Miesiąc: Luty 2019

Kto wygrywa wojnę handlową: USA czy Chiny?

W styczniu ub. r. USA rozpoczęły wojnę handlową z Chinami wprowadzając stopniowa cła na kolejne grupy importowanych z Chin towarów i grożąc dalszymi podwyżkami tych ceł w przyszłości. Chiny na te ruchy amerykańskiej administracji odpowiadały podobnymi krokami odwetowymi. Po roku można spróbować ocenić efekt tych zmagań. 

Na poniższym obrazku mamy dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego na temat obrotów handlowych USA z Chinami. Na czerwono i czarno mamy import USA z Chin oraz eksport Chin do USA, zaś na zielono i niebiesko eksport USA do Chin i import Chin z USA.  

201902281handelusachinyIMF

Policzmy sobie na podstawie tych danych salda handlowe: Chin z USA (na niebiesko) i USA z Chinami (na czarno). 

201902282handelusachinyIMF

Jak widać w październiku-listopadzie saldo handlowe pomiędzy obu krajami ustanawiało historyczne rekordy: najwyższą nadwyżkę handlową Chin z USA i rekordowy deficyt handlowy USA z Chinami. 

Dane MFW kończą się na listopadzie ub. r., więc sięgnijmy po dane chińskie dostępne już za grudzień i styczeń. 

201902283handelusachinyIMF

W styczniu chiński eksport do USA był co prawda niższy niż rok wcześniej o 2,8 proc., ale chiński import z USA załamał się w stosunku do poziomu ze stycznia 2018 aż o 41,1 proc.! To największy roczny spadek w ćwierćwiecznej historii tych danych.

W efekcie chińska nadwyżka w handlu z USA była w styczniu wyższa niż rok wcześniej o 5,4 mld dolarów. 

201902285handelusachinyIMF

Podsumowanie: jeśli celem rozpoczętej przez USA w styczniu ub. r. wojny handlowej z Chinami była redukcja wysokości deficytu w handlu z tym krajem, to można jednoznacznie ocenić, że podjęte do tej pory środki okazały się zupełnie nieskuteczne: chińska nadwyżka w handlu jak rosła tak rośnie nadal. Co więcej w styczniu tego roku chiński import z USA załamał się o 41,1 proc. r/r, przy spadku eksportu do USA o jedynie 2,8 proc. Na podstawie tych danych można oceniać, że USA przegrywają wojnę handlową z Chinami. 

Stopa rezerw obowiązkowych w Chinach a giełda polska

Nowy kredyt udzielany przez bank staje się od razu nowym depozytem. Równocześnie stary depozyt, na podstawie którego teoretycznie nowy kredyt został udzielony nadal pozostaje do dyspozycji swojego właściciela. Ilość dostępnego pieniądza zostaje w ten sposób podwojona. Nowy depozyt może stać się bazą do udzielenia kolejnego kredytu i w ten sposób mechanizm kreacji pieniądza mógłby postępować w nieskończoność. Mógłby, gdyby nie wprowadzony przez władze finansowe mechanizm wymuszający odprowadzanie do banku centralnego  od każdego depozytu tzw. rezerwy obowiązkowej. Jego istnienie powoduje, że piramida kredytowa budowana na danej bazie monetarnej (zasobie gotówki) nie może rosnąć w nieskończoność. Regulacja wielkości stopy owych rezerw obowiązkowych pozwala wpływać na wielkość potencjalnie możliwej do zbudowania przez system bankowy piramidy kredytowej: jej zmniejszanie pozwala na większą kreację pieniądza, zwiększanie ogranicza możliwość kreacji pieniądza. 

Do tego mechanizmu często sięgał w minionej dekadzie bank centralny Chińskiej Republiki Ludowej. Podczas każdego z cyklicznych spowolnień globalnej gospodarki w Chinach obniżano wysokość stopy rezerw obowiązkowych. Obniżki wysokości stopy rezerw obowiązkowych dla dużych banków dokonywane były pomiędzy październikiem a grudniem 2008 (o 2 pkt. proc.), pomiędzy grudniem 2011 a majem 2012 (o 1,5 pkt. proc.), pomiędzy lutym 2015 a marcem 2016 (pkt. proc.). W obecnym cyklu decyzje o obniżkach stopy rezerw obowiązkowych w Chinach zapadały w kwietniu, lipcu i październiku 2018 oraz dwukrotnie w styczniu 2019. Łącznie wysokość stopy rezerw spadła w tym czasie o 3,5 pkt. proc. 

Te obniżki wysokości stopy rezerw obowiązkowych miały na celu pobudzenie słabnącej koniunktury gospodarczej przez zwiększenie możliwości kreacji pieniądza kredytowego przez chiński system bankowy. 

Na poniższym obrazku nałożyłem na siebie wykres wysokości stopy rezerw obowiązkowych w ChRL i wykres WIG-u. 

201902271wigstoparezerw

Czerwonymi strzałkami zaznaczyłem na wykresie WIG-u historyczne epizody 4 kolejnych cykli koniunkturalnych, które moim zdaniem sobie odpowiadają. W każdym przypadku mamy do czynienia z okresem w trakcie albo zaraz po zakończeniu obniżek stopy rezerw obowiązkowej w Chinach. Równocześnie na wykresie WIG-u jesteśmy w każdym przypadku po przełamaniu linii trendu spadkowego i – w trzech historycznych przypadkach – w trakcie kształtowania małej formacji podwójnego szczytu przed wtórnym spadkiem ostatecznie kończącym cykliczną bessę. 

Podsumowanie: przedstawiona analogia szczytu WIG-u z 6 lutego br. do tych z 31 marca 2016, 27 lutego 2012 oraz 9 grudnia 2008 sugeruje, że w obecnym cyklu ostatni dobry momentu do kupna akcji na GPW po relatywne niskich cenach powinien wypaść w okolicach okresu 17 kwietnia-26 maja br. 

Kiełbasa wyborcza nie smakuje rynkowi obligacji

Na swej konwencji wyborczej PiS przedstawił w sobotę nowy program partii obejmujące propozycje (m.in. 500+ na pierwsze dziecko), których koszt oszacowany został przez premiera na do 40 mld zł. Wywołało to w poniedziałek największy od maja ub. r. jednodniowy wzrost rentowności krajowych obligacji skarbowych. 

Z pewnością na krótką metę „rząd stać” na taką „hojność”. Na koniec roku 12-miesięczne ujemne saldo budżetu rządu było najmniejsze od 2008 roku. 

201902261budet

U ujęciu realnym (po uwzględnieniu skali inflacji pieniądza mierzonej wzrostem indeksu cen towarów i usług konsumpcyjnych) deficyt był w 2018 roku najmniejszy od 1998 roku.

201902262budet

W relacji do PKB był najmniejszy od przynajmniej połowy lat 90-tych. 

201902263budet

Równocześnie relacja długu publicznego do PKB spadła ostatnio do najniższego poziomu od 4 lat obniżając się w stosunku do poziomu z końca 2016 roku o 4,8 pkt. proc.

201902264dug

Z pewnością rzucenie wyborcom pęta kiełbasy wyborczej wartego powiedzmy 1,5-2 proc. PKB nie zrujnuje naszego kraju na krótką metę. 

Z drugiej strony za nasze 48 F-16 Polska zapłaciła 3,6 mld dolarów. 40 mld zł to 4 razy więcej. Trochę szkoda przejadać tak duże pieniądze…

Jak widać na powyższym obrazku obrona gospodarki przed skutkami globalnego kryzysu poważnych rozmiarów może kosztować nawet 20 proc. PKB. W latach 2008-2016 relacja długu publicznego do PKB wzrosła o łącznie 19,7 pkt. proc., jeśli nie uwzględnić konfiskaty połowy oszczędności emerytalnych obywateli. To oznacza, że by czuć się w miarę bezpiecznie należałoby przed początkiem następnego dużego globalnego kryzysu zredukować wysokość długu publicznego w stosunku do PKB poniżej 40 proc. Osobiście szacuję – na podstawie cyklu Kuznetsa – termin następnego dużego kryzysu na świecie na okolice 2025 roku. Chodzi tu o mniej więcej 17-letni rytm kryzysów 2008-1990/1992-1974 (można by to rozciągać dalej w przeszłości dodając jeszcze 1956-1939/1945). Osiągnięcie tego celu wymagałoby kontynuacji redukcji skali zadłużenia w tempie obserwowanym w ciągu 3 minionych lat (średnio 1,6 pkt. proc. rocznie) przez następne 6 lat. Krótkoterminowe zabawy polityków w przekupywanie wyborców mogą więc okazać się ryzykowne dla kraju na dłuższą metę. 

Pomimo poniedziałkowego skoku rentowności obligacji w górę średnioterminowy obraz tego rynku pozostaje chyba bez zmian i przypomina „na oko” sytuację z przełomu 2012 i 2013 roku, chociaż niewątpliwie perspektywy na najbliższe miesiące się zauważalnie pogorszyły. 

201902265oblig

Przynajmniej stabilizacji rentowności krajowych obligacji skarbowych powinien sprzyjać dezinflacyjny impuls z Azji Wschodniej, który w tym roku powinien dotrzeć do Polski („Ex Oriente disinflatio?„), oraz generalne cykliczne spowolnienie gospodarcze sugerowane przez różne metody analizy (np. ostatnio tutu czy tu). 

Proponowany przez rządzącą partię impuls fiskalny można również potraktować jako próbę złagodzenia skutków tego domniemanego tegorocznego spowolnienia. Jest to więc oczywiście znacznie lepsza wiadomość dla rynku akcji niż dla rynku obligacji czy dla złotego (chociaż ten ostatnie nie zareagował na razie na te wieści w jakiś istotny sposób).  

Podsumowanie: krajowy rynek obligacji skarbowych zareagował w poniedziałek największym od 9 miesięcy skokiem rentowności w górę na informacje o programie wyborczym PiS, którego koszt szacowny jest na do 40 mld zł. Sytuacja fiskalna kraju niewątpliwie pozwala na krótką metę na taką rozrzutność, chociaż jest ona ryzykowna w wieloletnim horyzoncie czasowym. Ta proponowana stymulacja popytu powinna łagodzić przebieg oczekiwanego w tym roku spowolnienia gospodarczego, więc stanowi relatywnie dobrą wiadomość dla rynku akcji (i złą dla rynku obligacji i złotego). 

Bo to już dziś?! A ile można stracić?

W październiku przedstawiłem w tym miejscu „niezawodną” w przeszłości „strategię” spekulacyjną na WIG-u opartą na 40-miesięcznej długości podstawowego cyklu gospodarczego (cyklu wykorzystania istniejących mocy produkcyjnych; cyklu Kitchina). Słowo „strategia” umieszczam w cudzysłowie, bo opisujące ją przepisy na zakupu i sprzedaż akcji są zdecydowanie zbyt proste, by mogły być traktowane bardzo poważnie (kupujemy co 40 miesięcy, sprzedajemy po 20 miesiącach). Nie ma żadnego powodu, by cykl gospodarczy i związany z nim cykl hossa-bessa na rynku akcji utrzymał swoją średnią długość przez prawie 30 lat i nie „rozjechał się” po drodze w znaczący sposób. A jednak ten prosty przepis od czerwca 1992 8-krotnie dał zysk pokonując strategię „kup i trzymaj” ponad 8-krotnie. 

20190225140

Duży wpływ na ten wynik miała pierwsza transakcja sprzedaży prawie idealnie w szczycie super-hossy z początku 1994 roku. Ale nawet jeśli pominiemy ten pierwszy „heroiczny” cykl hossa-bessa i zaczniemy naszą zabawę w 40 miesięcy później czyli w październiku 1995, to i tak uzyskamy wynik 3,4-krotnie lepszy od WIG-u. 

20190225240

Październikowy wpis na ten temat nosił tytuł „Bo to już za 4 miesiące i 3 dni!„, co nawiązywało do daty kolejnego oczekiwanego w ramach tej „strategii” „sygnału kupna”, który wypada dziś (na pierwszej sesji po 23 lutego). Ta ostatnia data wyznaczona jest przez datę dołka pierwszej cyklicznej bessy na WIG-u czyli 23 czerwca 1992 roku. Strategia kupiła wtedy polskie akcje, sprzedała po 20 miesiącach, czekała z gotówką kolejne 20 miesięcy i powtarzała to wszystko znowu od początku. Od 23 czerwca 1992 minęło 26 lat i 8 miesięcy czyli 320 miesięcy czyli 8×40 miesięcy. 

20190225340

Oczywiście dla sportu można przetestować opisaną „strategię” na drobnej części kapitału, chociaż osobiście jestem jakoś sceptyczny czy dzisiejsza data jest rzeczywiście optymalna do zakupów akcji. 

Co ciekawe największa w przeszłości przejściowa strata, którą można było ponieść kupując WIG zgodnie z przedstawionym przepisem pojawiła się w poprzednim cyklu. Wtedy akcje „należało” kupić 23 października 2015, ale faktyczny dołek bessy wypadł dopiero 3 miesiące później 20 stycznia 2016. Po drodze WIG spadł o 17,6 proc. Prawie równie duża była przejściowa strata po zakupie w czerwcu  2002 roku: -16,3 proc. w ciągu 5 tygodni. Trzeci najgorszy wynik to -5,7 proc. w ciągu 2 miesięcy po zakupie akcji z października 1995. Ostateczne zyski w tych 3 przypadkach wyniosły odpowiednio +19,2 proc. (sprzedaż w czerwcu 2017), +56,8 proc. (sprzedaż w lutym 2004) oraz +100 proc. (sprzedaż w czerwcu 1997).

20190225440a

Warto zwrócić uwagę na drugi najniższy w historii zysk (+19,2 proc.) przy rekordowo dużej przejściowej stracie (-17,6 proc.) w ostatnim cyklu. Może to być argument za tym, że ta zadziwiająca cykliczność zaczyna się wreszcie rozregulowywać. 

Podsumowanie: prosta by nie powiedzieć prostacka „strategia” kupowania WIG-u na 20 miesięcy co 40 miesięcy począwszy od daty dna pierwszej bessy na GPW (23 czerwca 1992) 8-krotnie dała zysk i była w tym okresie ponad 8-krotnie lepsza od strategii „kup i trzymaj”. Po drodze można było maksymalnie stracić 17,6 proc. w ciągu 3 miesięcy (pomiędzy październikiem 2015 a styczniem 2016). Wykazywana w przeszłości skuteczność tej „strategii” wynika oczywiście z jej związku z jak najbardziej realnym fenomenem czyli podstawowym cyklem gospodarczym (cyklem Kitchina), które średnia długość wynosi właśnie 40 miesięcy. Tym niemniej prędzej czy później powinna ona zacząć zawodzić, bo trudno sobie wyobrazić, że wraz z upływem czasu nie zacznie dochodzić do „rozjeżdżania” się tego mechanicznego przepisu z gospodarczą rzeczywistością. 

Cuda na Wall Street

3 tygodnie temu sygnalizowałem zaskakujące zachowanie rynku akcji w USA w styczniu („Wall Street robi sobie jojo„; patrz również tu: „Nieoczekiwany sygnał z Wall Street„). Od tamtej pory niewiele się zmieniło – zachowanie amerykańskiego rynku akcji nadal zadziwia. Wczoraj ceny akcji w USA spadły, ale w ciągu minionych 38 sesji do środy S&P 500 wzrósł o ponad 18 proc. To całkowicie szokujący rezultat nie tyle nawet ze względu na skalę wzrostu, co na fakt, że od lat 70-tych tego typu rajdy zwykle sygnalizowały wyjście gospodarki USA z recesji (na poniższym obrazku pionowe szare paski wyznaczają okresy gospodarczej recesji w USA według klasyfikacji NBER).

201902221

Ponad 18-proc. 38-sesyjnych wzrostów S&P 500 było od 1940 roku 7 (obecny jest ósmy) i 5 z nich pojawiało się przy przełamywaniu recesji (sygnały z lutego 1975, października 1982, marca 1991, listopada 2001 oraz kwietnia 2009).

Dwa pozostałe sygnały – listopad 1998 oraz listopad 2002 – sygnalizowały początek nowej hossy po zakończeniu kryzysu (rosyjskiego w pierwszym przypadku, w sektorze IT/telekomunikacyjnym w przypadku drugim).

Tylko 1 z tych 7 przypadków – listopad 2001 – nie był doskonałą okazją do przynajmniej średnioterminowych zakupów amerykańskich akcji (pomijając krótkoterminowe korekty).

W 3 z tych 7 przypadków S&P 500 nigdy już później nie był niżej (po 4 z pozostałych sygnałach opłacało się trochę poczekać z zakupami). 

Zachowanie cen akcji w USA jest szokujące o tyle, że ostatnie znane dane na temat tempa wzrostu gospodarczego w USA za III kw. pokazywały najwyższą od ponad 3 lat 3 proc. dynamikę po najdłuższej w historii sekwencji 9 kolejnych kwartałów przyspieszającego rocznego tempa wzrostu PKB. Z pewnością więc nie można obecnie mówić o wychodzeniu z recesji.

Co więcej za 3 miesiące gospodarka USA wyrówna swój rekord długości ożywienia gospodarczego ustanowiony w okresie marzec 1991-marzec 2001 (120 miesięcy), wiec historia sugeruje, by się zastanawiać raczej nad terminem końca trwającego ożywienia niż nad początkiem nowego.

Także kształt krzywej rentowności – bardzo płaskiej – również raczej sugeruje spadek tempa wzrostu gospodarczego w USA w ciągu najbliższego roku. Oparty na różnicy rentowności 10-latek i stopie 3-miesięcznych bonów skarbowych wskaźnik prawdopodobieństwa recesji gospodarcze w USA za 12 miesięcy publikowany przez nowojorski oddział FED osiągnął w styczniu najwyższy od lat 2007-2008 poziom 23,6 proc. Od lat 60-tych taki poziom tego wskaźnika 7 na 10 razy poprawie przewidywał recesję gospodarczą.

Również inne narzędzia sugerują, że gospodarka USA dopiero wchodzi w okres spowolnienia gospodarczego.

Cały czas również trwa operacja „quantitative tightening” prowadzona przez FED a skala dotychczasowej redukcji portfela obligacji Rezerwy Federalnej dorównuje jedynie tej obserwowanej w maju 2008 (na 4 miesiące przed upadkiem Lehman Brothers). W tym kontekście zachowanie rynku akcji w okresie od świąt Bożego Narodzenia należy uznać za jedną wielką zagadkę. 

Wielokrotnie w tym miejscu argumentowałem, że w tym cyklu nie będzie recesji w gospodarce USA (np. „W tym cyklu nie będzie recesji gospodarczej w USA?„, „Argument przeciwko recesji w USA w tym cyklu Kitchina„), a wiec nie powinno na tamtejszym rynku akcji dojść do pełnoskalowej bessy a la lata 2000-2002 czy 2007-2009. Z tego punktu widzenia siła Wall Street może być zrozumiała. 

Amerykański rynek akcji znajduje się również od końca września ub. r. w optymalnym z punktu widzenia cyklu prezydenckiego okresie („Czy „cykl prezydencki” w USA nadal działa?„). Od lat 30-tych S&P 500 na koniec roku przedwyborczego (takiego jak obecny) nigdy nie był niżej niż na koniec III kw. drugiego roku po wyborach (takiego jak rok ubiegły). To również jakieś uzasadnienie siły amerykańskiego rynku akcji. 

Ceny akcji w USA wzrosły od świat Bożego Narodzenia nawet bardziej niż to sugerowała optymistyczna na krótką metę analogia, którą zaproponowałem 27 grudnia („1900: rynek legenda„):

201902222

Takie dziwnie silne zachowanie amerykańskiego rynku akcji miałoby sens, gdy USA zdecydowanie wygrały wojnę handlową z Chinami zmuszając je do przyjęcia większości swoich żądań. Ale na niewiele ponad tydzień przed upływem amerykańskiego ultimatum niewiele wskazuje, że jesteśmy już na tym etapie.

A może rynek wie coś, czego my jeszcze nie wiemy?

Można natomiast spekulować, że ostatnia siła amerykańskiego rynku akcji daje rządowi USA większe pole do manewru w negocjacjach handlowy z Chinami. Chińczycy straszą Amerykanów katastroficznym załamaniem cen akcji w przypadku eskalacji wojny handlowej, ale nawet, gdyby się to sprawdziło (wątpię), to spadek z obecnych poziomów stanowiłby dla systemu finansowego w USA znacznie mniejszy problem niż załamanie następujące z poziomów chioćby z grudnia. 

Oczywiście osobiście mam nadzieję, że Chińczycy jeszcze przez jakiś czas będą wierzgać przeciwko ościeniowi zanim poklepią matę, ale moje osobiste preferencje nie mają tu niestety większego znaczenia. 

Jak rozwiązać tę zagadkę? Muszę przyznać, że nie wiem. Elliottowska intuicja podpowiada mi, że rozpoczęta 29 października sekwencja to bardzo nieregularna fala płaska 3-3-5, po zakończeniu której powinna nadejść fala spadkowa dyskontująca trwające spowolnienie gospodarcze. Ale jak tę domniemaną 3-kę wpasować w całą rozpoczętą w styczniu 2018 sekwencję korekty, której dwie fala spadkowe – styczeń-luty 2018 i wrzesień-październik 2018 – były ewidentnie 5-tkami spadkowymi. Na razie nie mam pojęcia. 

Podsumowanie: po najgorszym od czasu Wielkiej Depresji grudniu S&P 500 w ciągu 38 sesji do środy wzrósł o ponad 18 proc., co wcześniej zdarzyły się od 1940 roku jedynie 7-krotnie i w 5-ciu przypadkach sygnalizowało wyjście gospodarki USA z recesji. Ponieważ obecnie o wychodzeniu z recesji zupełnie nie może być mowy, to ostatnie zachowanie Wall Street jest raczej trudne do wyjaśnienia. Zachowanie rynku akcji w USA miałoby sens, gdyby rynek już wiedział, że USA wygrały wojnę handlową z Chinami, ale chyba jeszcze za wcześnie na taki wniosek. 

Globalna awersja do ryzyka a wzrost gospodarczy w Polsce

Jednym z wielu ciekawych i potencjalnie użytecznych wskaźników, które oblicza i publikuje Citigroup, jest Citi Long-Term Macro Risk Index. Wskaźnik próbuje mierzyć poziom awersji (niechęci) do ryzyka panującej na globalnym rynku. 

„It is an equally weighted index of emerging market sovereign spreads, US credit spreads, US swap spreads and implied FX, equity and swap rate volatility. The index is bound between 0 (low risk aversion) and 1 (high risk aversion).”

Jego wykres wygląda tak:

201902211CltMRI

Jak widać na przełomie grudnia i stycznia globalna awersja do ryzyka osiągnęła najwyższy poziom od luty 2016, czyli od dołka poprzedniej cyklicznej bessy na rynkach akcji. Od tamtej pory awersja do ryzyka silnie spadła:  w ciągu minionych 33 sesji wartość tego wskaźnika obniżyła się o nieco ponad 0,4 pkt. proc. Był to najsilniejszy tego typu ruch od listopada 2015 (ówczesna globalna bessa skończyła się w lutym 2016). 

Za pomocą różnych manipulacji i przekształceń można zmusić ten wskaźnik do wykazania w okresie minionych ponad 10 lat przyzwoitej wartości współczynnika korelacji (0,65) z roczną dynamiką PKB w naszym kraju przy rewelacyjnym wyprzedzeniu wynoszącym nieco ponad jeden rok. 

201902212CltMRIPKB

Powyższy obrazek sugeruje, że ubiegłoroczny skok globalnej awersji do ryzyka powinien negatywnie wpływać na tempo wzrostu gospodarczego w Polsce do mniej więcej lutego 2020. 

Przez przypadek albo nie ten wynik dobrze pasuje do starej projekcji dynamiki PKB w naszym kraju opartej na przebiegu 5 ostatnich cykli Kitchina, którą w tym miejscu wielokrotnie prezentowałem. 

201902213PKB

Uwzględniając 3 w miarę równorzędne dołki tej projekcji z listopada 2019, lutego 2020 i maja 2020 i biorąc pod uwagę średnio 5-6-miesięczne wyprzedzenie dynamiki WIG-u względem dynamiki PKB otrzymujemy sugestię dosyć późnego dołka cyklicznej bessy gdzieś w przedziale maj-grudzień br. 

Jeśli weźmiemy ten sam przekształcony i przesunięty w czasie Citi Long-Term Macro Risk Index, którego użyłem do prognozowania dynamiki PKB i nałożymy go na wykres WIG-u 20, to okaże się, że w minionej dekadzie ceny akcji na GPW ustanawiały dołek cyklicznej bessy kolejno na 5 miesięcy, 10 miesięcy i 9 miesięcy przed momentem, w którym przesunięty wskaźnik awersji do ryzyka zaczyna zakręcać w dół (w górę w odwróconej skali).

201902214WIG

Ponieważ obecnie taki „zakręt” zaczyna się pojawiać się w lutym 2020, to odliczając wstecz 5-10 miesięcy otrzymujemy okres kwiecień-wrzesień 2019 jako orientacyjny termin dobrego momentu na akumulację akcji na GPW. 

Podsumowanie: ubiegłoroczny wzrost awersji do ryzyka na globalnym rynku sugerowany przez zachowanie Citi Long-Term Macro Risk Index powinien negatywnie wpływać na tempo wzrostu gospodarczego w naszym kraju do mniej więcej lutego 2020. Na podstawie doświadczeń z minionej dekady można spekulować, że nasz rynek akcji zdoła zdyskontować to spowolnienie gospodarcze do okolic okresu kwiecień-wrzesień br., kiedy to kulminować powinna cykliczna bessa na GPW i rozpocząć się nowa hossa. 

Przyjdzie taki dzień, że będziemy mieli na WIG-u BUX-a?

Skoro już wczoraj pojawił się tu żartobliwie temat Polski jako „drugiej Kanady”, to pociągnijmy dalej te krotochwile. 8 lat temu Jarosław Kaczyński wyraził nadzieję, że „przyjdzie taki dzień, że będziemy mieli w Warszawie Budapeszt„. Mam alergię na takie porównania, bo często kończą się one katastrofą dla krajów wybieranych na wzorzec do naśladowania dla Polski. Gdy w Karlinie doszło do erupcji ropy naftowej w grudniu 1980, mieliśmy być drugim Kuwejtem. Alternatywną koncepcję – Polski jako drugiej Japonii – lansował wtedy Lech Wałęsa. 10 lat później dla Kuwejtu skończyło się to inwazją Saddama Hussajna, a dla Japonii pęknięciem bańki inwestycyjnej i długotrwałą stagnacją. Moc klątw rzucanych przez polskich polityków potwierdził kryzys, który w latach 2007-2009 dotknął kraje strefy euro w tym Irlandię, zaraz po tym jak Donald Tusk uznał ten kraj za przykład do naśladowania dla Polski

Okazuje się zresztą, że takich porównań było więcej (druga Korea, drugie Niemcy, druga Turcja, a nawet drugi Pakistan). Nie zawsze jednak kraj zaszczycony przez naszych polityków musi koniecznie czekać jakiś straszny los. Na przykład Norwegia, którą mieliśmy się stać dzięki gazowi z łupków, pomimo późniejszego tąpnięcia cen surowców energetycznych ma się ciągle jako tako. 

Zdrowy rozsądek podpowiadał jednak, że słowa o Warszawie jako drugim Budapeszcie raczej stanowią ostrzeżenie dla Węgier niż nadzieję dla Polski. Minęło jednak 8 lat i Węgry nadal się trzymają. Nie tylko się trzymają, ale również w latach 2015-2018 tamtejszy indeks giełdowy wzrósł ponad 2,5-krotnie, gdy w tym samym czasie WIG-20 praktycznie nie zmienił swojej wartości. 

201902191buxwig20

Co więcej BUX od stycznia 2015 odkleił się całkowicie od globalnego wzorca i rozpoczął samodzielną silną hossę, które chyba nie miała żadnego odpowiednika na świecie. Nie mam pojęcia, czy to miała coś wspólnego z polityczną specyfiką Węgier (samodzielnymi rządami Fideszu od kwietnia 2010 potwierdzonymi ponownym zwycięstwem wyborczym w kwietniu 2014). Rozsądek podpowiada, że raczej nie. 

Zachowanie BUX-a od 2015 roku niepokoiło mnie o tyle, że w większości scenariuszy dla polskiego rynku akcji, które w tym miejscu omawiałem, do końca rozpoczętej w styczniu ub. r. cyklicznej bessy brakuje jeszcze jednej fali spadkowej (optymalnie związanej z marcową eskalacją wojny handlowej USA-Chiny i Brexiem). Zacząłem się niepokoić – czemu dałem wyraz niedawno podczas ostatniej debaty w Parkiet TV – że wykazywana od końca października siła naszego rynku akcji, może stanowić powtórkę nietypowego zachowania BUX-a sprzed 4 lat. W końcu zwycięstwo PiS w wyborach z października 2018 roku stanowiło jakąś tam materializację proroctwa Jarosława Kaczyńskiego o „drugim Budapeszcie w Warszawie”, więc skoro już mamy od ponad 3 lat prawie „drugi Budapeszt”, a rząd Zjednoczonej Prawicy działa  w jakimś tam stopniu na podstawie realizowanego wcześniej na Węgrzech skryptu, to może dostaniemy też na WIG-u drugi BUX czyli rosnące systematycznie  niezależnie od zawirowań na świecie ceny akcji?

BUX zaczął zachowywać się dziwnie silnie w styczniu 2015, a wiec dopiero w 4 lata i 9 miesięcy po wyborczym zwycięstwo Fidesz z kwietnia 2015 i dopiero w 9 miesięcy po drugiej wygranej tej partii. Powtórka takiego opóźnienia dawałaby początek super-hossy na WIG-u dopiero od lipca 2020. 

201902192buxwig20

Trochę mnie to uspokoiło. 

Z drugiej strony wykresy obu indeksów przy zastosowaniu tego przesunięcia w czasie niejakiego podobieństwa nie wykazywały, więc trudno było się to tej koncepcji przywiązać. 

Dla chcącego analityka nie ma jednak problemów nie do rozwiązania, więc dokonałem drobnej manipulacji synchronizując wykresy BUX-a i WIG-u w dołkach „rynków niedźwiedzia”, podczas których rozegrały się wybory z 2010 roku (na Węgrzech) i 2015 roku (w Polsce). Uzyskałem w ten sposób wynik, który zadowolił i mnie – do maja jeszcze akcje na GPW jeszcze raz potanieją stwarzając okazję do zakupów – i myślę, że zwolenników tezy o drugim BUX-ie na WIG-u (jeśli oprócz mnie takowi jeszcze istnieją na świecie).

201902193buxwig20


Jak to mówią i wilk syty i owca cała. 

Podsumowanie: przyjdzie taki dzień, gdy inne kraje będą chciały być „drugą Polską”. Ale – mam nadzieję – nieprędko. 

Polska drugą Kanadą?

Chciałbym dziś polecić stronę o nazwie „The Observatory of Economic Complexity” prowadzoną przez niejakiego Alexandra Simoesa. Można na niej znaleźć m.in. zaproponowaną przez autora miarę „złożoności” gospodarki („Economic Complexity”) dla wielu krajów świata. Jej celem jest w pewnym sensie pomiar ilości wiedzy potrzebnej do prowadzenia działalności gospodarczej w danym kraju. Skomplikowana metodologia szacowania gospodarczej złożoności danego kraju jest opisana tu, ale myślę, że dla zrozumienia, o co chodzi, wystarczą przykłady.

Poniżej obraz struktury eksportu kraju o największej – według tej metodologii – gospodarczej złożoności czyli Japonii. 

201902181en_profile_country_jpn

A to podobny wykres dla struktury importu Japonii:

201902182en_profile_country_jpn_2

A teraz dla porównania obejrzymy sobie wykresy struktury eksportu i importu kraju o jednej z najniższych wartości tej miary „gospodarczej złożoności” czyli Nigerii.

201902183en_profile_country_nga
201902184en_profile_country_nga_1

Jak widać struktura eksportu Nigerii jest niezwykle prosta i zdominowana w 90 proc. przez dwa sektory związane z wydobyciem ropy naftowej i gazu. Struktura gospodarki Japonii jest bez porównania bardziej zdywersyfikowana pomiędzy różne sektory. 

Jak na tym tle wygląda nasz kraj (najpierw eksport, później import)?

201902185en_profile_country_pol_2
201902186en_profile_country_pol_3

„Na oko” widać, że polska gospodarka przypomina znacznie bardziej japońską niż nigeryjską? Czy to dobrze? Każdy chyba sobie sam potrafi odpowiedzieć na to pytanie. 

Ranking „złożoności gospodarczej” poszczególnych krajów liczonej według tej metodologii można znaleźć tu. Na pierwszym miejscu jak już wspomniałem jest Japonia, na drugim Szwajcaria, na trzecim Niemcy, potem Singapur, Szwecja, południowa Korea, USA itd. Dane kończą się w 2017 roku i wtedy stawkę zamykały różne kraje afrykańskie plus Kambodża czy Nikaragua. 

Polska znajduje się na tej liście 125 krajów na 23 miejscu pomiędzy Norwegią i Kanadą (w sumie nie takie złe towarzystwo). 

Wykres „złożoności gospodarczej” Polski wygląda tak:

201902187Polska

Jak widać spadał on generalnie od połowy lat 60-tych (co było wcześniej nie wiadomo) do 1992 roku. Największe złamanie nastąpiło w latach dyktatury wojskowej w  Polsce czyli 1981-1992 (co sugeruje, że być może żołnierze nie nadają się za bardzo do rządzenia). Od tamtej pory wartość wskaźnika rośnie, ale ciągle jeszcze nie osiągnęła poziomu szczytu z 1965 roku. To nieco zaskakujący wynik, bo czasy rządów Władysława Gomułki w Polsce raczej nie kojarzą się z pojęciem „złożona gospodarka”. 

Policzyłem 25-letnią zmianę wartości tego wskaźnika dla wszystkich krajów, dla którym mam dane. Puntem odniesienia jest 1992 rok, czyli dołek wartości wskaźnika „złożoności gospodarczej” dla Polski i początek danych dla większości krajów postkomunistycznych. Na poniższym obrazku mamy wszystkich kraje, dla których te dane są dostępne. Na osi poziomej mamy nominalną wartość wskaźnika „złożoności gospodarczej”, a na osi pionowej 25-letnią zmianę wartości tego wskaźnika. 

201902188kraje

Ponieważ ten obrazek może być mało czytelny rozbiję go na 4 ćwiartki. 

Najpierw kraje o najmniej złożonych gospodarkach, których złożoność spadła w okresie minionego ćwierćwiecza. 

201902189111

Krajem, w którego gospodarce nie działo się chyba najlepiej w okresie minionych 25 lat był Madagaskar. 

Z krajów europejskich pojawiają się tu Albania, Mołdawia i Macedonia, co jest jakoś tam zgodne z intuicją. 

Teraz kraje o niskiej złożoności gospodarki, która jednak rosła w okresie 25 lat do 2017 roku. 

201902189112

Jak widać w Afryce można znaleźć spore grono krajów, które z powodzeniem próbują dywersyfikować swoje gospodarki. 

Zobaczmy kraje o ciągle złożonych gospodarkach, w których jednak od 1992 roku ten wskaźnik tracił na wartości. 

201902189113

Co ciekawe największy spadek nastąpił we Włoszech, a na kolejnych miejscach są Dania, Szwecja i Wielka Brytania. 

I wreszcie kraje o wysokiej wartości „Economic Compolexity Index”, dla których ta miara rosła w latach 1992-2017. 

201902189114

Najlepiej się tu prezentują Singapur i Korea Południowa (wysoka złożoność, wysoki wzrost złożoności), co jest raczej zgodne z oczekiwaniami. Co nieco nieintuicyjne najbardziej jednak wzrosła od 1992 roku złożoność gospodarek Arabii Saudyjskiej i Rosji, co sugeruje, że ich próby zdywersyfikowania gospodarki zdominowanej przez sektor wydobycia surowców energetycznych, jednak jakoś postępują. 

W tej – najlepszej – ćwiartce mamy też Polską, chociaż chyba nieco lepiej się tu prezentują Węgry i Czechy. 

Kropka reprezentująca nasz kraj pojawia się na wykresie w towarzystwie kropki odpowiadającej Kanadzie stąd prowokacyjny tytuł dzisiejszego komentarza. Można to jakość zrozumieć, bo to co łączy Polskę i Kanadę i sąsiedztwo olbrzymiej gospodarki o dużej złożoności (Europy Zachodniej w naszym przypadku i USA w przypadku Kanady). Podobna jest też liczba ludności i szerokość geograficzna. Jedna z głównych różnic to – poza kulturą – oczywiście powierzchnia kraju, która Kanadyjczykom pozwala na bogacenie się dzięki eksploatacji rozlicznych bogactw naturalnych, które można znaleźć na tak rozległym terytorium. 

W ciągu minionego ćwierćwiecza wartość wskaźnika złożoności gospodarczej dla Polski wzrosła o 0,55 pkt. do 1,09. Gdyby ten wynik został powtórzony w ciągu następnych 25 lat, a inne kraje stały w miejscu, to trafilibyśmy w towarzystwo takich krajów jak Austria, Czechy czy Finlandia. 

Zwiększając złożoność polskiej gospodarki w tempie obserwowanym w latach 1992-2018 dogonilibyśmy światową czołówkę (Japonię, Szwajcarię, Niemcy) za około pół wieku (chociaż oczywiście w tym czasie wartości tego wskaźnika dla innych krajów będą ulegały zmianie). 

Gdyby wszystkie kraje zmieniały wartość swego wskaźnika gospodarczej złożoności w takim tempie jak w ciągu minionych 25 lat, to po kolejnym ćwierćwieczu czołówka tego rankingu wyglądała by tak:

Singapur2.788732
Korea Południowa2.610295
Szwajcaria2.15873
Japonia2.12661
Czechy1.96
Węgry1.909497
Niemcy1.8267
USA1.81423
Rosja1.80384
Arabia Saudyjska1.701861
Malezja1.689821
Polska1.646056
Estonia1.642085
Finlandia1.55718
Izrael1.54628
Kanada1.533403
Słowacja1.48
Słowenia1.42818
Łotwa 1.398201
Meksyk1.393734

Z 11 krajów Europy Zachodniej, które w 2017 roku były w pierwszej dwudziestce tego rankingu, zostały jedynie 3: Szwajcaria, Niemcy i Finlandia. Mamy natomiast w komplecie duże kraje Północnej Ameryki: USA, Kanadę i Meksyk. 

Zwiększył się również udział krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Do Czech, Słowenii, Węgier i Słowacji dołączają w tym hipotetycznym scenariuszu Rosja, Polska, Estonia i Łotwa. 

Można więc ocenić, że minione 25 lat były z tego punktu widzenia korzystne dla naszego rejonu świata a niekorzystne dla krajów Europy Zachodniej. Można obawiać się, że tracące kraje będą próbować zmienić obecny korzystny dla naszego rejonu układ świata na taki, w którym trendy z ostatnich 25 lat zostaną odwrócone. Oczywiście może zdarzyć się też tak, że ten trend wygaśnie sam, bez niczyjej pomocy z zewnątrz (bo zmienią się jakieś niezależne od ludzkiej woli trendy na świecie, skończą się proste rezerwy, zmieni się demografia itp.), albo też my sami popełnimy jakieś strategiczne błędy w polityce gospodarczej. 

Podsumowanie: „Economic Complexity Index” publikowany przez „Observatory of Economic Complexity” to ciekawa miara oceny krajowych gospodarek na tle innych. Wartość tego wskaźnika dla naszego kraju plasuje nas na 23-cim miejscu na świecie pod względem złożoności gospodarki krajowej. W latach 1992-2018 13 krajów zwiększyło złożoność swoich gospodarek bardziej niż Polska (na ponad 100, dla których mam dane za ten okres). Trend z ostatnich 25 lat można uznać za generalnie korzystny dla rejonu Europy Środkowej i Wschodniej (jego utrzymanie przesunęłoby nasz kraj po kolejnym ćwierćwieczu z 23-iego na 12-te miejsce na świecie pod tym względem). 

Gospodarcza niepewność na świecie a tempo wzrostu PKB w Polsce

Trzy dni temu omawiałem rodzinę wskaźników o nazwie „Economic Policy Uncertainty” Index i możliwość zastosowania ich do prognozowania tempa wzrostu gospodarczego w USA. Niestety nikt nie oblicza podobnego wskaźnika dla Polski (może ktoś by się tym zajął?), ale postanowiłem sprawdzić, czy zachowanie „Global Economic Uncertainty Index” jakoś koreluje z dynamiką PKB w naszym kraju. 

Wartość współczynnika korelacji rocznej zmiany wartości tego wskaźnika z roczną zmianą PKB w naszym kraju w okresie minionych 20 lat okazała się niska (0,33) przy wyprzedzeniu wynoszącym średnio 7 miesięcy (na poniższym obrazku dynamika wskaźnika w odwróconej skali). 

201902151

Styczniowa wartość rocznej zmiany globalnego wskaźnika ekonomicznej niepewności była porównywalnie niska co w listopadzie 2016 (wybory prezydenckie w USA), październiku 2008 (miesiąc po upadku Lehman Brothers) i wrześniu 2001 (atak terrorystyczny na USA). W pierwszym i trzecim przypadku natychmiast należało wykorzystać ten skok niepewności do zakupów akcji na GPW. W drugim przypadku należało wstrzymać się jeszcze 4 miesięce (w obecnych realiach to odpowiednik maja b.r.). 

Podobnie jak robiłem to w poprzednim komentarzu na podobny temat można próbować zwiększać korelację za cenę redukcji wyprzedzenia uśredniając wartość wskaźnika. Na poniższych obrazkach widać tą zależność dla kolejno 3-, 6- i 9-miesięcznej średniej wartości wskaźnika. 

201902152
201902153
201902154

Jak widać ostatni wzrost niepewności co do kierunku polityki gospodarczej na świecie powinien negatywnie wpływać na tempo wzrostu gospodarczego w naszym kraju do przynajmniej okolic sierpnia. Wpływ ten nie jest jednak zbyt silny, więc być może inne czynniki przeważą. Na razie skala spowolnienia obserwowana w IV kw. (spadek dynamiki PKB do +4,9 proc.) nie jest zbyt poważna, ale oczywiście wiele wskazuje na to, że ulegnie ona pogłębieniu w najbliższych miesiącach. 

Podsumowanie: skala rocznego wzrostu globalnego wskaźnika niepewności gospodarczej w styczniu była porównywalna do tej z listopada 2016 (wybory prezydenckie w USA), października 2008 (miesiąc po upadku Lehman Brothers) i września 2001 (atak terrorystyczny na USA). W pierwszym i trzecim przypadku natychmiast należało wykorzystać ten skok niepewności do zakupów akcji na GPW. W drugim przypadku należało wstrzymać się jeszcze 4 miesiące (w obecnych realiach to odpowiednik maja b.r.). Wpływ zachowania niepewności co do polityki gospodarczej na świecie na tempo wzrostu gospodarczego w Polsce nie jest silny, ale można oczekiwać, że ostatni wzrost niepewności będzie negatywnie wpływał na tempo wzrostu PKB w naszym kraju przynajmniej do okolic sierpnia br. 

Kiedy sprzedać dolary?

Od dawna śledzę w tym miejscu przebieg cyklu Kitchina na amerykańskim dolarze (patrz tu, tututu, tu czy tu). Ostatni dołek tego cyklu ustanowiony został w styczniu ub. r. i od tamtej pory USD/PLN rośnie, a w tym tygodniu wyszedł na najwyższy poziom od 21 miesięcy.

201902141

Obecny cykl na dolarze jest raczej słaby. Ścieżka USD/PLN po dołku cyklu ze stycznia 2018 jest silniejsza jedynie od tej obserwowanej po dołkach z marca 2005 i stycznia 2002. Oba te cykle kończyły się ostatecznie załamaniem kursu dolara do bardzo niskich poziomów (na poniższym obrazku na poziomej osi mamy liczbę sesji).

201902142

Projekcja kursu USD/PLN oparta na uśrednieniu trajektorii wokół 6 poprzednich dołków cyklu jest zdominowana przez wystrzał dolara z lat 2008-2009 i minęła swój szczyt już 5 miesięcy temu.

201902143

Projekcja ta ustanawia wtórny szczyt na relatywnie wysokim poziomie w okolicach grudnia br. Można spekulować, że ta data to ostatni moment na sprzedaż dolara po relatywnie wysokich cenach przed późniejszym spadkiem jego kursu. Oczywiście, gdyby USD/PLN zdołał wyjść powyżej poziomu tej projekcji wcześniej, to również można by to uznać za dobrą okazję do pozbycia się dolarów.

Podsumowanie: ostatnie 21-miesięczne maksimum kursu USD/PLN potwierdza trwanie wzrostowej fazy cyklu KItchina na dolarze. Oparta na 6 poprzednich cyklach projekcja kursu USD/PLN sugeruje, że okolice końca bieżącego roku są ostatnim momentem na pozbycie się dolarów. Fakt, że obecny cykl na USD/PLN jest mocniejszy jedynie od tych rozpoczętych w dołkach ze stycznia 2002 i marca 2005 sugeruje, że po minięciu cyklicznego szczytu dolar spadnie w okolicach wiosny 2021 roku poniżej poziomów z dołka ze stycznia 2018 (3,31).