcji i walut Tajlandii sugeruje, że obecne warunki finansowe na świecie zaczynają powoli sprzyjać przynajmniej niektórym rynkom wschodzącym.

Czas na cykliczną hossę na rynku obligacji skarbowych się kończy

Tak sobie myślę, że od czasu, kiedy dzięki „rewolucji łupkowej” USA prawie dwukrotnie zwiększyły swoją produkcję ropy naftowej, władze tego kraju muszą codziennie zmagać się z pokusą wywołania jakiejś wojny na Bliskim Wschodzie, która zablokowałaby eksport ropy z Zatoki Perskiej. Pozwoliłoby to być może Stanom Zjednoczonym sprawdzić, jak sobie radzą podduszone w ten sposób Chiny i UE (ale przy okazji też tacy sojusznicy USA czyli Japonia i Korea Południowa).

Oczywiście byłaby to ryzykowana zabawa, bo gdyby wskazywać najważniejszy pojedynczy czynnik zdolny do wywołania recesji w gospodarce USA, to był nim „szok naftowy” (taki jak ostatnio ropa po prawie 150 dolarów w lipcu 2008, a więc na 2 miesiące przed bankructwem Lehman Brothers).

No i geopolitycznie taki scenariusz byłby wątpliwy – szczególnie z polskiego punktu widzenia – bo umacniałby pozycję Rosji (tak jak ją umocniły wojny USA w Afganistanie i Iraku).

Ale oczywiście scenariusza jakiegoś konfliktu USA z Iranem nie można wykluczyć, bo ostatnia seria ataków na tankowce w Zatoce Perskiej i zestrzelenie przez Iran amerykańskiego drona szpiegowskiego świadczy o silnym wzroście napięcia w regionie.

Jak dla mnie to, ten wzrost niepokojów w okolicach Zatoki Perskiej nastąpił ciut przedwcześnie, bo do mojego celu na ropie wyznaczonego w komentarzu sprzed miesiąca („Punkt „G” ropy i dolara„) zabrakło nieco ponad dolara.

Z mojej perspektywy jakaś krótkotrwała akcja militarna USA przeciw Iranowi (do której, jak się wydaje, popychają Stany Zjednoczone ich bliskowschodni sojusznicy czyli m. in. Arabia Saudyjska i Izrael) byłaby eleganckim zwieńczeniem obecnego cyklu. Można sobie wyobrazić, że wzrost ryzyka geopolitycznego wypchnąłby ceny obligacji skarbowych w USA na nowe rekordy (ale zaraz potem być może zaczęłyby spadać martwiąc się perspektywą wzrostu inflacji wskutek wzrostu cen ropy, który by zapewne nastąpił). Być może rynki akcji by się pewnie początkowo przestraszyły spadających bomb i ryzyka wstrzymania dostaw ropy, ale można sobie wyobrazić, że niedługo później zaczęłyby się selektywnie cieszyć perspektywą pojawienia się impulsu inflacyjnego.

Ponieważ jednak z perspektywy Zielonego Ursynowa trudno coś mądrego powiedzieć na temat decyzji politycznych i militarnych, które niebawem zapadną albo i nie zapadną w odległych krainach, to zwróćmy się do tradycyjnych metod, których stosowanie nie wymaga większej wiedzy o bieżących machinacjach polityków.

Akcje na rynkach wschodzących to tradycyjnie „ryzykowana” klasa aktywów, a obligacji rządu USA klasa aktywów „bezpieczna”. Nic dziwnego więc, że prawie zawsze początek cyklicznej bessy na wschodzących rynkach akcji w ramach cyklu Kitchina prędzej czy później przekładał się na cykliczną hossę na rynkach obligacji skarbowych w krajach rozwiniętych (kapitał uciekał od ryzyka do bezpieczeństwa).

Na poniższym obrazku na wykresie MSCI Emerging Markets Index pionowymi liniami zaznaczyłem cykliczne szczyty hossy na wschodzących rynkach akcji z okresu minionych 30 lat.

Jak widać za wyjątkiem kwietnia 2004 w każdym przypadku kupując w takim cyklicznym szczycie MSCI EM Index amerykańskie 10-latki można było w perspektywie następnych kilku kwartałów zarobić (rentowności obligacji spadały).

W obecnym cyklu przejście rentowności do fazy spadkowej trochę potrwało (od stycznia 2018, gdy zaczęła się bessa na EM, do października 2018, gdy zaczęła się hossa na obligacjach), ale ostatecznie rentowności spadły w istotny sposób.

Uśrednijmy sobie 8 ścieżek rentowności wokół cyklicznych szczytów hossy na wschodzących rynkach akcji od 1990 roku, by zobaczyć kiedy średnio później kończyła się hossa na rynkach obligacji.

Okazało się, że gdyby obecna hossa na amerykańskich 10-latkach miała być „typowa” to powinna kulminować już za 6 sesji.

Podsumowanie: oczywiście do uzyskane wyniku nie należy się zbytnio przywiązywać, bo przewidzenie krótkoterminowych ruchów rynku jest bardzo trudne, ale sugeruje on, że posiadacze obligacji skarbowych powinni obecnie myśleć o próbach ich sprzedaży po korzystnych cenach i – zgodnie z logiką cyklu koniunkturalnego – przeniesieniu ciężaru własnych portfeli bardziej w stronę akcji.

Kto pierwszy odpadnie z rajdu: złoto, obligacje skarbowe czy akcje?

Po zapoznaniu się z wynikami ostatniego posiedzenia FOMC można dojść do wniosku, że FED jest znacznie mniej gołębi niż by tego oczekiwał rynek pieniężny. Co prawda mediana oczekiwanej przez członków FOMC w 2020 roku wysokości oprocentowania funduszy federalnych spada w 2020 roku do przedziału 2-2,25 proc. (z tegorocznego 2,25-2,5 proc.), ale rynek oczekuje w przyszłym roku stóp poniżej 1,5 proc.

Patrząc na kropki (pokazujące oczekiwany poziom stóp FED) dla 2020 roku widać, że wśród 17 członków Federalnego Komitetu Otwartego Rynku jest 7 zdeklarowanych „gołębi” i 2 „gołębie” umiarkowane, 1 agresywny „jastrząb” i dwóch umiarkowanych oraz 5 osób neutralnych/niezdecydowanych. Czyli gołębie mają przewagę, ale to nie jest chyba dominacja, która by gwarantowała spełnienie oczekiwań rynku, który szacuje prawdopodobieństwo cięcia stóp w lipcu aż o 50 punktów bazowych na 38,5 proc., a obniżki o ćwiartkę punku na 61,5 proc.

Zapewne FOMC ugnie się w lipcu przed rynkiem i obniży stopy, ale uwzględniając oczekiwania członków FOMC co do przyszłego poziomu stóp FED w dużej mierze zredukuje to dalszy potencjał spadkowy stóp. Łagodzenia polityki pieniężnej w sytuacji, gdy stopa bezrobocia w USA znajduje się na półwiecznym minimum, a ceny akcji są przy rekordowo wysokich poziomach jest z pewnością kontrowersyjną decyzją (chociaż oczywiście usprawiedliwia ją ostatni wzrost prawdopodobieństwa recesji w gospodarce Stanów Zjednoczonych).

Tak czy siak ze wzrostu oczekiwań na złagodzenie polityki pieniężnej cieszyły się w ostatnim okresie różne klasy aktywów: S&P 500 wyszedł wczoraj na nowy historyczny szczyt, ceny obligacji ustanawiały w ostatnich dniach cykliczne minima rentowności, a złoto wyszło na 5-letni szczyt.

To dosyć nietypowa sytuacja, więc sprawdźmy sobie kiedy w przeszłości w ciągu miesiąca równocześnie S&P 500 i złoto ustanawiały przynajmniej 2-letnie maksima a cena kontraktu na 30-letni rządu USA wychodziła na przynajmniej roczny szczyt. Okazuje się, że taka sytuacja zdarzyła się w przeszłości jedynie 3-krotnie: w sierpniu 1993, styczniu 1996 oraz lipcu 2016.

Zróbmy sobie ze ścieżek ceny złota, ceny kontraktu na 30-latki oraz S&P 500 projekcje trajektorii cen tych instrumentów w ciągu najbliższych 2 lat:

Jak widać pierwsze dwie projekcje sugerują, że równoczesna hossa na złocie i na obligacjach skarbowych są raczej nie do utrzymania na dłuższą metę – projekcja dla złota już minęła swój szczyt, a projekcja ścieżki cen 30-latek rządu USA minie go za niecałe 3 tygodnie. Trzecia projekcja sugeruje, że obecne sytuacja nie powinna stanowić jakiegoś poważniejszego zagrożenia dla rynku akcji w Stanach Zjednoczonych.

Tak sobie myślę, że ostatnie wyjście ceny złota na ponad 5-letnie maksimum stanowi sygnał ostrzegawczy dla FED i powodować będzie większą niż tego oczekuje rynek pieniężny ostrożność przy łagodzeniu polityki pieniężnej. FED już raz po 2000 roku wypuścił demona inflacji z butelki i skończyło się to w latach 2007-2009 roku Wielką Recesją. Wtedy złoto wyszło po raz pierwszy na 5-letnie maksimum w grudniu 2002. W poprzednim cyklu pokoleniowym 5-letnie szczytu złota zaczęły się pojawiać na początku lat 70-tych po rozpadzie systemy z Bretton Wood i też skończyło się to w 1974 roku pokoleniowym kryzysem finansowo-gospodarczym.

Innymi słowy wydaje się, że FED może się znaleźć pomiędzy Scyllą grożącej w przyszłym roku recesji (a więc powinien obniżać stopy), a Charybdą uruchomienia jak w latach 70-tych i 2000-nych silnego impulsu inflacyjnego (więc powinien stopy podnosić). Moim zdaniem przekładać to się będzie raczej na stabilizację stóp niż na jakieś silne i długotrwałe ruchu.

Podsumowanie: powyżej przedstawione 3 historyczne sygnały wygenerowane gdy w przeciągu miesiąca S&P 500 i złoto robiły 2-letnie szczyty, a cena kontraktu na 30-letnie obligacje skarbowe ustanawiały roczne maksimum stanowią argument za tym, z obecnego wyścigu ku szczytom najpierw powinno odpaść złota, a zaraz później obligacje skarbowe, a w średnim terminie zwycięzcą zostaną akcje.

Hossa na obligacjach skarbowych nie słabnie

Lubię oglądać sobie na stooq-u zachowanie rynków w formacie tabel wyświetlających roczne ekstrema cen instrumentów (czy też w przypadku obligacji ich rentowności). Wczoraj po deklaracji szefa ECB, że bank być może już w lipcu dokona kolejnego poluzowania polityki pieniężnej (od razu skrytykowanej przez Trumpa jako próba utrzymania niskiego kursu euro względem dolara), prawie cała strona stooq-a poświęcona 10-letnim obligacjom skarbowym świeciła od góry do dołu czerwonymi literkami „R” oznaczającymi ustanawianie przez rentowności przynajmniej rocznych dołków.

Takie zachowanie rynku obligacji sugeruje dużą siłę rozpoczętego jesienią („Zbliża się czas obligacji skarbowych„) trendu wzrostowego cen obligacji (ich ceny poruszając się odwrotnie do rentowności). Postanowiłem spróbować sprawdzić, co taka duża „szerokość” hossy (mówi się, że rynek jest „szeroki” jeśli w głównym trendzie uczestniczy wiele instrumentów) na rynku obligacji skarbowych na świecie oznaczała w przeszłości.

Zmajstrowałem sobie więc na szybko wskaźnik „szerokości” rynku obligacji skarbowych w krajach rozwiniętych. Można to zrobić na wiele różnych sposobów. Ja zsumowałem przypadki wystąpienia w ciągu ostatniego miesiąca rocznych ekstremów rentowności obligacji 10-letnich. Uwzględniłem 20 krajów rozwiniętych pominąwszy Hong Kong, Singapur, Luksemburg, Izrael, Cypr, Koreę Południową, Islandię i Polskę, które się czasami na listach krajów rozwiniętych pojawiają ze względu na krótkie historie rentowności 10-latek z tych krajów.

Okazało się, że w czerwcu mój wskaźnik osiągnął maksymalną możliwą wartość 20 pkt., co oznacza, że w ciągu minionego miesiąca rentowności 10-latek wszystkich branych przez uwagę krajów zaliczyły swoje przynajmniej roczne minima.

W ciągu minionych 27 lat taka sytuacja zdarzył się poprzednio tylko 3-krotnie: ostatnio w sierpniu/wrześniu 2014, grudniu 2014 oraz styczniu-lutym 2015, a wcześniej w czerwcu 2005 oraz w grudniu 2000/styczniu 2001.

Zaznaczmy sobie te sygnały na wykresie amerykańskich 10-latek.

Liczyłem na jakiś jednoznaczny sygnał, ale się przeliczyłem. Jak widać każdy z tych 3 przypadków historycznych był inny. Po sygnale z sierpnia 2014 roku hossa na obligacjach trwała jeszcze przez 2 lata. Sygnał z czerwca 2005 wyznaczył doskonałą okazję do sprzedaży obligacji przed 2-letnim okresem wzrostu rentowności. I wreszcie po sygnale z grudnia 2000 rentowności weszły na 15 miesięcy w trend boczny.

W jednym przypadku (grudzień 2000) taki sygnał poprzedził początek recesji w gospodarce USA o 3 miesiące, w dwu pozostałych recesja nie nastąpiła w ciągu przynajmniej 2,5 lat po sygnale.

Sygnał z grudnia 2000 poprzedził o miesiąc pierwszą w długiej serii obniżek stóp FED. Sygnał z czerwca 2005 przeciwnie – nastąpił w trakcie równie długiej sekwencji podwyżek stóp. I wreszcie sygnał z 2014 roku pojawił się w trakcie wieloletniej stabilizacji stóp FED na niskim poziomie.

Przeniesienie tych 3 historycznych precedensów na obecną sytuację wygląda tak:

Jak widać w każdej z analogii przyszłe zachowanie rentowności 10-latek byłoby inne. W rezultacie te odmienne tendencje się nawzajem znoszą dając zupełnie nijaką projekcję zachowania rentowności w ciągu najbliższych 2 lat.

No cóż, nie zawsze próby analizy są udane.

„Chłopski rozum” podpowiada, że do momentu materializacji obniżki stóp FED (dziś poznamy decyzję Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w sprawie wysokości stóp; rynek szacuje prawdopodobieństwo obniżki o ćwierć punktu na 21,7 proc.) i ewentualnie podobnej decyzji ze strony ECB) rynkowi obligacji skarbowych nic poważniejszego nie zagraża. Gdy te spekulacje o nadchodzącym złagodzeniu polityki pieniężnej się potwierdzą można będzie rozważyć – na zasadzie „kupuj pogłoski, sprzedawaj fakty” – sprzedaż – przynajmniej części – kupowanych jesienią obligacji (i – zgodnie z logiką cyklu koniunkturalnego przeniesienie – przynajmniej części – kapitału na rynek akcji).

Podsumowanie: oczekiwania na złagodzenie polityki pieniężnej w USA (i od wczoraj również w strefie euro) spowodowały, że rozpoczęta jesienią cykliczna hossa na rynku długoterminowych obligacji skarbowych w krajach rozwiniętych osiągnęła „szerokość” obserwowaną w okresie minionych 27 lat jedynie 3-krotnie. Z analizy historycznej tych sygnałów raczej niewiele wynika, chociaż zwykle dużą szerokość danego rynku interpretuje się jako dowód jego siły, a na decyzję o sprzedaży czeka się do pojawienia się jakichś dywergencji. Intuicji podpowiada, że z decyzją o porzuceniu rynku obligacji skarbowych można nadal zwlekać przynajmniej do czasu potwierdzenia się spekulacji o obniżkach stóp FED i ECB (czyli zapewne przynajmniej do lipca).

Gospodarka światowa minęła dołek cyklicznego spowolnienia?

3 miesiące temu komentując trwający spadek indeksu wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla najważniejszych gospodarek świata sugerowałem na podstawie zachowanie mojego wskaźnika „szerokości” wzrostu gospodarczego na świecie („Wskaźnik wyprzedzający wskaźników wyprzedzających OECD„), że:

(…) pierwszego wzrostu wartości CLI dla krajów OECD+BRIICS można oczekiwać w okolicach maja br. 

Taki wzrost nastąpił już w kwietniu. Naniosłem podobne sygnały na wykres CLI dla OECD+BRIICS:

Można uznać, że 3/4 z tych 20 sygnałów z ostatnich 45 lat poprawnie identyfikowało koniec spowolnienia gospodarczego. Ostatnim wyjątkiem był sygnał ze stycznia 2012, który był falstartem.

Co ciekawe indeks wskaźników wyprzedzających dla Polski nadal spadał w kwietniu i był tak nisko jak w kwietniu jedynie w latach 2008-2009 i 2000-2002, ale wartość tego sygnału ogranicza wyraźne rozkorelowanie się tego parametru z faktyczną dynamiką PKB w naszym kraju w ostatnim czasie.

Zaznaczmy sobie te sygnały na CLI dla krajów OECD+BRIICS na wykresie WIG-u:

Tu uwaga: na powyższym wykresie strzałkami zaznaczyłem daty sygnałów (czyli w obecnym przypadku kwiecień), a nie – późniejsze o 2 miesiące – daty publikacji. Poniższą projekcję wartości WIG-u zrobiłem jednak ze ścieżek indeksu wokół dat publikacji informacji o sygnale:

Nie ma tu co dzielić włosa na czworo – projekcja ta wygląda jednoznacznie optymistycznie.

Oczywiście dobrze jest też zadać sobie pytanie o to, ile można było w tych 8 przypadkach stracić po drodze.

Najgorzej było po sygnale z listopada 2001 (czyli teraz mamy odpowiednik stycznia 2002), bo wtedy nadziewaliśmy się na 20 proc. korektę na WIG-u. (upadek WorldCom w USA). Druga największa przejściowa strata (-13, 2 proc.) pojawiła się po sygnale ze stycznia 2012 (czyli teraz mamy odpowiednik marca 2012 i za chwilę nadziejemy się na apogeum lęków przed Eurogeddonem). 8,3 proc. mogliśmy stracić podczas korekty po zakupie WIG-u w grudniu 2012. A 6,8 proc. podczas korekty po zakupie z maja 2016 (nadzialibyśmy się wtedy na referendum w sprawie Brexitu). Te ostatnie straty trudno zresztą uznać za winę sygnałów, bo w każdej średnioterminowej hossie zdarzają się krótkoterminowe korekty. W pozostałych 4 przypadkach przejściowe straty się prawie nie pojawiły.

Zielona strzałka na powyższym wykresie pokazuje moment, w których wszystkie 8 zakupów zaczyna dawać zyski. Następuje to w 1,5 roku po sytuacji takiej jak obecna. Czyli mamy 8:0, że od przełomu 2020 i 2021 WIG będzie wyżej niż obecnie.

Oczywiście w każdej chwili możemy się nadziać z jakiegoś powodu na korektę (tak jak po zakupie ze stycznia 2002 czy marca 2012), ale z punktu widzenia powyższych danych należałoby ją traktować jako ostatnią chyba już okazję do zakupów akcji po relatywnie atrakcyjnych cenach.

Podsumowanie: spadający od października 2017 indeks wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla krajów OECD+BRIICS wzrósł w kwietniu z wieloletniego dołka. Można szacować, że na 75 proc. ten sygnał poprawnie identyfikuje początek globalnego ożywienia gospodarczego. Projekcja wartości WIG-u uzyskana na podstawie 8 takich sygnałów od 1998 roku rośnie do prawie 90000 pkt. w 2021 roku. Maksymalna przejściowa strata, która się po tych 8 sygnałach pojawiła wynosiła 20 proc., a w każdym przypadku WIG był powyżej poziomu zakupu w okresie pomiędzy 18-tym a 31-ym miesiącem po sygnale.

Europa Środkowa rulez w przemyśle?

Jestem trochę rozleniwiony po łikendzie, więc zamiast dzielić się swoimi przemyśleniami zilustruję dziś tylko tekst Jacka Frączyka z Money.pl zatytułowany: „Polska fabryką Europy. Już niemal trzy i pół miliona zatrudnionych w przemyśle„. Autor zwraca w nim uwagę na to, Polska znalazła się na trzecim miejscu w Europie – za Czechami i Słowacją – pod względem udziału ludności zatrudnionych w sektorze produkcyjnym.

Ktoś cyniczny powie, że to po prostu objaw zacofania „robolskiej” Europy Środkowej („We think, they sweat”) w stosunku do bardziej zaawansowanych krajów, ale osobiście sądzę, że zdolność do produkowania fizycznych przedmiotów może się w przydać w przyszłości, na przykład gdy czasy staną się bardziej niespokojne.

Jacek Frączyk zauważa też, że w tym roku roczna dynamika produkcji przemysłowej w naszym kraju była – za wyjątkiem marca – wyższa w Polsce niż w Chinach.

Nie znamy jeszcze dynamiki polskiej produkcji w maju, ale chińska była bardzo niska (5 proc.). Słabsze odczyty pojawiały się ostatnio w lutym 2002, styczniu 2001, lutym 1999 oraz styczniu 1998 (chiński Nowy Rok).

Uśredniając roczną dynamikę produkcji w obu krajach zobaczymy, że z podobną do obecnej sytuacją mieliśmy do czynienia w przeszłości jedynie w 1998 roku (po kryzysie azjatyckim) oraz w 2000 roku (po pęknięciu internetowej „bańki”).

Utożsamiając szczyty 12-miesięcznej średniej rocznej dynamiki przemysłowej w Polsce z lipca 2018 podobnymi maksimami z marca 1998 oraz sierpnia 2000 moglibyśmy dojść do wniosku, że znajdujemy się obecnie w podobnej sytuacji do tej lutego 1999 (a więc dołek cyklicznej bessy na rynku akcji był 4 miesiące temu, a szczyt nowej cyklicznej hossy wypadnie w okolicach lipca 2020) i w podobnej sytuacji do tej z lipca 2001 (a więc dołek cyklicznej bessy wypadnie za 3 miesiące, a nowa cykliczna hossa na rynku akcji skończy się dopiero za niecałe 3 lata).

Zawsze sobie wyobrażałem, że jakaś ewentualna destabilizacja gospodarki chińskiej (Chinageddon) byłaby na krótką metę niekorzystna dla wschodzących rynków akcji, bo związana z nią zapewne dewaluacja juana wygenerowałaby impuls deflacyjny dla reszty świata, ale spekulowałem, że zniechęcony co do Chin „globalny kapitał” rozpocząłby rozpaczliwe poszukiwania miejsc, do których można by przenieść z Chin produkcję. W takim scenariuszu Europa Środkowo-Wschodnia – oraz basen Oceanu Indyjskiego – mogłaby się stać w dłuższym terminie beneficjentem takiego procesu. W skrajnym przypadku spragniony relatywne taniego produkcyjnego „Lebensraumu” „globalny kapitał” wymógłby na Rosji „odczepienie” się od poradzieckiej Europy Wschodniej (Ukrainy, Białorusi, Mołdawii), co być może przybliżyłoby koniec trwającego od ponad 200 lat rozbicia dzielnicowego Rzeczyposplitej.

Podsumowanie: roczna dynamika produkcji przemysłowej w Chinach była w maju najniższa od ponad 17 lat i w ostatnim okresie generalnie zrównała się z dynamiką produkcji w naszym kraju.

Najwyższy od prawie 17 miesięcy sentyment krajowych inwestorów indywidualnych

W czwartkowym sondażu INI SII pojawił się ciekawy odczyt. Saldo optymistów (zakładających wzrost WIG-u w ciągu najbliższego półrocza) i pesymistów (zakładających spadek wartości indeksu) wzrosło do 9,3 pkt. proc., a więc powyżej poziomu z 14 marca (+7,3 pkt. proc.; 14 sesji przed szczytem z WIG-u 20 z 3 kwietnia – patrz marcowy wpis „Najlepszy sentyment krajowych inwestorów indywidualnych od stycznia 2018„). Sam poziom nastrojów nie jest wysoki, ale ciekawe jest to, że jest najwyższy od stycznia 2018, a więc od szczytu ostatniej cyklicznej hossy na WIG-u/WIG-u 20.

Na pierwszy rzut oka z kontrariańskiego punktu widzenia nie jest to zbyt pozytywny dla akcji sygnał jako, że pojawił się w sytuacji, w której WIG-20 jest wyraźnie poniżej poziomów z kwietnia br.

Proponuję obecną sytuację zinterpretować jako następujący w ciągu mniej niż 2 miesięcy wzrost salda INI SII o ponad 46 pkt. proc. (na początku maja odczyt wyniósł -37 pkt. proc.). W okresie minionych 8 lat taki sytuacji było wcześniej sześć:

Po każdym z tych sygnałów na WIG-u 20 w ciągu następnych 7-14 sesji można było zarobić jeszcze 1-6 proc., ale za każdym razem ok. 2 miesiące później WIG-20 był niżej niż w momencie generowania sygnału. W 5 na 6 przypadkach był również niżej prawie 4 miesiące po pojawieniu się sygnału.

Projekcja wartości WIG-u 20 uzyskana przez uśrednienie tych 6 historycznych trajektorii indeksu wokół takich sygnałów rośnie jeszcze przez 8 sesji do poziomu 2335,7 pkt. po czym wchodzi w korektę.

Jeśli ktoś nie ma własnych lepszych pomysłów, to może tę projekcję wykorzystać przy planowaniu swoich krótkoterminowych ruchów na krajowym rynku akcji w najbliższym czasie.

Podsumowanie: sentyment krajowych inwestorów indywidualnych (saldo INI SII) był w czwartek najwyższy od stycznia 2018 po wzroście od początku maja o ponad 46 pkt. proc. Projekcja uzyskana na podstawie 6 podobnych sygnałów z okresu minionych 8 lat rośnie do 26 czerwca do poziomu 2335,7 pkt. po czym wchodzi w dłuższą korektę.