Który rok mamy obecnie na Wall Street?

Pani „ulica_mainstreet” podzieliła się ostatnio w jednym ze swoich komentarzy odkryciem interesującego narzędzia analizy znalezionego na stronie prowadzonej przez Moore Research Center, Inc. (MCRI). Metoda, o której mowa, polega na wyszukiwaniu w historii – w tym przypadku historii amerykańskiego rynku akcji – okresów charakteryzujących się najwyższymi wartościami współczynników korelacji w stosunku do obecnego okresu. To w sumie podejście podobne do tego stosowanego przez pana „Podtwórcę”, który czasami dzieli się swoimi obserwacjami również na niniejszym blogu, w jego „analizerze”. Założenie jest proste: jeśli ceny akcji poruszają się przez dłuższy czas w sposób podobny do tego zarejestrowanego kiedyś w przeszłości, to będą tak robić nadal jeszcze przez jakiś czas. Oczywiście, jeśli zmiany cen akcji to przypadkowe ruchy Browna, to to założenie jest błędne. Jeśli natomiast wierzymy, że na rynkach cyklicznie pojawiają się swego rodzaju „stałe fragmenty gry”, to wnioski z takiej analizy mogą okazać się w jakimś stopniu użyteczne jako wskazówka na temat tego, co na rynkach jest możliwe czy prawdopodobne w najbliższym czasie. 

Z analizy MCRI wynika, że okresem najbardziej zbliżonym pod względem podobieństwa przebiegu indeksów amerykańskiego rynku akcji do tego, co działo się ostatnio, był rok 1972. Na drugim miejscu znalazł się rok 1999, co dla mnie było wnioskiem interesującym, z racji choćby związku tej konkluzji z treścią mego poprzedniego wpisu na blogu. Na dwu poniższych rysunkach to podobieństwo zostało zilustrowane:

 

 

 

 
 
Wnioski, które z tej historycznej analizy można wyciągać są zaskakująco pesymistyczne w kontekście choćby rozważań, które przeprowadzałem niedawno (Jak długo potrwa jeszcze hossa na Wall Street?). Z analogii z okresem sprzed 40 lat wynika, że S&P 500 miałby zakończyć hossę i wejść w kolejną potężną bessę już na początku stycznia tego roku po osiągnięciu okolic poziomu 1535 punktów, znajdującego się w okolicach szczytów z 2000 roku (1527 pkt.) i 2007 roku (1565 pkt.) 9 proc. ponad obecnymi poziomami indeksu.  Podobieństwo optyczne obu okresów jest oczywiście bardzo silne, choć mnie do tej analogii zniechęca całkowicie inna sytuacja gospodarcza i zupełnie odmienne nastroje panujące na rynku w 1972 roku i obecnie. 40 lat temu S&P 500 nadal bił historyczne rekordy  wartości, tak jak to robił przez poprzednie 18 lat, a Amerykanie byli ciągle jeszcze w dobrych nastrojach (raptem 3 lata po wielkim sukcesie jakim było lądowanie na Księżycu) i byli zupełnie nieświadomi nadciągającego – największego od lat 30-tych – kryzysu gospodarczo-finansowego. Całkowicie kontrastuje to z obecną sytuacją, w której od kryzysu analogicznego do tego z połowy lat 70-tych mijają już 4 lata.
 
 
Na korzyść tej analogii przemawia fakt, że dotyczy ona roku wyborczego w USA takiego jak obecny, choć do analogii „Obama=Nixon”, chyba mało kogo można by przekonać.  
 
 
Więcej serca mam do drugiego najlepszego dopasowania czyli do analogii z sytuacją w 1999 roku. Z punktu widzenia USA pomiędzy kryzysem na „rynkach wschodzących” z lat 1997-1998 kulminujących bankructwem Rosji, a kryzysem strefy euro kulminującym bankructwem Grecji, naprawdę istnieje wiele realnych podobieństw, na które zwracałem uwagę od ponad roku. Ich odzwierciedlenie w podobnym zachowaniu indeksów nie może więc specjalnie dziwić. Ale i tę analogię można uznać za jedynie umiarkowanie optymistyczną. Tu S&P 500 rośnie wyżej, bo do nowego historycznego rekordu w okolicach 1652 pkt. i dłużej, bo do marca 2013 (a nie spada w sposób zdecydowany przez następne pół roku, co dawałoby względny spokój na rynkach do września przyszłego roku).
 
 
Tu na korzyść analogii obecnej sytuacji i tej z końca października 1999 roku przemawia fakt, że obecnie podobnie jak 13 lat temu świat ma się niebawem skończyć. W 1999 powodem „końca świata” miało być ukąszenie „milenijnej pluskwy”, którym straszyli eksperci zatrudniani przez firmy z branży IT, a obecnie „koniec świata” ma wynikać prognoz analityków zatrudnianych swego czasu przez Majów. Należy się obawiać, że podobnie jak wtedy tak i teraz skończy się jednak na niczym.
 
 
O ile obie przedstawione analogie różnią się co do sugerowanej ścieżki S&P 500 w przyszłym roku, o tyle bardzo interesujaco wygląda podobieństwo tego co w obu przypadkach rozegrało się na Wall Street później. Otóż w obu przypadkach S&P 500 zanotował późnie załamania o prawie 50 proc. Pomiędzy styczniem 1973 a październikiem 1974 indeks stracił 48 proc. Pomiedzy marcem 2000 a październikiem 2992 spadek wyniósł 49 proc. Uśrednienie obu ścieżek daje następującą projekcję ścieżki S&P 500 w najbliższych latach:
 
 
  
 
 
 
 
Jak widać projekcja ta sugeruje osiągnięcie przez S&P 500 kolejnego istotnego minimum za mniej więcej 2 lata, co idealnie współgra z moim oczekiwaniami pojawienia się w latach 2014-2015 kryzysu na „rynkach wschodzących”, który roboczo określam mianem „Chinageddonu” (ale który może mieć również charakter ucieczki kapitału z krajów eskportujących surowce, w reakcji na oczekiwane zaostrzenie polityki pieniężnej FED, oraz spadek cen na rynku surowców energetycznych będący oczekiwanym skutkiem trwającej „rewolucji łupkowej”).
 
Kiedyś będę musiał zreplikować zastosowaną przez MCRI prostą metodę analizy historycznej na własny użytek odnosząc ją nie tylko do indeksów amerykańskich rynków akcji, ale również do przebiegów cenowych innych instrumentów finansowych o długiej historii. W jednym z następnych komentarzy przedstawię zaś wyniki tego typu analizy zastosowanej do historii WIG-u.

Dodaj komentarz